Crystal Palace – Liverpool 2:4 czyli blender

Generalnie drużyny w lidze dzielą się na takie, które chcą z nami wygrać i uważają że mogą wygrać, i takie, które się nas boją i chociaż chcą wygrać, to uważają, nie bez racji, że może to nastąpić tylko i wyłącznie w wyniku przypadkowego zbiegu okoliczności.

Crystal Palace to jest potwornie ambitny klub, co czasem jest dobre czasem nie. W każdym razie w meczu w sobotę w Londynie, 29 października, Palace postanowił, że spróbuje z nami wygrać. Choć oczywiście może to wszystko tak przypadkowo wyglądało.

Jak na przebieg mecz, zwłaszcza w pierwszej połowie, to oni i tak mogą powiedzieć o końcowym wyniku, że jest niezły. Prawdę mówiąc sam jestem ciekaw co będzie, gdy przyjdzie taki mecz, podczas którego wykorzystamy nawet już tylko te całkiem oczywiste sytuacje.

Liverpool z takimi drużynami Palace wygląda jak blender do którego wrzucono owoce i włączono najwyższe obroty. Piłka przesuwa się między zawodnikami taki szybko i często w tak zaskakujący sposób, że wcale nie dziwię się naszym przeciwnikom, iż gubią się i nie wiedzą o co chodzi.

Oczywiście Palace i wynik meczu został dla nich „ocalony” przez idiotyczny błąd Lovrena, który wynika z jego marnej techniki – w związku z tym takie błędy będzie on nadal popełniał i trzeba się z tym liczyć tak długo, jak długo ten piłkarz będzie wychodził na boisko. Różnica w stosunku do okresu sprzed roku czy zwłaszcza w stosunku do czasów Rodgersa jest taka, że nie miałem wrażenia, by mimo wszystko miała nam się w tym meczu zdarzyć jakaś przykrość.

Tu mam taką refleksję: jeszcze z rok temu, a może przed przyjściem Kloppa (więc dawniej niż rok temu) od czasu do czasu na stronach kibicowskich pojawiały się rozważania, czy obecny skład nie jest najgorszy w historii. Oczywiście, jeżeli przypomnieć sobie najlepszych piłkarzy którzy grali nawet w okresie ostatnich 20 lat to można powiedzieć, że takich może nie ma. Ale i to nie jest takie pewne. Nie wiem, czy analiza owej przeszłości doprowadziła do tego wniosku, ale oparcie się w tym klubie na największych piłkarzach, niech to będzie Torres, Xabi Alonso czy Suarez prowadziło końcowo do totalnej zapaści, gdy ci piłkarze odchodzili. A to byli tacy piłkarze, że w końcu musieli odejść. A teraz – powiedzcie mi, czy nawet odejście Coutinho rozbiłoby ten skład i tę drużynę? Więc jest jasne że obecny projekt jest nieporównanie bardziej stabilny i przyszłościowy.

Projekt jest oczywiście w budowie, ale na takim jej etapie, że wyjazd do Palace nie budzi już wielkich obaw. Czy to nie jest znaczący postęp?

Liverpool – Tottenham – 2:1 (Puchar Ligi) czyli superpróba superrezerw

Nie wiem czy Klopp zadzwonił do Pochettino czy odwrotnie, a może nikt do nikogo nie dzwonił, tylko obaj panowie mają podobny pogląd na sprawę, w każdym razie w tym meczu drugie drużyny grały po obu stronach z tym, że po naszej stronie nawet bardziej. W ubiegłym roku było inaczej, Klopp najwyraźniej chciał wygrać cokolwiek, i w każdych rozgrywkach wystawiał najlepszych. Tym razem zmienił całą jedenastkę z meczu z West Bromem (angielscy komentatorzy piszą wtedy „11 changes”, co jest o tyle mylące, że te zmiany liczone są w stosunku do poprzedniego meczu, kiedy to przecież wcale nie musiał występować pierwszy skład, w każdym razie jest to raczej konserwatywne podejście).

Mecze Pucharu Ligi Angielskiej można oglądać w telewizji Eleven.

Otóż wynik meczu w tym przypadku mówi bardzo niewiele, ponieważ Liverpool w składzie rezerwowym był drużyną zdecydowanie lepszą. Sam Sturridge mógł zdobyć jeszcze co najmniej dwie albo trzy bramki). Tottenham zdobył bramkę z karnego, przed końcem meczu przy stanie 0:2, kiedy to już Pochettino próbował ratować wynik wprowadzając do gry Lamelę i Wanyamę.

Gra tej w istocie drugiej drużyny Liverpoolu potwierdza, jak mocną drużyną klub w tej chwili dysponuje. Nawet w obronie, gdzie na prawej zagrał Trent Alexander-Arnold, nastolatek.

Szczególną przyjemnością było oglądanie kooperatywy Sturridge’a i Origiego, którzy z racji tego, jak grają ich koledzy z głównego ofensywnego zestawienia muszą być chwilowo rezerwowymi. Można nawet zauważyć, że Sturridge chyba już pogodził się z tym, że nie odgrywa tak kluczowej roli, jak rok temu, kiedy właściwie wszyscy w klubie zajmowali się wyłącznie oczekiwaniem, aż Sturridge wróci do gry po kontuzji. Dzisiaj rola Sturridge’a jest zupełnie inaczej określona i o meczu pucharowym można powiedzieć, że dostaje on szansę na pokazanie się, którą zresztą wykorzystuje.

Czyli – to, jakich piłkarzy ma się odwodzie, to jest świadectwo mocy: prócz Sturridge’a i Origiego, choćby Grujic, Lucas, Stewart. Nawiasem mówiąc, Ings, którego Rodgers kupił nie wiadomo po co, nawet w takiej rezerwowej drużynie jest tylko rezerwowym. I zapewne nie ulega żadnej wątpliwości, że Ingsa trzeba się pozbyć.

Oprócz tego, trzeba to chyba wyraźnie powiedzieć, Klopp już ćwiczy warianty na przypadek grania w pucharach europejskich. Widać, że Tottenham tego rytmu już nie wytrzymuje, już ma dość, traci punkty i się cofa. Klopp wie, że aby grać w przyszłym roku w pucharach – a przy dzisiejszej formie trudno sądzić, by Liverpool w Europie nie grał – trzeba mieć praktycznie dwie drużyny na przyzwoitym poziomie. Choć i tak w tym sezonie skład drużyny został zmniejszony, to widać dobrze, że koncepcja składu do tego właśnie zmierza. Oczywiście, to nie mają być pełne dwie jedenastki „pełnych” piłkarzy, ta rezerwowa powinna być mocno wspierana młodymi piłkarzami z klubowej akademii.

Pod tym względem mecz z Tottenhamem był bardzo ciekawym doświadczeniem. Będzie nim także – ćwierćfinałowy mecz z Leeds w dn. 29 listopada. Jasno trzeba powiedzieć, że gdy dojdzie do półfinału, granego dwumeczem, prawdopodobnie trzeba będzie już grać najlepszą drużyną po to, żeby jednak zdobyć Puchar. To jednak na szczęście przyszłość.

Liverpool – WBA 2:1 – Lekkość nie z tej ziemi. I stres jako atrakcja

Wywiady Jurgena Kloppa, a raczej rozmowy z Jurgenem Kloppem są bardzo interesujące także z językowego punktu widzenia. Klopp mówi na pewno biegle językiem operacyjnym i w ogóle na pewno wszystko potrafi powiedzieć, natomiast Klopp wypowiada się językiem prostym, takim niedawno nauczonym, co prowadzi do takiego efekt, że jego wywiady są pełne zaskakujących odkryć. Może zresztą nie dlatego.

Po meczu z West Bromem Klopp powiedział, że atmosfera tego meczu była szczególnie podniecająca, by nie powiedzieć fascynująca dlatego właśnie, że West Brom strzelił gola, którego nie miał prawa strzelić i który w ogóle z niczego nie wynikał. No, a podczas takich meczów trudno o jakąś szczególną atmosferę, mogą wyzwolić tylko nieprzewidziane okoliczności.

No nie wiem, jak nie miałem z tego takiej przyjemności. W ubiegłym sezonie potrafiłbym z podręcznej pamięci wskazać ze cztery mecze, w których traciliśmy bezsensownie przewagę, ostatecznie nie wygrywają meczu który wydawał się wygrany, że wspomnę oba mecze z Southhampton, mecz z tymże West Bromwich albo, najbardziej nieszczęsny, mecz z Newcastle.

Jest faktem, że przewaga Liverpoolu była w sobotę ogromna, a już zwłaszcza – po tym, jak West Brom strzelił tego gola. Do końca meczu było 10 minut, a nasi piłkarze mieli ze cztery bramkowe sytuacje.

Nie mam sumienia znowu potępiać naszych ustawień przy stałych fragmentach. Klopp inteligentnie dał do zrozumienia, że przed pewnym poziomem przypadkowości takich sytuacji nie ma żadnej sensownej obrony, to znaczy jedyną jest nie dopuszczać do stałych fragmentów. No tak, ale czy można unikać także kornerów?

Bo tak w ogóle gra obronna drużyny bardzo się poprawiła, ale nawet najbardziej zdominowanych meczach jak z Hull czy West Bromem potrafimy stracić bramkę o wolnym czy rogu.

No, ok, w świetle potencjału ofensywnego to w sumie drobiazg. To jest lekkość grania, jaką w futbolu rzadko kto dzisiaj proponuje. Gdybym miał po ludzku powiedzieć, kto w tej chwili jest najwyraźniejszym kandydatem do mistrzostwa, to już bym raczej nie wskazywał City, tylko Liverpool.

Liverpool-Manchester United 0:0 czyli męka Pańska wg św. Jose

Bardzo jestem ciekaw jak to się odbywa, takie wprowadzanie destrukcji do futbolu.

Czy Jose przychodzi na naradę taktyczną i mówi im – gramy na 0:0 do 60 minuty, a potem się zobaczy. Albo mówi piłkarzom – nie przekraczacie środkowej linii. Albo mówi po prostu – wiecie o co chodzi, oni są mocni, więc wiecie o co chodzi.

Efekt jest taki jak w meczu United z Liverpoolem. Męka. Oni oczywiście nas się bali, ale niestety, my ich też. Nie wiem czemu. To znaczy wiem, tam grają bardzo dobrzy piłkarze. Tylko zostało już udowodnione, także na ich przykładzie, że oni nie grają dobrze, że się męczą, że nie bardzo wiedzą, o co właściwie Jose chodzi.

Taki tekst wygłaszano na temat różnych drużyn, w różnych czasach, więc nie chcę przesadzić, że moja ciotka mogłaby prowadzić United, ale jest faktem, że oni zagraliby naprawdę dobrze sami, jak sądzę. Oczywiście, wielkie drużyny nie tworzą się same, muszą mieć coacha na swoim poziomie. Tylko oni muszą wiedzieć, o co coachowi chodzi.

Natomiast Liverpool męczył się od pierwszej minuty. Była taka akcja bodaj w drugiej minucie w samym środku boiska, przy piłce Henderson, obok Can i chyba Coutinho, i piłka odskakuje, po prostu odskakuje. Mam wrażenie że cała pierwsza połowa tak właśnie wyglądała, przy najprostszych zagraniach odskakiwała piłka. To bardzo prosty dowód na skalę rozedrgania.

Czyli, tej pewności siebie nie ma jeszcze za dużo. Mamy naprawdę bardzo dobrą druyżnę, najlepszą od wielu lat, ale pewność siebie buduje powoli. Taka prawdziwa pewność siebie, do wielkich meczy, takich jak z United.

Ta pewność siebie polega na tym, żeby wjechać samemu na pole karne między rozedrganych obrońców przeciwnika i nie przejmować się, że tam nikogo z naszych nie ma. Albo rzucić piłkę na 60 metrów z przekonaniem, że Adam już do niej biegnie.

Powoli, dojdziemy do tego. Idziemy w dobrym kierunku. Jose – czy Jose idzie w dobrym kierunku, czy United idzie w dobrym kierunku, tego nie wiem.

Swansea – Liverpool 1:2 czyli – ostatecznie…

Jeżeli ktoś widział tydzień wcześniej mecz Swansea z ManCity ten nie powienien jęczeć i narzekać, że było nam tak ciężko. Swansea gra z nożem na gardle, ma paru niezłych piłkarzy, a w zeszłym roku przecież przegraliśmy z nim raczej beznadziejnie 1:3.

Oczywiście, Swansea jest w jakimś strukturalnym kryzysie, o czym świadczy zarówno to, że nie potrafili przyciągnąć z powrotem ani Rodgersa, ani Joe Allena. Ale to nie nasza sprawa.

Naszą sprawą jest natomiast ociężałe rozpoczynanie meczów ze słabszymi drużynami, naszą sprawą jest także znów – tracenie bramek po rzutach różnych.

Gdyby jednak spojrzeć na drugą połowę meczu – przewaga Liverpoolu była miażdżąca, Swansea traciła piłkę jeszcze na własnej połowie i nie potrafiła wyjść na naszą. Prawdę mówiąc, to jest w tej chwili najmocniejszy atut tej drużyny, chwilami wygląda to na taką przewagę, która rozciąga się na całą ligę, bez względu na klasę drużyn.

Niezależnie od tego – drużyna wypracowała co najmniej 6 bardzo dobrych sytuacji i to, że wygraliśmy po karnym na parę minut przed końcem meczu nie świadczy o niczym poza przypadkowością futbolu.

Nie wiem, czy będziemy mistrzami, ale trzeba jasno powiedzieć, że mamy w tej chwili bardzo mocną, bardzo uporządkowaną drużynę. To, że nie możemy rozegrać meczu z czystym kontem od dość dawna – to jest fakt, ale nie świadczy on wcale o tym , że w obronie gramy tak samo źle, jak w zeszłym roku. Wzmocnieniem jest zarówno Matip jak i Milner (nie jest żadnym wzmocnienie ani w ogóle niczym godnym uwagi – gra Lovrena).

Prawdę mówiąc każdy kolejny meczu tej drużyny przekonuje, że nagłe załamanie formy drużyny raczej nie jest już możliwe. Choć wszyscy fascynują się kryzysami drużyn i zmiennością ich formy to faktem jest, że większość najlepszych druyżyn gra przez cały sezon dość podobnie, jak na jego początku. I że standard drużyn określa się i „ustawia” w okresie sierpnia – września. I wtedy wiadomo, na co drużynę stać.

17 października, w poniedziałek o godz. 20 po przerwie na reprezentacje – gramy u siebie z Manchesterem United.