Liverpool – Sunderland 2:0 czyli uff, uff, doubledecker

Takie mecze przędą się tępo, nerwowo od samego początku. Wielka różnica wobec poprzednich sezonów na tym polega, że dotychczas takich meczów nie było. Nie mówię tu o Burnley, bo to był wyjazd, choć w pewnym sensie mecz podobny.

Tu po kilkunastu czy kilkudziesięciu minutach wygląda to tak, że nawet psychika jest silnie osłabiona. Wyjścia to podań, tych trudnych, są jakby bez przekonania. Co gorsza strzelanie jest bez przekonania, niby się strzela, ale słabo.

No i jeszcze kontuzja Coutinho (jedna z tych, które w piłce zdarzyć się mogą zawsze, bo Coutinho kopnął z całej siły piłkę, którą akurat zablokował obrońca), zasadniczo nasz jedyny piłkarz, który ma prawo strzelać zza pola karnego kiedy tylko chce. Czyli, w tym momencie, opcje jeszcze bardziej się osłabiły.

Moyes podobno powiedział, że ustawią w polu karnym nie tyle autobus co autobus piętrowy (double decker). Jak powiedział, tak uczynił.

No i teraz – cała filozofia – jak rozbić taką obronę.

Po pierwsze, trzeba niezwykle szybko rozgrywać piłkę. To stwarza ryzyko kontrataku, ponieważ rozgrywać szybciej znaczy zwykle także – bardziej ryzykownie. Ale trzeba, nie ma wyjścia.

Po drugie – trzeba polegać na indywidualnych pomysłach i akcjach. Czyli, trzeba zostawić poszczególnym piłkarzom carte blanche i nie czepiać się, że im nie wychodzi. Po warunkiem, że ma się takich piłkarzy i że oni w siebie uwierzą na tyle, by samemu nie bać się głupich strat.

Trzeba rzecz, strzelać z daleka. To nie jest proste w tej piłce, ponieważ między strzelcem a bramką jest zwykle dwudziestu piłkarzy, więc tu chodzi o taki strzał, który ma co najmniej szanse zmusić bramkarza do obrony.

No i tak padła decydująca bramka. Czy mogła nie paść, gdyby Origi nie zdecydował się na strzał? To jest abstrakcyjne pytanie, ale tak, w takim meczu trzeba trochę szczęścia, żeby strzelić pierwszą bramkę. Następne do już zupełnie inna sprawa.

W gruncie rzeczy z tego meczu wziąć należy jeszcze cleansheet, całkiem zasłużony. Sunderland miał ze dwie sytuacje, ale przy takiej przewadze w posiadaniu piłki Liverpoolu, to nie jest dużo, albo po prostu bardzo mało.

No i jeszcze – na takie mecze jak się wydaje, potrzebny jest Sturridge, który jako jeden z niewielu naszych piłkarzy strzela praktycznie z każdej pozycji. Ale, Sturridge znów doznał kontuzji łydki.

Wniosek końcowy – każdy taki meczu będzie trudny i każdy taki meczu powinien budować doświadczenie w obchodzeniu się z blokiem defensywnym, który nazwiemy roboczo doubledecker.

Hierarchia

W angielskiej piłce klubowej jest bardzo swoista hierarchia transferowa i, w gruncie rzeczy, finansowa. Jeżeli po jakiegoś piłkarza zgłasza się United, City albo Chelsea, to pozostałe trzy kluby czołowej grupy, czyli Arsenal, my i Tottenham nie mamy już właściwie do takiego piłkarza żadnego dostępu. W naszym kółku – klubów bogatych, ale nie rozpustnych – Arsenal zwykle wyprzedza nas w zabiegach o tego piłkarza, którego chcemy i my i oni (vide Sanchez). Natomiast zdaje mi się, że, zwłaszcza przy obecnych właścicielach, my zwykle wyprzedzimy Tottenham. No, i raczej wszystkich innych.

Ta hierarchia przejawia się także bardzo wyraźnie w kwestii zatrudniania trenerów, na przykład bez względu na to, jak dobrze by nie grał Southampton, trenerzy z tego klubu zawsze odejdą do lepszego klubu. I tu naprawdę chyba nie chodzi już o pieniądze tylko o to, że tacy trenerzy jak Pochettino czy Koeman sami uważają, że prawdziwy sukces zawodowy łatwiej osiągnąć im z klubem z wyższej, niż Southampton półki.

Ostateczne – kluby są mocno zhierarchizowane co do ważności i prawdopodobnie także – co do siły finansowej po prostu.

Oczywiście, nie oznacza to, że taki klub jak Liverpool nie może zostać mistrzem Anglii. Ale nie oznacza to także i tego, że po zdobyciu mistrzostwa zaraz nabędziemy prawo pierwszeństwa do najlepszych i najdroższych piłkarzy. Pozycja finansowa Liverpoolu wobec klubów z wyższej półki (czyli, w przypadku City i Chelsea klubów w ten czy w inny sposób sponsorowanych) zmienić się może dopiero wskutek pięciu i więcej lat wygrywania różnych trofeów. Wbrew naszym, liverpoolskim, niechęciom wzorem takiego budowania pozycji jest właśnie United.

W czasach, gdy Liverpool wygrywał mistrzostwo rok po roku w futbolu były już pieniądze i futbol był biznesem, ale nie takim jeszcze, jak dzisiaj. A tak pozycja klubu bardzo bogatego – którym przecież Liverpool jest – utrzymuje się dotychczas, pomimo, że największych sukcesów klub raczej nie odnosi.

A dlaczego jednego kluby są bogate, a inne – nie tak bogate to temat na odrębne, jakże ciekawe rozważania.

Hierarchia

W angielskiej piłce klubowej jest bardzo swoista hierarchia transferowa i, w gruncie rzeczy, finansowa. Jeżeli po jakiegoś piłkarza zgłasza się United, City albo Chelsea, to pozostałe trzy kluby czołowej grupy, czyli Arsenal, my i Tottenham nie mamy już właściwie do takiego piłkarza żadnego dostępu. W naszym kółku – klubów bogatych, ale nie rozpustnych – Arsenal zwykle wyprzedza nas w zabiegach o tego piłkarza, którego chcemy i my i oni (vide Sanchez). Natomiast zdaje mi się, że, zwłaszcza przy obecnych właścicielach, my zwykle wyprzedzimy Tottenham. No, i raczej wszystkich innych.

Ta hierarchia przejawia się także bardzo wyraźnie w kwestii zatrudniania trenerów, na przykład bez względu na to, jak dobrze by nie grał Southampton, trenerzy z tego klubu zawsze odejdą do lepszego klubu. I tu naprawdę chyba nie chodzi już o pieniądze tylko o to, że tacy trenerzy jak Pochettino czy Koeman sami uważają, że prawdziwy sukces zawodowy łatwiej osiągnąć im z klubem z wyższej, niż Southampton półki.

Ostateczne – kluby są mocno zhierarchizowane co do ważności i prawdopodobnie także – co do siły finansowej po prostu.

Oczywiście, nie oznacza to, że taki klub jak Liverpool nie może zostać mistrzem Anglii. Ale nie oznacza to także i tego, że po zdobyciu mistrzostwa zaraz nabędziemy prawo pierwszeństwa do najlepszych i najdroższych piłkarzy. Pozycja finansowa Liverpoolu wobec klubów z wyższej półki (czyli, w przypadku City i Chelsea klubów w ten czy w inny sposób sponsorowanych) zmienić się może dopiero wskutek pięciu i więcej lat wygrywania różnych trofeów. Wbrew naszym, liverpoolskim, niechęciom wzorem takiego budowania pozycji jest właśnie United.

W czasach, gdy Liverpool wygrywał mistrzostwo rok po roku w futbolu były już pieniądze i futbol był biznesem, ale nie takim jeszcze, jak dzisiaj. A tak pozycja klubu bardzo bogatego – którym przecież Liverpool jest – utrzymuje się dotychczas, pomimo, że największych sukcesów klub raczej nie odnosi.

A dlaczego jednego kluby są bogate, a inne – nie tak bogate to temat na odrębne, jakże ciekawe rozważania.

Southampton – Liverpool 0:0, czyli ocena przez porównanie

Oczywiście, zakładając, że gramy o mistrzostwo, każdy stracony punkt to jest niepowodzenie. Ale porównajmy ten mecz z meczem z marca bodaj tego roku. Wygrywaliśmy 2:0, ale całą drugą połowę drużyna się broniła i to broniła beznadziejnie. Po drodze był karny (zawiniony przez Skrtela i obroniony przez Mignoleta) aż w końcu, z dużym udziałem Sadio Mane, dopadli nas i w końcu wygrali 3:2. Nawiasem mówiąc, to ten mecz zdecydował o tym, że Liverpool nie gra w rozgrywkach europejskich (co w sumie nie jest najgorszą rzeczą).

Więc spójrzmy na ten mecz z tej perspektywy. Przewaga Liverpoolu była ogromna. Southampton miał może jedną sytuację bramkową, Liverpool może pięć. Sam wizualny przebieg meczu stwarzał też wrażenie mocy, siły Liverpoolu, te nieustanne, parcie do przodu, to odbieranie piłki przed linią połowy boiska.

Może tego meczu trochę za bardzo się baliśmy. Natomiast każdy dłuższa przerwa przed kolejnym meczem delikatnie, ale wyraźnie nas osłabia. Jest tu wyraźnie obecny czynnik Kloppa, czyli wspólnie spędzany na treningach czas, plus długie wyjazdy piłkarzy. Brakuje ułamka sekundy reakcji i szybkości.

Wyprzedziła nas Chelsea, ale nie zagrała niczego nadzwyczajnego. Wyniki były trochę pechowe, te wygrane Tottenhamu i ManCity w ostatnich minutach. Nie zmienia to jednak zasadniczego kierunku tego sezonu, innymi słowy nie zmienia zasadniczego, realistycznego celu, jakim powinno być mistrzostwo.

Liverpool – Watford 6: 1 czyli masakra, jak zwykle

Od ładnych paru lat Anfield nie jest twierdzą – co polega na tym, że przed każdym meczem u siebie mamy, kibice Liverpoolu, spore obawy. Statystyka ostatnich miesięcy o tyle tego nie potwierdza, że ostatni przegrany mecz u siebie był w styczniu, z ManU. A tu jeszcze taka szansa się pojawiła – w przypadku wygrana z Watfordem zostajemy liderem.

Początek meczu, ale tylko sam początek, był względnie równy co polega na tym, że boimy się o naszą obronę przyjmując założenie, że jakąś bramkę musimy stracić. W tym sensie nie wiemy jeszcze czy i na ile gotowi jesteśmy na taki sprawdzian, jak stracona pierwsza bramka i gra o odzyskanie kontroli (choć były już dwa takie mecze, z Arsenalem i Swansea).

Od początku jednak drużyna stwarza bardzo wyraźne sytuacje, a po pierwszej, bardzo pięknej, wręcz wyglądającej na nieco przypadkową bramce Mane właściwie wszystko poszło już bardzo łatwo.

Nigdy jeszcze nie było tak łatwo. To oczywiście tak wygląda, jest łatwo z natury, ale zobaczcie, jak grał Watford w innych meczach, nawet tych przegranych. Arsenal też się z nimi męczył.

Na stronie Liverpoolu od jakiegoś czasu można obejrzeć darmowo wszystkich 30 bramek zdobytych w lidze. Robi to wrażenie. 30 bramek to oznacza średni 2,7 bramki na mecz, to oznacza, że w sezonie będzie 100 bramek.

I tak to w tej chwili wygląda. Ten sezon nie znajduje żadnej analogii w dostępnej mi pamięci, ani za czasów Houliera, Beniteza czy Rodgersa. Czyli od czasu, transmitowania meczów ligi angielskiej przez canal plus.

Poza wszystkim, poza agresywnym pressingiem, wymiennością pozycji Firmino, Coutinho, Lallany i Mane i poza bardzo, wbrew pozorom, przyzwoitą gry obrony jest jeszcze jedna kwestia, która robi na mnie wrażenie, mianowicie kondycja fizyczna piłkarzy. Przypomnieć może wypada, że przed sezonem Klopp zatrudnił w klubie byłe trenera przygotowania fizycznego z Bayernu Andreasa Kornmayera oraz coacha od wyżywienia Monę Nemmer. Sądzę, że w grze naszych piłkarzy widać nie tylko przekonanie i lekkość, ale tylko także – siłę. Warto to przypominać, bo Klopp czasem wygląda na entuzjastę i motywatora, ale jest to specjalista od wszelkich szczegółów.