Liverpool – Southampton 0:1, czyli mamy kryzys

Jeżeli mam być szczery nie znoszę tego tłumaczenia, że jakaż drużyna naszym nie leży. Takie podejście przypisuje piłce nożnej jakąś nadzwyczajną mistykę, albo skomplikowanie. Druyżny nie różnią się aż tak bardzo stylem.
Więc to, że tak marnie gramy z Southampton da się wyjaśnić przede wszysktim bardzo złą formą.
Już pierwszy mecz dwa tygodnie wcześnie był popisem bezradności. Tym razem – klasyczne bicie głową w mur. Nawet te sytuacje które były, to nie były nadzwyczajne sytuacje.
Tu zresztą z przykrością należy powiedzieć, że nadal nie ma wielkie pożytku ze Sturridge’a. Mówienie, że dostaje podań, to jest trochę obłuda. Jak on był w dobrej formie (czyli na dobrą sprawę w jednym sezonie 2013/2014) to nie potrzebował za bardzo podań. Sturridge jest bojaźliwy, wolny i nie strzela.
Nienawidzę takich meczów. W pewnym sensie – muszą one się tak kończyć, czyli drużyna która się broni na koniec meczu strzela bramkę. Sprawiedliwie powiedzmy. że w pierwszej połowie Southampton też miał lepsze sytuacje na strzelanie goli, niż my.
NIe w tym rzecz, że odpadliśmy z Pucharu Ligi, w który zainwestowaliśmy mnóstwo sił (cztery wygrane mecze), ale najgrosze to jest, że gramy słabo pasywnie, nie stwarzamy sytuacji.

Liverpool – Swansea 2:3 czyli, teraz trzeba się podnieść

Nie będę się upierał, czy to był najgorszy mecz sezonu, to naprawdę nie ma znaczenia. Słusznie mówi Klopp, że pierwsza połowa o niczym nie przesądzała, Liverpool rozgrywał cierpliwie, zgodnie z przykazaniem trenera. Drużyna zagra w styczniu 9 meczów, i choć dwa albo trzy z nich przeznaczone są dla drugiego składu, to przecież nie można mieć żadnych wątpliwości, że nasi piłkarze są po prostu zmęczeni.
A inni to nie są? Niekoniecznie. Bo Liverpool z Kloppem gra w piłkę niezwykle intensywną, wyczerpującą, a skład jest po prostu bardzo wąski.
Jak piłkarze są zmęczeni to powinni grać swoją klasą. No, ale umówmy się, Lovren czy Klavan, ale też Clyne, aż takiej klasy nie mają. Ich racją istnienia jest siła i szybkość.
Porażka ze Swansea dlatego jest tak nieprzyjemna, że potrafiliśmy już wynik wyciągnąć na 2:2 i to jest pewna sztuka. Ale o naszej słabości, i o entuzjaźmie Swansea – który to entuzjazm zawsze przychodzi z nowym trenerem – świadczy to, że przy stanie 2:2 Swansea nie zwątpiła w wygranie meczu. Nasi obrońcy są niestety już rozszyfrowanie w lidze, nasze kornery, nasze drżące łydki i nasz niemiłosierny bałagan.
Trzeba się podnieść. I wcale to nie będzie takie proste. Drużyna nie ma rezerw, nie tylko piłkarzy zmienników, ale nie ma rezerw swojej siły. Luty będzie łatwiejszy, bo zawsze jest nam łatwiej, gdy grają europejskie puchary. Ale do lutego trzeba jeszcze zagrać półfinał z Southampton w Pucharze Ligi, mecz Pucharu Anglii z Wolves a przede wszystkim, we wtorek 31 stycznia, super mecz z Chelsea.
Nie wiem jak, ale trzeba się podnieść.

Plymouth Agryle – Liverpool 0:1, czyli mecz którego być nie powinno

Tego meczu nie powinno być, ponieważ Liverpoolu, w tym stanie kadry nie stać po prostu na granie dziewięciu meczów w styczniu. Konsekwencją remisu w pierwszym meczu była konieczność grania rewanżu z drużyną z Lige Two.
I takie mecz na prawdę bardzo trudno oceniać. W czasach Beniteza każdy mecz w Pucharze Ligi albo w Pucharze Anglii stanowił ryzyko odpadnięcia, bez względu na to, z kim graliśmy. U Kloppa to się mocno zmieniło, bo od czasu jego przyjścia nawet druga drużyna gra w stylu podobnym, to pierwszej drużyny.
Ale teraz słabo gra i pierwsza drużyna i druga.
To, że Plymouth będzie grał ambitnie i że będzie grał „direct” to było jasne. W takich meczach chodzi o to, by piłkarze lepsi technicznie i przez to delikatniejsi po prostu się nie przestraszyli siły fizycznej przeciwnika, przy wolnych, przy kornerach.
W sumie tak właśnie było – ale był to mecz ze wszech miar minimalistyczny. Więcej sytuacji miał przeciwnik. Lucas strzelił gola pierwszego od 6 ponad lat. Ale ja niestety juważam, że zdobywanie bramek przez Licasa jest niestety dowodem kryzysu, w każdym razie wyraźnego spadku formy. Przede wszystkim czysto fizycznej.
Dobrze że mamy to już za sobą.

Manchester United – Liverpool 1:1 czyli takie mecze należy wygrywać

Z perspektywy znaczenia takiego meczu – to był dziwny mecz. Cały czas miałem wrażenie, że nasza drużyna jeszcze nie zaczęła naprawdę grać. W międzyczasie mecz się skończył, nie wygraliśmy go, choć takie mecze należy wygrywać.
Niby United napierał, napierał, ale rozprowadzenie ataku, przypomnijmy, ataku w którym nie gra teraz Sadio Mane, nie było bardzo trudne. Nie mniej, robiliśmy to zbyt rzadko.
W tym sensie mecz był kalką pierwszego meczu, tego z października. Wtedy też ostrożność pozbawiła nas lekkości.
Tu, jeszcze niemal w ostatniej chwili sam na sam z de Geą wyszedł Wijnaldum. United miał dwie sytuacje na początku meczu. Co najwyżej, rzecz ciekawą jest to, jak bardzo w ciągu minionego roku wzrósł prestiż naszej drużyny, bo United naprawdę był zadowolony, ze zdobycia jednego punktu na własnym boisku. Po pięciu kolejnych meczach wygranych.
Ale punkt zdobyliśmy tylko jeden.

Southampton – Liverpool 1:0, czyli coś tu jest nie tak

Mecz z Sunderlandem tłumaczyliśmy absurdalnym terminarzem. Mecz z Plymouth oczywiście był tłumaczony drugim składem, choć można przypomnieć, że drugim składem wygrywaliśmy w listopadzie z prawiem pierwszym Tottenhamem. Ale tego meczu w półfinale z Southampton wytłumaczyć się sensownie nie da.
To znaczy da się wytłumaczyć tym, że dzieje się coś niezbyt dobrego.
Tu nie chodzi o wynik, bo wynik jest dobry, jak na to, co się działo. Graliśmy najlepszym właściwie składem, oczywiście bez Hendersona i Mane. I graliśmy, słowo daję, najsłabszy mecz sezonu.
Bo przecież Southampton nie gra dobrze, a już to co się z nimi działo w LIdze Europy, to było coś w rodzaju kompromitacji. To jest drużyna, która jest w stanie przegrać z każdym. I właściwie grę opiera na jednym naprawdę znakomitym piłkarzu, czyli van Dijku.
No i ten Southampton miał ze trzy sytuacje na strzelenie goli. Na szczęście oni po prostu, w ogóle i w szczególe bramek nie potrafią strzelać.
Ale co tak naprawdę stało się z naszymi? Byli wypoczęci, grali o coś, grali w pełnym składzie.
Tragedii nie ma, głównie dzięki Kariusowi. Ale sam przebieg meczu był po prostu nie tylko złym wynikiem, ale złą oznaką.