Leicester – Liverpool 3:1 czyli tragedia

Po taki meczu naprawdę bardzo trudno uwierzyć w to, że zagramy w czwórce.

Przed tym meczem zwolniony został Ranieri, ale czy to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie? Liverpool grał ten mecz po 16 dniach przerwy i urlopie w Hiszpanii. Jeżeli problemem miałoby być zmęczenie drużyny w poprzednim okresie, to o tym nie ma co mówić.

Tymczasem od pierwszego zagrania piłki w tym meczu było jasne, że nie będzie dobrze. To w ogóle rzecz ciekawa, psychiczne rozregulowanie, czy też nieprzygotowanie naszej drużyny do meczu widać właściwie od samego początku. Jakaś bojaźliwość, ciężkość, wahliwość, wszystko na raz.

Kiedy się przegrywa 0:2 to przy takiej dyspozycji trzeba by cudu, by z tego wybrnąć. Ale potem było jeszcze 3:0. Cała druga połowa właściwie, to ogromna przewaga, które wyrazem było „halowo” rozegrana bramka Coutinho. Jak ktoś bardzo lubi, to oczywiście może sobie spekulować, co by było, gdyby padła druga bramka. To nie ma znaczenia. Nie tak się wygrywa mecze. Zresztą trudno powiedzieć, jaki był w tym wyniku udział Leicester, po przecież z Hull przegraliśmy właściwie dokładnie tak samo.

Naprawdę, tu nie chodzi tylko o ten jeden mecz, tylko o świadomość, że nie tak dawno tak łatwo wygraliśmy z tak dobrą drużyną jak Tottenham, że po prostu nie sposób w tym nie widzieć jakiejś psychologiczno- taktycznej niemożności.

Jeśli natomiast komuś nie będzie chciało się o tym myśleć, to w alternatywie może się położyć na ziemi i popłakać.

Liverpool – Tottenham 2:0 czyli zagadki psychologicznej ciąg dalszy

To było łatwe zwycięstwo, zdumiewająco łatwe jak na mecz z Tottenhamem. Bo to jest znakomita drużyna, druga po Chelsea pod względem klasycznej jakości grania w piłką. Po całym tym obrzydliwym styczniu, kiedy przegrywaliśmy wszystko i ze wszystkimi wygraliśmy mecz łatwo i bez problemów.

Niestety jest to bezpośredni powrót do zeszłego roku. Tej zagadki nikt dotąd nie wyjaśnił szczegółowo, choć to jedno nie ulega wątpliwości, że najlepiej gramy z drużynami najlepszymi. Im słabszy przeciwnik, tym osiągamy gorszy wynik.

Przegraliśmy w tym roku z Hull i Swansea, zremisowaliśmy z Sunderlandem. To są trzy najsłabsze drużyny w lidze. W tych wynikach właściwie nie było niczego przypadkowego.

Dobre drużyny zostawiają nam miejsce i atakują. Otwierają się. I to granie robi się proste. Tak było z Tottenhamem, gdzie wynik mógł być z powodzeniem wyższy. To wygląda tak, jakby cały mecz był do tego stopnia wypełniony naszą ofensywą, drużynie przeciwnej nie starcza czasu na atakowanie.

Ale plan B, to inna sprawa. Plan B dotyczy drużyn od Evertonu w dół.

Hull – Liverpool 2:0 czyli nie bramkarze przegrywają mecze

I to nawet jeżeli robią tak dramatyczne błędy, jaki zrobił Mignolet. Mecze, przynajmnniej teraz w Libverpoolu przegrywają piłkarze ofensywni, bo to oni zupelnie zatracili umiejętność zdobywania bramek. Owszem, taki błąd, idiotyczny, trudno zrozumiały błąd bramkarza kładzie się cieniem na całej późniejszej grze drużyny. Ale nie przesadzajmy, nikt nie zabrania strzelania bramek przy stanie 0:1.
Wyobraźmy sobie, że po 15 minutach prowadzimy z Hull 1:0. Oczywiście, był mecz z Bournemouth kiedy i 2:0 nie wystarczyło. Ale jak można wygrywać mecze nie strzelając bramek.
W pewnym sensie – ten problem istniał i tlił się w tej drużynie cały czas, Wzorcem tej beznadzieji będzie zawsze mecz z Burnley, zaraz po pięknym, wygranym meczu z Arsenalem i przed wieloma, pięknymi wygranymi meczami.

Perawdę robi sią już od tego trochę słabo. W takich meczach nie potrafimy ostatnio ugrać nawet remisu. Wydaje się prawdą to, co powiedział ostatnio Mills, były prawy obrońca Leeds (taki zacięty twardziel, pamiętam go) komentujący dla BBC że nasza gra jest po prostu niezwykle łatwa do rozszyfrowania. To nie przypadek, że po prostu nawet nie mamy sytuacji bramkowych.
Nie wiem, jaka jest rezerwa w tej druynie, w tej fazie sezonu, przy tak fatalnych nastrojach. Nie można powiedzieć, że mamy jakiegoś szczególnego pecha, jeżeli pominąć rzuty karne, które zawsze są nadzwyczaj względną.
Powiedzmy to dzisiaj najzupełniej jasno – ta drużyna ma niewielkie szanse, żeby zmieścić się w czwórce. I to nie z powdu fatalnych bramkarzy. Tylko z tego powodu, że została rozszyfrowana przez calą ligę.

Liverpool – Chelsea 1:1 czyli kończymy ze styczniem

Przy takim początku ligi, prowadzeniu w lidze, wygranych z najlepszymi drużynami, głębia frustruacji po styczniowych wynikach jest dojmuijąca i głęboka. Komentatorzy czasem mówią o meczach na przełamanie. W gruncie rzeczy każdy mecz jest na przełamanie, choć oczywiście psychologicznie większy pożytek można mieć z meczów z najlepszymi drużynami.
Jest pytanie, czy mecz z Chelsea oceniać w konteście stycznia, czy też w kontekście pierwszych trzech miesięcy sezonu.
To był dobry mecz, choć można powiedzieć, że tak jak od meczu z września nasi rywale nabrali pewności, to my ją straciliśmy. W tym kontekście też – to był dobry mecz.
W sumie jednak Chelsea była bliższa wygrania, ale nie ma co narzekać. Mane grał tylko 15 minut, ale i pod tym względem wracamy do pełnego składu. A skład mamy tak wąski, że musimy mieć wszystkich piłkarzy. Wydaje się niewątpliwe, że wracamy na dobry szlak.