Manchester City – Liverpool 1:1 czyli nie ma neutralnych wyników

To najbardziej klasyczny mecz demaskujący bezsensowność rozważań o tym, kto zasłużył na wygranie meczu.

Lallana miał po akcji Firmino taką sytuację bramkową, że tak na oko trudno sobie wyobrazić lepszą. Dostał piłkę na pustą bramkę, tylko nie był w stanie utrzymać się na nogach.

Ale sytuacja Aguero – bliżej końca meczu – nie była wiele gorsza, choć o to trudno.

Bilans szczęścia jest więc zasadzie zrównoważony. Choć przy prowadzeniu 1:0 cały czas wydawało się, że brakuje nam trochę odwagi, by pójść po drugą bramkę.

W świetle sytuacji w tabeli ta wygrana była Liverpoolowi o wiele bardziej potrzebna, niż naszym rywalom. Bo tracąc tyle punktów ze słabszymi drużynami naszą prawdziwą szansą na pierwszą czwórkę jest zdobywanie punktów z bezpośrednimi rywalami. Więc remis nie jest sukcesem. I nie zamierzam mówić, że to ostatecznie się na koniec okaże, bo cokolwiek by nie powiedzieć o potężnej sile Mancity, to wygrywać należy z każdym, z którą jest szansa wygrać.

Liverpool – Burnley 2:1 czyli męka i ławka

Różnica między tym meczem i kilkoma równie beznadziejnymi meczami które graliśmy w tym roku na tym polega, że ten mecz wygraliśmy.
W sumie to jest duża różnica.
Aby nie było żadnych wątpliwości, to nie był ani trochę lepszy mecz, niż ze Swansea, Hull czy Leicester. Trzy celne strzały i jeszcze ta ostatnia minuta, kiedy Lowton powinien wyrównać.
Trzy rzeczy są lekko przygnębiające.
Po pierwsze, przy trzech kontuzjach nie mamy kim grać. Coutinho zmienił Woodburn. Cokolwiek by nie powiedzieć o jego talencie, to jest dzieciak, który w ataku coś jeszcze mógł zrobić, ale dla obrony oznaczało to, że mamy jednego piłkarza mniej.
Po drugiej – gdy nie ma Firmino, czyli w sumie jednego piłkarza, cała ofensywa się sypie. Origi, sorry, ale nie zrobił w tym meczu nic, a co gorsza, przegrywał każdą górną piłkę.
Po trzecie – Burnley miało tyle samo okazji, co my. Przy czym Burnley stosowało jedene wariant rozgrywania, czyli słało długą piłkę na pole karne Liverpoolu. I prawie zawsze coś groźnego z tego wynikało. W dużej mierze dlatego, jak sądzę, że Burnley po prostu nie obawiało się kontrataku.
Czyli zagadki psychologiczno-taktycznej ciąg dalszy. Ta drużyna wygrywa z Citi, Tottenhamem i Arsenalem, wygrywa wyraźnie, zdecydowanie. I nie potrafi wygrać bez problemów z nikim ponadto.

Liverpool – Arsenal 3:1 czyli wajcha w drugą stronę

Oczywiście, Arsenal to nie jest w tej chwili jakaś super drużyna, ale to jest drużyna bardzo dobra. I tym razem, podobnie jak niedawno z Tottenhamem, wygrana przyszła właściwie dość łatwo, poza średnio krótkim, może 20 minutowym okresem w drugiej połowie meczu.

Tak jak poprzednio z Tottenhamem tak i teraz urzekająca wprost była ta łatwość zdobywania terenu i dochodzenia do pozycji. Prawdę mówiąc, wobec braku kontuzjowanego Hendersona, najważniejsza część kreacji należała do dwójki Firmino – Mane. I taka dwójka, przy agresywnej grze pozostałych, właściwie wystarcza, że by rozpracować Arsenal.

Nie wiemy dlaczego Wenger nie wystawił w pierwszej połowie Sancheza, są na ten temat różne spekulacje. Na pewno z punktu widzenia Arsenalu nie miało to zupełnie żadnego sensu, ponieważ, pomijając, że Sanchez jest po prostu graczem wybitnym, w dodatku i co więcej – jest takim piłkarzem którego nasi sztywni obrońcy boją się najbardziej.

Ostatecznie jednak Arsenal , który w pierwszej połowie został dosłownie spacyfikowany w drugiej części – nie był aż tak bliski remisu, za wyjątkiem jednej sytuacji bramkowej Giroud. Cały czas bliżej było trzeciej bramki dla Liverpoolu.

W sumie bardzo dobry mecz, choć w meczu z takim przeciwnikiem można być pewnym, że zagramy dobrze. Niezwykły paradoks tej naszej ukochanej drużyny na tym teraz polega, że bardziej boimy się meczu z Burnley niż z Arsenalem.