Liverpool – Middlesbrough 3:0 czyli po strachu

Granie z takimi drużynami u siebie było bezwzględnie najsłabszym punktem programu naszej drużyny w tym sezonie. Strach przed tym meczem i po jego rozpoczęciu był najbardziej oczywistym uczuciem, chociaż Boro spadało z ligi.
W pewnym sensie miarą tego strachu, który usztywnia mięśnie i wyobraźnię piłkarzy jest zawsze to, że bramkę, pierwszą ale najważniejszą, zdobywa Wijnaldum. Bo on strzelcem nie jest, i nikt od niego zdobywania bramek nie wymaga, natomiast on ma taką przedziwną cechę, że zawsze gra swoje. Nawet, gdy inni radykalnie sztywnieją.
Pogoń Arsenalu za Liverpoolem była niezwykle groźna i imponująca zarazem. Wydawało się jeszcze dwa miesiące temu, że Arsenal jest w zupełnej rozsypce, ale potem wygrali prawie wszystko, w tym zaległe mecze. Których by nie wygrali, gdyby mieli je grać zgodnie z terminarzem. Nie po raz pierwszy widać, że te ciągłe przesuwanie terminów w Anglii rodzi nieprzewidywalne skutki. Ktoś powie – grać trzeba z każdym, każdy ma jeden albo dwa kryzysy. Ale sytuacja w której drużyny ścigają się pod koniec sezonu grając zaległe mecze z tymi, którzy są już na wakacjach jest z definicji sztuczna i jednak podważająca równość sportowych szans.
Ostatecznie – wyprzedziliśmy Arsenal jednym punktem i to jest najbardziej zasłużone rozwiązanie ze wszystkich, bo przecież wygraliśmy z nimi dwa razy.
Nie jest to wprost powrót do Ligi Mistrzów, bo czwarty gra rundzie wstępnej, ale w świetle tak zwanego trendu rozwojowego, na który przy Kloppie mamy prawo liczyć, jest to znaczący sukces.

West Ham – Liverpool 0:4, czyli najgorsze (chyba) za nami

Pamiętacie co z nami robił West Ham w ubiegłym sezonie? Na początku ligi 2015/2016, jeszcze za Rodgersa, to był bodaj trzeci mecz sezonu, przegraliśmy u siebie 0:3. Przy całkowitym braku szans. Przecież nawet teraz, w grudniu, kiedy byliśmy super rozpędzeni i ogrywaliśmy wszystkich, nie potrafiliśmy wygrać na Anfield – było 2:2.

Oczywiście, prawdą jest, że West Ham nie ma o co grać, prawdą jest, że mają dużo braków, przy czym z naszego punktu widzenia najważniejsza jest tu kontuzja Carolla. Nie zmienia to faktu, że ten mecz wydawał się absolutnie kluczowy dla naszych szans w grze o czwórkę.

I też nie było przecie tak lekko jak to wynika z wyniku. W pierwszej połowie Ayew miał taką sytuację, o której Klopp pote powiem, że czegoś takiego nie widział.

Faktem jest natomiast, że w drugiej połowie ten mecz zaczął przypominać grę Liverpoolu z jesieni, kiedy każdy wjazd w okolice pola karnego przeciwnika stanowił sugestię kolejnej bramki.

Zwróć uwagę, że ustawienie drużyny było tym razem inne, Coutinho grał klasyczną ósemkę. Może tak należy grać na przyszłość. I grał też Sturridge, który stał się z punktu widzenia przyszłości najbardziej niejasną postacią drużyny. Jest to tak dobry piłkarz, że sądzę, iż dobrze byłoby szukać dla niego właściwego miejsca nawet kosztem bieżącej taktyki. Przynamniej raz na jakiś czas. Choć moim zdaniem Klopp nie pozwoli mu grać bez obowiązków, ostatecznie – może i dobrze, bo przy pracowitym stylu grania Liverpoolu trudno o wariant, w którym jeden piłkarz jest tylko i wyłącznie napastnikiem.

Teraz Boro, ostatni mecz. Zawsze myślałem o tym – dobrze że ich mamy na koniec, gdyby coś miało się decydować. A teraz myślę, że i tak będzie nerwowo.

Liverpool – Southampton 0:0 czyli męka z rozdzielnika

To był jeden z tych meczów, po których oczy bolą. Od początku wiadomo, że będzie trudno i jest trudno.
Pytanie – czy dlatego że my słabi, nieożywieni, pasywni, czy oni tacy dobrzy, skoncentrowani, pilnujący, twardzi.
Southamptonu nie lubię, to znaczy nie klubu, bo to klub twórczy i ambitny, nie lubię drużyny. Bo to jest drużyna kompletnie pozbawiona zdolności zdobywania bramek, zwłaszcza jak na drużynę, która nie boi się spadku. Ale tak w ogóle, to jest to drużyna po prostu i zwyczajnie nijaka. Pamiętam choćby, jak w Lidze Europy męczyli się ze Spartą Praga, to było coś z grubsza koszmarnego. Niestety wszystkie nasze mecze z Southampton prowadzonym przez Puela tak właśnie wyglądały.
Dopełnieniem ciężkości tego meczu był karny Milnera. Milner te karne strzelał dotychczas bez problemu, a w meczu, w którym ten karny miał wagę 3 punktów pozwolił temu wielkiemu Foresterowi wyciągnąć rękę po piłkę.
I tu potwierdza się zasadnicza teza na temat naszego grania w tym sezonie. Najgorzej nam idzie z drużynami, które nie chcą z nami wygrać. Czyli takimi którzy nie otwierają się choćby przez sekundę w meczu. A Southampton był drużyną, która najmniej chciała wygrrać na Anfield ze wszystkich drużyn, jakie tu grały. Mam wrażenie, że oni nie zrobili żadnej akcji, której prawdziwym celem byłoby zdobycie bramki.

Czy przez ten karny i ten fatalny mecz nie znajdziemy się w czwórce? Zdaje się, że to nadal od nas zależy. Choć mecz z West Hamem popycha mnie w stronę strachu i braku wiary.

Watford – Liverpool 0:1 czyli gol sezonu albo dwóch

Emre Can to temat sam w sobie. Ten piłkarz gra po swojemu. W podaniach czasem się myli, jakby miał jakieś techniczne niedostatki. Z drugiej strony bardzo często zagrywa finezyjnie, po prostu cały czas pod ręką ma parę wizji. Wystarczy przypomnień zagranie w meczu zaraz po przyjściu Kloppa z Manchesterem City, kiedy na drugą bramkę podawał piętą do Firmino.
Tu zresztą mam uwagę polityczną, bo nazywanie Cana po prostu Niemcem jest pewnym niedopowiedzeniem, ukrywającym źródło oryginalności stylu Cana. On się urodził w Niemczech, ale ma bardzo dużo tureckiego w sobie.
Can ma za sobą trudny sezon, z powodu kontuzji. Pod nieobecność Hendersona stał się jednak absolutnie kluczowym piłkarzem drużyny. Chociaż jest to w zasadzie piłkarz defensywny.
Nie mniej Can jest zawsze gotów na swoje zagranie. I ten gol z Warfordem na pewno będzie uznany za jeden z najładniejszych w sezonie.
Sam mecz – był trzecim kolejnym wygranym meczem na wyjeździe. I trzecim meczem jakby w innym stylu, w stylu nazwałbym go, rzemieślniczym. Nie było to żadne szaleństwo, ale wygrywanie meczuą wyjazdowych ze średnimi drużynami to jest nowa jakość, po fatalnym początku roku.
Na koniec był jeszcze przypał w obronie, trzech z Watfordu stanęło na przeciwko bramki, Prodl trafił w ostatniej minucie w poprzeczkę.
Niezwykła bramka i trzy punkty.