Liverpool – Arsenal 4:0 czyli właściwie o co my mamy grać

Arsenal ostatnio należy do najłatwiejszych przeciwników, trzeba przyznać że ta drużyna jest w jakiejś rozsypce, aż mi ich szkoda. Zeszły sezonu skończyli na takim szwungu, że prawie nas dogonili, wygrali pięć meczów z rzędu. Ale teraz jest to samo.

Ja naprawdę mam wrażenie, że to jest jakiejś rozedrganie i brak zdecydowania które Wenger przenosi na swoich piłkarzy. Jest to na pewno bardzo mądry człowiek, ale tu mówimy nie o mądrości, tylko o psychice, a na to nie ma sposobu i mądrość nie broni. Może nawet przeszkadza. Może Wenger tym się właśnie gryzie, że jest mądrzejszy od większości ludzi z którymi ma do czynienia w piłce nożnej, a drużyna nie wygrywa, choć klub jest bogaty i stać go na bardzo dobrych piłkarzy.

Niektórzy piłkarze stają się podobni do Wengera, albo takich on sobie dobiera. Ozil, Wilshare, Ramsey, Monreal stają się takimi subtelniakami, którym raczej łatwo zabrać piłkę i w ogóle łatwo ich wystraszyć. Więc jak ktoś się nie boi Arsenalu, a nasi się nie boją, to Arsenal boi się tych, którzy jego się nie boją.

Oczywiście, końcowo to wygląda na łatwą wygraną, bo Arsenal nie oddał ani jednego celnego strzału, ale to nie jest do końca prawdą, bo do wyniku 2:0 dla nas oni byli groźni i atakowali całkiem nieźle. Nie mniej, bo meczu z Hoffenheim to jest drugi kolejny mecz w którym rozrywamy przeciwnika na strzępy.

Co oczywiście końcowo prowadzi do naszego podstawowego problemu, o co właściwie ma grać Liverpool w tym sezonie. W tym składzie, lub w nieco zmienionym, ale przecież nie jakimś kompletnie innym (po czwartku).

W świetle doświadczeń zeszłorocznych na pewno nie będziemy się nadmiernie (i docelowo) podniecać wynikami nawet w ciągu trzech pierwszych miesięcy. Dopiero przejście okresu świątecznego w pozycji walczenia o mistrzostwo będzie (na przykład) oznaczać, że gramy o mistrzostwo.

Bo przecież jest oczywiste, że grając tak, jak w dwóch ostatnich meczach o nic innego grać nie będziemy.

Już teraz przecież, gdyby nie ta idiotyczna bramka na koniec meczu z Watfordem bylibyśmy z kompletem punktów na czele. Ale to oczywiście w tej chwili niewiele znaczy. Teraz wygląda tak, jakby United był najlepszy, ale przecież to też nic nie znaczy, oni nie grali jeszcze z żadną drużyną która naprawdę może ich zczallendżować. Jak choćby – Arsenal.

Widać, że Klopp chce w tym roku inaczej rozkładać ciężar grania (stąd trochę szalona decyzja, żeby z Arsenalem wystawić Kariusa w bramce), ale obiektywnej jakości może zabraknąć w ważnych meczach. Chyba, że takie mecze jak z Brighton czy Mariborem da się wygrywać w składzie tak przesianym, jak skład na Crystal Palace. Ale, powiedzmy sobie, to jest jednak za duże ryzyko.

Tak czy inaczej, wchodzimy w fascynujący i niezwykle zagadkowy sezon, ponieważ jeżeli możemy sobie zadawać pytanie – o co chcemy grać, czy będziemy grać o mistrzostwo? – to znaczy, jeżeli takie pytanie ma sens, to naprawdę nie jest to najgorsza perspektywa.

Liverpool – Hoffenheim 4:2 czyli lekkość i poezja

To się wszystko wkrótce okaże. Lub nie całkiem wkrótce. Wygrana z Palace była wymęczona, ale takie mecze w końcu się nie liczą (co najwyżej warto zauważyć, że Palace z de Boerem to jest jako dziwnie beznadziejna drużyna). To znaczą liczą się dla punktów, ale nie dla oceny drużyny.

Z Hoffenheim pierwsze dwadzieścia minut to był jeden z najlepszych kawałków futbolu jaki widziano na Anfield od czasu zdobycia ostatniego mistrzostwa Anglii. Gra była, rzekłbym, poetycka.

Oczywiście, ten mecz, choć chwilami porywający, nie przynosi nowej wiedzy o naszej drużynie i naszych szansach. Przez cały poprzedni sezon graliśmy bardzo dobrze z drużynami, które chciały z nami wygrać. Ci którzy chcieli nie przegrać, całkiem często to osiągali, ale ci, którzy chcieli wygrać – zwykle przegrywali, lub z trudem wyciągali remisy.

Czy ta tendencja się utrzyma, a jeżeli się zmieni – to w którą stronę, nie sposób przewidzieć. Skład drużyny zmienił się minimalnie, co najwyżej ci piłkarze pracują z Kloppem o parę miesięcy dłużej a zwykle praca z Kloppem piłkarzy zmienia na lepsze.

Bo te dwa mecze z czwartą drużyną ligi niemieckiej są jednak wyrazem mocy. Pamiętam takie mecze w czasach Beniteza (teraz jest taka tendencja, by czasy Beniteza idealizować, ale moim zdaniem drużyna, mając być może lepszych piłkarzy, nigdy nie grała wtedy tak, jak gra teraz, no może poza sezonem 2008/2009). To była zawsze męka, parę lat temu byliśmy na styku odpadnięcia ze Standardem Liege.

A teraz? Teraz przeciwnik był bardzo silny, bo czwarta drużyna niemiecka, nawet, jeżeli pozbawiona najlepszych piłkarzy, zawsze będzie bardzo silna. I nie miał w sumie nic do powiedzenia, poza początkiem pierwszego meczu – gdyby Kramaric strzelił porządnie karnego, mogłoby być trudniej. Nie mniej liczba sytuacji Liverpoolu do strzelenia gola w obu meczach była imponująca, czy też wręcz nieprawdopodobna.

Bo my mamy drużynę która nadaje się na Ligę Mistrzów. Bo w Lidze Mistrzów grają w większości drużyny z dużym ego, który się wydaje, że mogą z każdym wygrać. Przekonania tego nie podzielają Watfordy, Crystal-Palace’y, Swansea’y i tego typu kluby. Dlatego nawet Sewilla powinna się nas bać, a nie my ich.

Liverpool – Crystal Palace 1:0 czyli pod górkę po punkty

Są takie mecze, po których od początku widać takie przytłumienie, brak werwy. To wynika z różnych zewnętrznych okoliczności – granie meczu ligowego z Palace pomiędzy dwoma tak ważnymi meczami, jak mecze z Hoffenheim, pomimo wszystkich możliwych zaklęć, nie może spowodować nadzwyczajnej werwy. Wygranie staje się jedynym celem. Głowa jest gdzie indziej.
Do tego skład. Klopp ma jasną koncepcję – on najchętniej zawsze grałby tymi samymi piłkarzami. Ale ten sezon jest, ma być zupełnie innymi. Z samej Ligi Mistrzów może wyniknąć co najmniej 8 meczów – a my wszyscy wierzymy, że więcej, na przykład nawet 12. Jeżeli dołożyć do tego oba puchary, można dojść skrajnie do poziomu 60 meczów. I Liverpool nie ma na taki wysiłek odpowiednio dużo dobrych piłkarzy, więc jakiś pomysł na rotację musi być.
Można na rzecz sprawy spojrzeć prosto: jeżeli na boisku jednocześnie nie ma Mane, Salaha i Firmino – nie jesteśmy taką samą drużyną. Ale takie mecze musimy grać. Z Palace grał Sturridge, nie grał Salah. Choć jak większość fanów Liverpoolu jestem też fanem Sturridge’a to coraz mniej wierzę w to, że Sturridge stanie się piłkarzem pierwszego składu.
Koniec końców wpada bramka, raczej przypadkowa, ale wynikająca z presji. Palace – oczywiście Benteke – swoją okazję miał. Ale koniec końców wszystko co z tego meczu należy zabrać na przyszłość – to trzy punkty. I pierwszą przymiarkę do koniecznej, niestety, w świetle przebiegu okna transferowego, coraz bardziej koniecznej rotacji.

Hoffenheim – Liverpool 1:2 czyli co zrobić z tą obroną

Pierwsza połowa była szczęśliwa. Nawet statystyki to jasno mówią, że Niemcy byli lepsi w posiadaniu, podaniach i sytuacjach. Faktem jest, że wyjścia Liverpoolu do przodu są niezwykle groźne, ale było ich po prostu mało. Natomiast w drugiej połowie przewaga rosła z minuty na minutę i w pewnym momencie wydawało się, że można wyjechać z wynikiem 3:0. Ostatecznie wynik jest przyzwoity, choć naprawdę można było sprawę załatwić już w pierwszym meczu.

Natomiast obrona była i jest nadal dramatycznym problemem, z którym naprawdę nie wiadomo co zrobić. Bo to w najoczywistszy sposób nie jest problem tylko tych czterch obrońców. Choć żaden z nich, nie jest w pełni wiarygodny.

Trent Alexander-Arnold strzelił pierwszego gola, bardzo wyrafinowanego gola z rzutu wolnego. On w obronie popełnia błędy, ale gra odpowiedzialnie. A to, że w takiej drużynie koledzy dają mu bić kornery. świadczy o tym, że jest to naprawdę niezwykle utalentowany chłopak. Ale przecież, pamiętajmy, on gra dlatego, ponieważ Clyne jest kontuzjowany.

Co do Moreno, to oczywiście potrafi grać do przodu, natomiast jego rozegranie piłki jest beznadziejne. Lovren – uważam że on zrobił godny uwagi postęp, ale nie jest i nie będzie piłkarzem na Liveroiik,

Ale, ale – chciałbym to wszystko zobaczyć w szerszym obrazku. Kto z naszych piłkarzy środka pola nie broni, albo odpuszcza krycie, nie wraca do obrony. Ten sezon bardzo słabo zaczął się zarówno dla Wijnalduma jak i Hendersona, choć, uważam, że spora część kibiców go po prostu prześladuje. Ale rozedrganie, to jest najbardziej właściwa charakterystyka gry obronnej Liverpoolu.

Czyli to w tej chwili wygląda tak, jak w ubiegłym sezonie. Gdy drużyna wychodzi to przodu, może ograć absolutnie każdą drużynę. Ale to jest jednak niezbezpieczny hazard, bo gra w ataku jest rozrzutna i wiele sytuacji jest marnowanych.

Rewanż za osiem dni. Trzeba go traktować poważnie, choć Liverpool jest lepszą drużyną, niż Hoffenheim.