Spartak Moskwa – Liverpool 1:1 czyli o zachowywaniu spokoju

Pewnie, że podczas meczu i po nim trudno się nie denerwować. Z perspektywy kosmicznej taki wynik jest po prostu i zwyczajnie wysoce niesprawiedliwy, bo tylko jedna drużyna ten chciała wygrać i tylko jedna ten mecz wygrać mogła.
Typ kibica niewybaczającego zapyta, co nam z tych statystyk meczowych, liczby strzałów i przewagi posiadania, skoro nie wygrywamy. Zarówno z Burnley, jak i Sewilą. I teraz ze Spartakiem.
Ja wtedy wracam myślą to naszych meczów ze stycznia i lutego, na przykład przegranego meczu z Wolverhampton w Pucharze Anglii u siebie, albo tymi dwoma potwornymi męczarniami z Southampton. I wtedy myślę, że różnica między dobrą i słabą grą nie polega tylko na wyniku.
Bo Liverpool gra teraz dobrze w piłkę. Nie twierdzę, że bardzo dobrze. Nie twierdzę, że lepiej niż rok temu. Ale twierdzę, że wszystkie zremisowane mecze przy odrobinie szczęścia (czyli odrobienie więcej szczęścia w stosunku do pecha, którego mieliśmy, a nie przy odrobinie więcej szczęścia niż miał oponent) powinniśmy te mecze wygrać.
I tak powinna wyglądać dalsza część naszego sezonu. Po prostu. O ile nie będzie zbyt wielu kontuzji, o ile wróci Lallana – będziemy wygrywać zdecydowaną większość meczów. To, czy to wystarczy na przeskoczenie Manchesteru City i United – to się oczywiście okaże, choć wszyscy wiemy, że to może być trudne.
Ale na pewno nie będziemy wiecznie remisować takich meczów, jak ten ze Spartakiem.

Leicester City – Liverpool 2:3 czyli prośba o spokój

I znów, ponad wszelką wątpliwość, byliśmy przez większość meczu drużyną lepszą, lub też – dużo lepszą. Przy czy, moim zdaniem, Leicester to nie są żadni frajerzy i jestem przekonany, że to jest drużyna która na koniec może się zmieścić w sam raz pod pierwszą szóstką (czyli na pewno na Evertonem, jeżeli ten będzie grał tak, jak teraz 🙂 ). Leicester nie powinien był przegrać z Arsenalem w pierwszym meczu, a potem grali jeszcze kilka bardzo trdunych spotkań. Mistrzem nie będą, ale grają bardzo porządnie.
W tych okolicznościach nerwica, jaką sobie na koniec zafundowaliśmy była zupełnie zbędna. Może zresztą niekoniecznie sami w sobie ją zafundowaliśmy, bo udział w tym miał sędzia Anthony Taylor.
Nasi kibice mówią że to manc i że to wszystko jest oczywiste. Ja tam nie wiem, ja nie twierdzę że on jest notorycznie przeciwko nam, tylko, że on nie umie sędziować.
Karny, który ostatecznie został i zawinniony i obroniony przez Mignoleta, był sprzeczny z wszelkimi regułami: bramkarz był wcześnie przy piłce, tylko kopnął ją krzywo, przez co Vardy na niego wpadł. Ale – co to ma za znaczenie, znaczenie ma to tylko, kto był pierwszy przy piłce.
Ten sędzia w ogólności zachowuje się trochę tak, jakby nie wiedział o co chodzi i każdą decyzję wymyślał na nowo. Nawiasem mówiąc, też jego karny rozpoczął nasz odwrót w meczu z Sunderlandem, 1 stycznia tego roku.
Koniec końców wygrana z Leicester na wyjeździe to będzie zawsze bardzo porządny wynik. Prawdą jest to, że znów nie zdobyliśmy tylu bramek, ile powinniśmy . Prawdą jest to, że Firmino gra teraz tak ociężalie, że właściwie opóźnia całą grę drużyny. Prawdą jest to, że Mane i Lallany brakuje. Natomiast nie zmienia to faktu, że zrobiliśmy nieduży ale wyraźny krok do przodu. Nie tylko w sensie punktów (niestety wygrywają wszyscy wielcy) ale pod względem skuteczności gry.

Leicester – Liverpool 2:0 (Puchar Ligi) czyli choroba dziedziczna

Gdyby spojrzeć na rzecz całą pozytywnie, choć jest trudno, ale jednak gdybby spróbować znaleźć jakieś dobro, to jest nią to tylko, że zmieniamy skład, czyli ośmiu ludzi i nie gramy wcale gorzej, niż poprzednio.
Problem jednak polega na tym, że wcale nie gramy ani trochę lepiej.
Największy problem teraz polega na tym, że nie strzelamy bramek. Bo Leicester też grał bez swoich big guns i przez pierwszą połowę właścicwie nie istniał. Ale potem zaistniał i mecz wygrał.
W pewnym uproszczeniu rzecz sprowadza się do strzelenia tej pierwszej bramki. Bo my nie strzelamy tej pierwszej. Ani z Sevillą, ani z Burnley ani teraz nie wypracowujemy przewagi, która w logiczny sposób wynika z przebiegu meczu.
Znów, przerwaga w strzałach ogromna, ale też te okazje nie są znowu takie nadzwyczajne. Z Burnley były lepsze. Przy czym, dodajmy, istotni piłkarze pierwszego składu w pierwszej połowie jednak grali, Coutinho grał zresztą bardzo dobrze i z niego wynikała ta przewaga.
Czyli drugi skład, jakby nie nazwać tej drużyny, dziedziczy doskonale wszystkie właściwości głównej drużyny, choć te podziały są oczywiście najzupełniej umowne.
Nie chcę przesadzić, bo złudzenie że przełom jest blisko towarzyszyło wielu drużynom, które przegrywały cały sezon. Ale prawda jest taka, że jeżeli w sobotę grając pełnym składem wygramy meczu w Leicester to może oznaczać, że nic jesteśmy bliscy odwrotu.
Jeszcze jedna przykra informacja – to gra Oxlade-Chamberlaine’a który grał po prostu fatalnie i wszyscy ci, którzy uprzedzali przed kupaniem tego piłkarza, dostali niestety potwierdzenie ich racji. Ani zmysłu, ani kiwki, ani szybkości, całkowite rozregulowanie. Przykro patrzeć, przynajmniej na razie.

Liverpool – Burnley 1:1 czyli czy to jest to samo czy nie to samo

Takich meczów w poprzednim sezonie było na Anfield 10 albo 12. Prawdę mówiąc, można było do takich meczów nabrać pewnego obrzydzenia. Nawiasem mówiąc (ale tylko nawiasem) – z Burnley akurat taki mecz wygraliśmy, choć i tak była to wygrana dość szczęśliwa.
Ale te wszystkie cokolwiek impotenckie mecze., z West Hamem, Swansea, Southamptonem i kim tam jeszcze.
Reguł które rządziły tymi meczami było kilka. Na ogół była co najmniej jedna: jeżeli szybko nie zdobędziemy dwóch bramek, to nie wygramy. Jedna wymęczona bramka, zwłaszcza nie zdobyta na samym początku meczu, to było zwykle za mało.
NIe chcę się upierać, czy ten mecz był taki właśnie jak tamte, czy inny. Liczba przyzwoitych sytuacji do zbycia bramki była ogromna. Nie mniej motyw takiej męki, braku przekonania czy w końcu zniechęcenia był tym, co stanowiło nawiązanie czy też analogię.
No i wynik też – w sytuacji, gdy inni wielcy grają tak, jak grają, remisować u siebie z Burnley po prostu nie można.
W ogólności można odnieść wrażenie, że choć skład mamy mocny, zwłaszcza ofensywny, to drużyna nie jest wystarczająco pewna siebie. Wygląda to trochę tak, jakby cała wiara i moc poszły na mecze z Hoffenheim, czemu zresztą nie można się za bardzo dziwić, bo faktycznie waga tych meczów uzasadniała specjalne do nich przygotowanie.
Ale, prawdę mówiąc, nadal czekamy na objawnienie sposobu na takie drużyny jak Burnley i takie mecze, jak ten. Srodkowy napastnik, strzelanie z daleka, ciekawe co jeszcze można tu wymyśleć. Bo takie mecze były w zeszłym roku faktyczną przeszkodą przed podjęciem gry o coś więcej, niż czwarte miejsce.

Liverpool – Sevilla 2:2 czyli definicja pecha (w piłce nożnej)

Jeżeli ktoś chce się frustrować, niech puści sobie film z pierwszej połowy tego meczu. Tracimy bramkę, ale potem dosłownie roznosimy Sevillę, która, tak nawiasem mówiąc, wygląda na drużynę co najmniej niestabilną (jak na Sevillę). Tu nie chodzi nawet o liczbę sytuacji bramkowych, tylko o tę niezwykłą łatwość przybliżania się do ich bramki.
Potem jest karny przy 2:1, w takich meczach, przy takiej wypracowanej przewadze psychologicznej, wynik 3:1 zwykle kończy mecz. Prawdę mówiąc Firmino wydaje mi się zbyt „lekki” jak na strzelanie karnych, tak jak na przykład Sturridge czy Mane. Dla mnie karne strzelać powinni goście skoncentrowani i stabilni, tacy jak Milner (akurat go nie było), Henderson czy Can. No, ale Firmino ma reputację napasnika i wybitnego technika, co znajduje o tyle potwierdzenie, że trafia w słupek (Piłkarze o nieco słabsze technice nie celują tak precezyjnie, i dlatego nie trafiają w słupki).
Zwykłe fatum i zaklęcie każdego prawdziwego kibica mówi, że to zły znak, że będzie niedobrze. I było. Ale znów – czy tu można znaleźć jakąkolwiek regułę – oni mają jedną sytucję, my znowu kilka.
Wtedy pomyślałem, że chciałbym jak najszybciej zobaczyć mecz rewanżowy. Bo wtedy te wszystkie nasze przypadki powinny się wreszcie wyrównać – Liverpool naprawdę jest drużyną dużo lepszą od Sevilli. A definicja pecha taka właśnie jest – remisujesz, choć jesteś dużo lepszą drużyną. Na ogół wtedy nie przegrywasz, Twój pech wyznacza poziom remisu.