LIverpool – Huddersfield Town 3:0 czyli określanie standardu

Do tej pory graliśmy cztery mecze u siebie, z Arsenalem była klasyczna demolka, z Crystal Palace wygrana, ale to nic nie znaczy, mecze z United zawsze są trudne. No i mecz z Brunley, czyli jedyny mecz porównywalny do meczu z Huddersfield. Czyli przyjeżdża drużyna, która nie zamierza robić niczego innego, tylko się bronić, ustawiając 11 ludzi za piłką.
Pod tym względem Huddersfield, jak się potem okazało, wyznaczył nowy standard stawiania autobusu na Anfield, ponieważ w meczu oddali jeden strzał, w dodatku niecelny.
Nie mniej, choć przeciwnik nie robił nic poza bronieniem – takie mecze w ubiegłym sezonie były koszmarem. I ten mecz z Burnley jeżeli chodzi o wynik też ten koszmar przypomniał, choć w przebiegu meczu strzałów oddaliśmy ze 30. Nie mniej jednak – nadal nie wiemy, czy udało nam się zmienić standard grania z takimi drużynami, które chcą się tylko bronić.
Dlatego, prawdę mówiąc, gdy Salah nie strzelił karnego myśli miałem najczarniejsze, to znaczy uważałem że to wszystko musi się skończyć remisem i to, w tym przypadku, bezbramkowym. Toteż wszystko co działo się po przerwie możemy traktować jako zwiastun nowego standardu meczów, które paradoksalnie, stanowiły nasz największy problem w ubiegłym sezonie.
NIby nic nadzwyczajnego, ale graliśmy bez Coutinho, Lallany i Mane a wszyscy oni niedługo wrócą do gry. Graliśmy też bez kontuzjowanego w ostatnim momencie Lovrena, co nie okazało się być i tym razem żadną stratą. Fani na stronach słusznie zauważają, że postęp gbry Joe Gomeza (grał na prawej obronie) jest taki, że za parę miesięcy będzie mógł już grać jako bardzo wiarygodny stoper.
I to jest może, oprócz trzech punktów, najlepsze co z tego meczu dostaliśmy.

Maribor – Liverpool 0:7 czyli słaby dowód na żadną tezę

Są, wprawdzie słabe, dowody na to, że Maribor potrafi grać w piłkę. W ogólności to jest drużyna ze sfer w których porusza się Legia Warszawa, takie drużyny czasem potrafią zagrać beznadziejnie, a czasem lepiej. Ale niczego nie gwarantują.
Z Legią Maribor łączy też osoba Marko Sulera, który grał w Legii ale się nie za bardzo nadawał, wskutek czego wrócił do Słowenii. To jest najlepszy, zapewne, dowód, że Maribor płaci gorzej niż Legia. Nawiasem mówiąc Suler potwierdził w meczu z Liverpoolem, że się za bardzo nie nadaje, tak, że jeden z fanów na stronie wyraził nadzieję, że na Anfield też zabiorą Sulera.
W tym meczu właściwie wszystko było jasne od pierwszej minuty, a potem to już była tylko zabawa. Czy ten mecz dowodzi czegokolwiek – bardzo wątpię. Owszem, Maribor zremisował z Spartakiem, ale wtedy z kolei Spartak był bardzo słaby. Teraz natomiast, ku większej perwersji, Spartak złoił strasznie Sewillę. Z czego wynika, że nasze kalkulację na tę grupę trochę się zmieniają, bo przy pierwotnym założeniu, że jedynym realnym rywalem jest Sewilla, drugie miejsce wydawało się najgorszym rozwiązaniem. W tej chwili sytuacja się na tyle zagęściła, że tę grupę będzie łatwiej wygrać, ale jest też ryzyko trzeciego miejsca.
Prawdę mówiąc, bez dmuchania na zimne, dziwiłbym się jednak, gdybyśmy tej grupy nie wygrali.

Liverpool – Manchester United 0:0 czyli kto się kogo boi

Mam wrażenie, że nasi piłkarze nie mają teraz nastroju do rozgrywania tak zwanych wielkich meczów, że to, czego i im i nam potrzeba najbardziej, to przyzwoite i metodyczne rozjeżdżanie drużyn tymu West Ham, Swansea albo Newcastle. Psychologia meczów z United jest inna, te mecze można przegrać, i jakoś nic się nie stanie (biorąc pod uwagę zresztą ile pieniędzy i wybitnych piłkarzy ma United), z tamtymi jest zupełnie inaczej. Poziom ryzyka jakie można podjąć jest w meczu z United jest w takim razie teoretycznie dużo większy, niż z Burnleyami.
Tym razem jednak tak nie było, bo nastrój drużyny jest taki sobie i w tym nastroju najważniejsze jest to właśnie, żeby nie przegrać. Choć w poprzednim sezonie też były dwa remisy w tych meczach, to jednak oczekiwania, zwłaszcza w meczu w październiku ubiegłego roku, były dużo większe. Wtedy graliśmy dużo lepiej, niż teraz, ale United przyjechał z pasywnym planem, i nas zablokował, było 0:0.
Podejście Mourinho do meczów z nami jest takie, że on bez żenady i jakichkolwiek oporów przyjeżdża po 0:0. Można to traktować raz jako zaletę innym razem jako wadę, ale Mourniho naprawdę nie przejmuje się tym, co kibice pomyślą i powiedzą o grze jego drużyny, on wierzy głęboko, naprawdę głęboko, że cała ocena drużyny sprowadza się do wyniku i już. Potem, po meczu, na wszelki wypadek mów, że „Liverpool nas się bał”, co w odniesieniu akurat do tego nastroju, w jakim jesteśmy, może być uważane za prawdę. Ale z perspektywy przebiegu meczu nie ulega wątpliwości, że oni bali się nas jeszcze bardziej, niż my ich.
Po prawdzie i całkiem szczerze – jak wielu naszych kibiców, ja też czekam na przełom, serię pięciu meczów wygranych czy coś takiego. Biorąc pod uwagę pewne tylko parametry, takie jak liczba strzałów oddawanych na bramkę, uważam, że taki przełom jest możliwy. Sytuacja w tabeli sprzyja przełomom (choć oczywiście wygrana z United zbliżyłaby nas do nich na 3 punkty) w tym sensie, że City odjeżdża bo gra rewelacyjnie, United na razie wygrywa, ale ze słabszymi drużynami i nie jest tak dobre, jak City, ale na raie lepsze od innych, a wszystkie pozostałe drużyny są do ogrania. Więc oczywiście ktoś może jęczeć, że znowu nie będzie mistrzostwa, ale ja nie sądzę, by nasze ambicje już w tym sezonie należało lokować tak wysoko. Brakuje co namniej kilku piłkarzy wysokiej klasy, przy czym nie oznacza to, że trzeba ich w każdym przypadku kupić, ale, być może, muszą oni po prostu dojrzeć i rozwinąć skrzydła. Ale – to jest zupełnie inna historia.

Newcastle – Liverpool 1:1 czyli co widzi Jurgen

Jurgen Klopp po każdym takim kolejnym meczu – które z grubsza wyglądają tak samo – mówi zawsze przede wszystkim to, że po prostu nie strzelamy, nie trafiamy. Ale to jest pewna interpretacja rzeczywistości, jedna z możliwych. Statystyka jako nauka uczy o stałości, powtarzalności przebiegów, które nam, obserwatorom, wydają się przypadkowe.
Problem polega na tym tylko, że nie wiemy którą z reguł porządkujących zastosować. Czy regułą statystyczną jest to, że liczba wykorzystanych sytuacji jest stała, czy też to, że jeżeli drużyna nie wykorzystuje sytuacji które ma, to jest to właśnie jej „przebieg zmienności funkcji” – i inaczej już nie będzie.
Gdyby spojrzeć na mecz z Newcastle z tej perspektywy to obawiam się, że ten drugi wariant myślenia może być bardziej prawdopdobny. Bo Newcastle – niech mi nikt nie wmawia, że jest inaczej – jest dość przeciętną drużyną. Newcastle bronił się przez cały mecz, jakby grał u nas.
Problem jednak polega na tym, że te sytuacje, o których mówi Jurgen, to niestety trochę nadinterpretacja. Owszem, przy tej przewadze w posiadaniu piłki – jest ona zupełnie nieprawdopodobna – wiadomo, że sytuacje powstają. Są one jednak na swój sposób przypadkowe.
Nasi najlepsi piłkarze, zwłaszcza Mane i Firmino, nie stwarzają indywidualnie sytuacji, co robili rok temu. Nie twierdzę, że brak Lallany jest tu kluczowy (ktoś powiedział na naszej webstronie, że nie ma większych bohaterów niż piłkarze aktualnie kontuzjowani), ale faktem jest, że cała gra jest po prostu zbyt statyczna i jednak wciąż trochę za wolno.
Oczywiście, statystyka i tak końcowo pokaże swoje prawdziwe oblicze, co oczywiście może oznaczać, że przyjdzie taki moment, kiedy zacznie wpadać. Tak też może być. Wtedy piłkarze zaczynają wierzyć, że wpada i wtedy wpada jeszcze więcej.
W przeciwnym razie pogoń za Manchesterami będzie iluzją.
Tu, a propos, w sobotę, 14 października, mecz absolutnie kluczowy pod względem wiedzy o naszej drużynie, czyli mecz z United na Anfield. Najlepszy moment, żeby namówić statystykę, aby pokazała przyjazne oblicze.