Stoke – Liverpool 0:3 czyli przeciwnik w typie ulubionym

To właściwie pierwszy mecz z uwzględnieniem tak wyraźnej rotacji, czego efektem było wyjście składzie Dominica Solanke. Cokolwiek by nie powiedzieć o nadchodzącym grudniu, kiedy to będziemy grali 9 meczów, wystawianie piłkarzy rezerwowych w każdym meczu ligowym jest związane z pewnym oczywistym ryzykiem.
Solanke nie dokonał niczego nadzwyczajnego w tym meczu, ale inni, przede wszystkim Salah i Coutinho wygrali ten mecz w dość prosty sposób. Owszem, przyjmując do realizacji najbardziej niekorzystny przebieg meczu – nie musieliśmy go wcale wygrać. Ale, powiedzmy to szczerze, Stoke jest znacznie słabszą drużyną, niż to wynika ze składu drużyny i prawdę mówiąc dziwię się, że właściciele klubu wciąż upierają się przy zatrudnianiu Hughesa. To na szczęście nie nasz problem.
Można odnieść wrażenie, że wśród czterech typów meczów w wyniku kombinacji meczów u siebie i wyjazdowych z drużynami typu A (walczącymi z nami o czwórkę) i drużynami typu B (które z nami nie walczą), ten akurat typ meczu, czyli mecz wyjazdowy z drużyną typu B jest w tym sezonie dla naszych piłkarzy najłatwiejszy. Te drużyny nie są w stanie przed nami się bronić, więc zanim wyjdzie im jakiś atak (niestety często z naszą drużyną ataki przeciwnikom się udają), przegrywają jż 2:0 albo 3.0. Chyba, że mają więcej szczęścia, niż Stoke w tym meczu.

Liverpoool – Maribor 3:0 czyli konieczność

Takich drużyn w przyszłym roku już w Lidze Mistrzów już nie będzie, co niestety oznacza też, że nie będzie i polskich drużyn. Faktem jest jednak, że z nikim Maribor nie oberwał tak mocon, jak z Liverpoolem.
Ten mecz był więc formalnością, nie mniej jednak, ponieważ wszyscy o tym wiedzieli, więc to podejście położyło się cieniem na psychice piłkarzy. Przez całą pierwszą połowę nie moigli się skupić i grali beznadziejnie.
W drugiej zaś połowie, przy stanie 1:0 Maribor mógł nawet strzelić bramkę. Już sobie wyobrażam, co mogło być potem: nerwowość i remis. A strata punktu byłaby w tym meczu tragedią.
Przyznaję, obsesyjni kibice snują nawet tak absurdalne scenariusze, jak remis z Mariborem. Na szczęście, takie scenariusze są raczej nie możliwe do realizacji.

Liverpool – Chelsea 1:1 czyli granice możliwości

Powiem szczerze, to nie wyglądało tak, jakbyśmy mogli ten mecz wygrać. Nawet, gdy prowadzliśmy 1:0. Chelsea wydaje się być drużyną bardziej wyrafinowaną, ma po prostu trochę lepszychj piłkarzy. Tu nie ma przypadków, jeżeli Chelsea chce kogoś kupić, to my go nie kupimy. Tak było z Hazardem, Salahem, Willianem i kim tam jeszcze, o czym nawet nie wiemy.
Podobnie zresztą było w meczu pod koniec stycznia – wtedy oni byli wręcz bliżsi wygrania meczu. Tym razem nie przyjechali wygrać, lecz zremisować i tak właśnie to się skończyło.
Trudno dzisiaj spekulować, w którym miejscu na długiej drodze do wielkości jesteśmy. Czy w ogóle na niej jesteśmy. Był taki moment na jesieni ubiegłego roku kiedy tak właśnie się wydawało, że jesteśmy tuż tuż od unikalnej jakości. Teraz, w takim meczu, który trzeba wygrać, bo wygrywając uciekamy Tottenhamowi i doganiamy Chelsea, nasza drużyna nie jest w stanie aktywnie i przekonaniem ruszyć po drugą bramkę. To jest dowód słabości.
Na kilku pozycjach – bramkarz, stoperzy, boki obrony – oni mają po prostu i zwyczajnie lepszych piłkarzy. Zrównoważyć mogliby tę różnicę jedynie piłkarze ofensywni, ale tym razem nie grał Mane, Firmino, a Coutinho gra po prostu dosyć słabo jak na piłkarza tak wycenianego przez rynek. I co z tego, że ławka jest tak mocna, jak nigdy kiedy w składzie na boisku są piłkarze słabsi od najlepszych.
Liverpool rozegrał dotąd wszystkie mecze z głównymi konkurentami. Nie szło w nich za dobrze, ale może to jest wreszcie zmiana tendencji, na bardziej logiczną – że będziemy wygrywać z tymi drużynami, z którymi powinniśmy i mamy obowiązek wygrywać. To jest nasza szansa żeby dalej walczyć o czwórkę.

Sevilla – Liverpool 3:3 czyli jak tu spać po takim meczu

Nie wiem, no po prostu nie wiem jak oni mogą spać po takim meczu. Jak może spać Jurgen Klopp, przy całej jego emocjonalności. Ja w każdym razie nie mogę.
Tym bardziej trudno mi zrozumieć, jak Klopp, pomimo takiego ciosu w ostatniej chwili meczu, jest w stanie nadal szukać głównie tego co dobre i pozytywne. Ale ten sposób myślenia i co za tym idzie mówienia, to jest jego nienaruszalna, integralna właściwość. Tak postanowił myśleć o świecie i opisywać świat, i taki obraz chce przenosić na wszystkich. Nie doczekamy się o niego żadnych spazmąw ani żadnego jęczenia, zwłaszcza – na piłkarza, który zawinił na przykład przegranie takiego meczu. I to nie jest, albo niekonieczni jest rozwiązanie takyczne, to jest podstawa filiozofii życiowej Kloppa.
Półki jednak ktoś się takiej filizofii nie nauczy i nie wytrenuje, temu przeżyć mecz w który, po 30 minutach prowadzimy 3:0 a ostatecznie remisujemy 3:3 jest naprawdę trudno.
W rzeczywistości, w co wierzę, mecz ten może nie mieć żadnych dramatycznych konsekwencji dla naszej drużyny, poza tą jedną na pewno, że ze Spartakiem nie będzie można wystawić składu rezerwowego. Ale – z powodu prestiżu rozgrywek – i tak pewnie by do tego nie doszło. Ryzyko wywrotki ze Spartakiem należy jednak wiedzień jak naprawdę niskie, przy wygrane wygrywamy grupę (i, prawdę mówiąc, tylko przy wygranej, bo Sewilla gra z Mariborem).
Gwoli prawdy powiedzmy, że ta pierwsza połowa była trochę nadmiernie szczęścliwa, przynajmniej w tym to sensie, że Hiszpanie żadnej bramki nie zdobyli, choć mogli. Co do drugij połowy, to jednak z całą brutalnością powiedzieć trzeba, że to Moreno i przede wszystkim Moreno i nikt inny tylko Moreno sprawił, że meczu nie wygraliśmy. Mamy z tego taką naukę – choć po co nam ona, skoro to wiemy – że psychika potrafi piłkarza załatwić. Moreno nie jest moim ulubnionym piłkarzem, ale nie jest aż tak beznadziejny, jak w tym meczu.
Odespać się to uda dopiero następnego dnia, chyba, że ktoś potrafi zapanować nad swoim mózgiem lepiej, niż ja. Ale poza tym – jedziemy dalej. W sumie drużyna jest na fali rosnącej, więc Klopp ma tu absolutną rację, że trzeba zrobiń absolutnie wszystko, by ten mecz, a zwłaszcza jego wynik co prędzej zresetować z pamięci.

Liverpool – Southampton 3:0 czyli co się zmieniło i co jeszcze może się zmienić

Weźmy jednak pod uwagę to, że w poprzednim sezonie graliśmy z nimi cztery razy i nie strzeliliśmy ani jednej bramki. A oni grają całkiem podobnie, jak w zeszłym roku, czyli, szczerze mówiąc, grają trochę tępo, przede wszystkim żeby bramki nie stracić, bo zdobywać bramek po prostu nie umieją.
Jeżeli wypowiedzi Kloppa czytać odpowiednio uważnie, czytając jego emocje, nie tylko słowa: Klopp po prostu bał się tego scenariusza, w którym mamy mnóstwo sytuacji, ale nie zdobywamy bramki do 60 minuty i robi się tak nerwowo, że łatwiej bramkę stracić niż zdobyć.
Rzecz ujmując abstrakcyjnie każdy taki mecz na własnym boisku można rozwiązać, jeżeli uda się zdobyć taką bramkę, jak pierwszy gol Salaha. Ale do takiej bramki po prostu trzeba mieć trochę szczęścia, i tego szczęścia we wszystkich właściwie meczach po prostu brakowało.
Statystyki meczu są przygważdżające, 21 strzałów Liverpoolu, 8 celny, 1 celny strzał Southamption. I tak ten mecz wyglądał, a i tak spokój osiągnęliśmy po drugim golu.
Czyli, właściwie, ten mecz wyglądał nie inaczej, niż na przykład meczu z Burnley, czy nawet z Crystal Palace, kiedy graliśmy ledwo, ledwo. Teraz mamy za sobą dwa mecze – z Huddersfield i Southhampton – które były zupełnie innej, niż takie same meczu w ubiegłym roku. Mamy mocniejszy skład, mamy wreszcie ławkę, mamy Salaha. I nawet mecz z Burnley, jeszcze we wrześniu, zremisowany należy ocenić inaczej, w świetle tego jak gra ta drużyna.
Ok, droga daleka, inni też wygrywają . Ale mamy takie zjawisko, które przewidywał Klopp wtedy, gdy tak bardzo się męczyliśmy – że w końcu zacznie wpadać. Zaczęło. Pytanie, czy to jest standard, czy standardem jest to, co działo się poprzedni.