Virgil van Dijk czyli ile kosztuje Guernica (na przykład)

No i kupiliśmy van Dijka. Nasi kibice słusznie zauważają, że ten transfer, kupienie Salaha i od przyszłego sezonu Keity to są nie tylko transfery ale też tak zwane statementy, czyli informacje, gdzie się plasuje i gdzie się chce plasować Liverpool jako klub. Klopp chciał kupić dokładnie tych piłkarzy, nie chciał żadnych innych. Klopp uważa, że jeżeli ma mieć nie tych piłkarzy, których naprawdę chce, to woli mieć tych, którzy już w klubie byli lub też – piłkarzy całkiem średnich. Ale charakter i natura drużyny ma zostać określona przez tych właśnie, wybitnych piłkarzy. Niezależnie od poparcia właścicieli i – spodziewanego, ale raczej latem, odejścia Coutinho -niezwykła jest to metodyczność i spokój z jakim Klopp wdraża ten swój plan.
I tu pojawiają się jęki różnych gości, że to za drogo, że piłkarz tyle nie warto. Tak powiedział Shearer, tak też mówił w BBC Gary Neville. A ja się pytam – co to znaczy za drogo? Czy jest cena rynkowa za Monę Lisę albo Guernicę?
Piłkarzy kupuje się jak dzieła sztuki, płaci się za ich unikalność. Cena rynkowa jest fikcją tak długo, jak długo właściciel praw nie chce ich sprzedać. Tak United kupił Pogbę, czy Neville też uważał, że te 90 milionów to za drogo? Do czego porównać, jak zmierzyć to „za drogo”?
Podobieństwo do kupowania dzieł sztuki jest także i w tym, że kluby nie grają po to, by zarabiać. To są klasyczne wehikuły vanity. Klubu są po to, żeby wygrywać. Dobrze by było, żeby właściciel nie dokładał za dużo ale i to nie jest w wielu przypadkach żadnym kryterium. Czy Neymar jest wart 200 milionów? W tym sensie jest, że nie ma żadnego drugiego Neymara.
Dla Liverpoolu, dla Kloppa – nie ma żadnego innego van Dijka. A ten który jest będzie od stycznia grał u nas.

Arsenal – Liverpool 3:3 czyli druga ręka Mignoleta

Ten mecz prowadziliśmy mniej więcej tak, jak ten sprzed roku, czyli wszystko było pod kontrolą. Do przerwy powinno być 3:0. Ale nie było.
O ile pierwsza bramka Arsenalu (błąd Gomeza niestety) nie przesądzała jeszcze o niczym, to mecz rozsypał się dla nas przy drugiej bramce – strzał Xakhi.
Pamiętam, taką bramkę puścił Reina w szalonym meczu z Chelsea na Stamford Bridge w 2009 roku, w ćwierćfinale ligi mistrzów. Z wolne strzelał obrońca Alex. Reina usiłował bronić piłki jedną ręką, ale strzał by bardzo mocny i ta próba obrony jedną ręką wyglądała na dziecinną nieudaczność. To była ważna bramka, bo odrabialiśmy straty z pierwszego meczu (1:3) i mieliśmy już 2:0 na wyjeździe.
Tym razem obrona Mignoleta wyglądała bardzo podobnie, niestety. Błąd techniczny, a może po prostu błąd refleksu – jedną ręką szybciej można wyciągnąć do góry, niż dwie. Za takie bramki dobrych bramkarzy trzeba winić.
Tu muszę wyznać, że lubię Mignoleta, on wygląda na takiego bardzo przyjemnego i porządnego chłopaka. Problem nie jest tylko w tym nawet, jak sądzę, że jego błędy czasem powodują, że tracimy punkty. Równie że on nie daje pewności drużynie i pewnym sensie skazuje obrońców i pomocników na bardziej konserwatywną grę. To samo dotyczy Kariusa.
Tu akurat Klopp jest w sytuacji trudnej. Nie raz podtrzymywał zaufanie do Mignoleta, a do tego – sprowadził Kariusa jako domniemane zastępstwo. Wszystko to nie daje odpowiednich rezultatów. Z drugiej strony – nie oszukujmy się – wyższy poziom pewności ze strony bramkarzy jest w sumie trudny do osiągnięcia. Dają go swoim drużynom na pewno de Gea, i Courtois, może Cech, no i – na pewno- Ederson. Ten ostatni przykład jest jednak wyraźną ilustracją tezy, że lepszego bramkarza trzeba szukać. Ale lepszy bramkarz – to jest opinia, na którą można zapracować przez co najmniej dwa sezony i to w dobrym klubie. Mignolet w Sunderlandzie wyglądał na znakomitego bramkarza, ale w takim klubie jak Livepool w przypadku bramkarza bardziej chodzi o to, żeby nie robić głupich błędów nawet raz na pięć meczów niż o to, by dokonywać cudów w co drugim meczu. Nawiasem mówiąc – takim typem bramkarza, o którego Liverpoolowi mogłoby chodzić jest Łukasz Fabiański, choć znów, pytanie, czy gra pod stały obstrzałem jak w Swansea jest istotnie właściwą rekomendacją na taki klub, jak Liverpool.

Bournemouth AFC – Liverpool 0:4 czyli przykład na niesprawiedliwość świata

Trudno nie mieć sympatii do tej drużyny i tego klubu, będącego przykładem imponującego pozytywizmu ale też i prawdziwych szans, jakie dla mądrych i pracowitych ludzie stwarza futbol, w którym, jak się niekiedy wydaje, wszystko rozgrywa się na poziomie rachunku bankowego.
Sympatia sympatią, ale ubiegłym roku w takim samym meczu nasi obecni przeciwnicy pchnęli nas na skraj rozpaczy. Pamiętam jak dziś, w pierwszej połowie, gdy mieliśmy ogromną przewagę, powiedziałem że trzeba szybko zrobić 2:0 i będzie z tym spokój. I faktycznie, zrobiliśmy 2:0 a i tak mecz przegraliśmy 3:4.
Bournemouth gra i chce grać w piłkę. Nie zmieniają tego nawet grożące spadkiem niepowodzenia. Jest to klasyczny przypadek, gdy cała filozofia klubu jest kreowana przez jednego człowieka, Eddiego Howe’a – gdyby nie było u nas Kloppa z całą pewnością byłby to kandydat numer jeden, jak dla mnie, do pracy w Liverpoolu.
Niestety, przy takiej drużynie jaką mamy teraz takie drużyny, które chcą grać w piłkę są naszymi najłatwiejszymi ofiarami. Tutaj też szybko było 2:0, jak przed rokiem, z tą jednak różnicą, że oni nie byli w stanie tym razem złapać kontaktu. Bo mamy po prostu lepszą drużynę, niż przed rokiem.
To jest kolejny mecz na wyjeździe (po Brighton i Stoke) który wygrywamy z jakąś niezwykłą wprost łatwością. I, powiedzmy to jasno, w tej chwili znacznie łatwiej jest nam wygrywać mecze wyjazdowe, niż mecze u siebie. Po prostu nasi piłkarze potrzebuję przestrzeni i na Anfield jej nie dostają. A poza tym, konieczność zdobywania punktów i piłkarska godność, by tak rzec, nie pozwalają naszym przeciwnikom, by na własnym stadionie się bronić. A już zwłaszcza, gdy są to tak mentalnie ofensywne drużyny, jak Bournemouth.
Co, koniec końców, jest trochę niesprawiedliwe, nieprawdaż?

Liverpool – West Bromwich Albion 0:0 czyli katowanie w starym złym stylu

Takich meczów ubiegłym sezonie graliśmy sporo. Na wiosnę był taki okres, że właściwie każdy kto przyjeżdżał był w stanie się zablokować. Różnica może była tylko taka, że wtedy taki zablokowany był jeszcze skłonny strzelać nam bramki, tym razem Westbrom nie udawał nawet, że ma taki zamiar.
Co gorsza, w tym meczu Liverpool nie miał nawet za bardzo czystych sytuacji do zdobycia bramek, to były sytuacje na sytuacje. A mnie się zdaje, że Westbrom jest teraz naprawdę jedną z najsłabszych w lidze drużyny i dziwiłbym się, gdy się utrzymali.
Na czym polega ten problem? Drużyny aspirujące do topu, jak nasza, muszą mieć bardzo rozbudowany repertuar sposobów na zaparkowany autobus. Zdaje się, że Klopp jeden z takich sposobów widzi jednak w graniu górą, stąd obecność Dominica Solanke. Co do zasady ja się z tym zagadzam, to jest wariant, ale takiej gry też się trzeba nauczyć. My gramy zupełnie inaczej.
Druga rzecz – to strzały z daleka. Nie może przed nimi się uchronić żadnam nawet najbardziej zablokowana drużyna. Ale, jak już pisaliśmy, nie bardzo ma kto strzelać.
To był chyba najsłabszy mecz w sezonie, mecz frustrujący i denerwujący. Nie porównuję go do porażek z City czy z Tottenhamem, bo tamte mecze miały inny sens.
To prawda, nie przegrywamy. Ale takie mecze musimy wygrywać. Jeżeli uda nam się przejść sezon bez takiego meczu jak ten – to będzie znaczyło, że należymy już do innej galaktyki.

Liverpool – Everton 1:1 czyli wyraźne uczucie niesmaku

Nie można nie zauważyć, jak dobrym managerem jest Allardayce. My go u nas w sumie nie lubimy, ale nie lubimy dlatego, że jego – prawda – destrukcyjne koncepty piłki nożnej zalazły nam za skórę, po prostu są one wyjątkowo skuteczne wobec drużyny tak finezyjnej i jednocześnie tak artystycznie wrażliwej, jak nasza. W tym sensie w piłce nożnej nie ma żadnej logiki, nie ma prostej premii za jakość i efektowne granie w piłkę nożną. Oczywiście, Allardayce’a nie lubimy za bardzo z tej też przyczyny, bo nie ma on ogłady w stylu wybitnych coachów. Ale ma swój styl. Jest zresząt samo w sobie ciekawe, że zdecydował się objąć Everton, bo wydawało się po ubiegłym sezonie, że naprawdę na czas jakiś da sobie spokój z prowadzeniem drużyn. Everton to najlepszy klub, w jakim Allardayce się dotąd zatrudnił i sądzę, że on w tym widzi prawdziwą szansę życiową zmiany swojej reputacji ligowego rzemiechy. Na razie idzie mu dobrze.
Obecnie między jakością Liverpoolu i Evertonu jest coś w rodzaju przepaści, więc to, że Everton czyli Allardayce potrafił z takiego meczu wyciągnąć remis graniczy z cudem, i to po drugiej stronie granicy.
Wspólnikami cudu byli Sadio Mane i Craig Pawson, sędzia meczu.
Nie chcę znęcać się nad Mane, ma po prostu słabszy okres. W 42 minucie szedł sam na bramkarza i miał obok siebie Salaha i Firmino. Nie podał im, spudłował. Zrobił to wyłącznie po to, by poprawić swoją aktualnie trochę nadpsutą psychikę. Nie ma prawa tak grać, w żadnym razie. Gdyby w tym momencie zrobiło się 2:0, Everton by prawdopodobnie się już nie zebrał.
Pawson – do tej pory uważałem, że jest to jeden z lepszych sędziów w lidze. Nie wiem, czy jestem aż tak subiektywny, czy Klopp był aż tak subiektywny, ale końcowo uważam, że dawanie takich karnych jest bez sensu. Więcej nawet – wygłoszę tu kontrowersyjną tezę, że jeżeli karny jest w jakikolwiek sposób dyskusyjny czy wątpliwy, to podejmując decyzję w tej sprawie należy uwzględniać czy należy on do „przebiegu” gry. W tym przypadku karny był jedyną okazją na bramkę, jaką mógł wypracować sobie Everton, bo zresztą żadnej innej wypracować nie próbował. To, że obecność na boisku Lovrena stwarza takie szanse – to moim zdaniem mógł być pomysł samego Allardayce’a, to do niego podobne.
Złość, wściekłość po takim meczu było mi równie trudno opanować, jak Kloppowie. W sumie jednak nie sposób nie zauważyć, że dużo sytuacji na bramki nie udało nam się stworzyć, czyli problem nie był tylko w sytuacji Mane i w karnym. Ale ten meczu nawet grając dość tępo i ociężale można było i trzeba było wygrać.