Liverpool – Manchester City 4:3 czyli pressing jako klucz do wszelkich możliwych sukcesów

To był niesamowity mecz. Prawdę mówiąc, układ był trochę szczęśliwy, bo City grało w środku tygodnia w tym idiotycznym Carabaoo Cup, z którego my na szczęście odpadliśmy w pierwszym podejściu (to pojawia się taki trochę dwuznaczny moralnie wątek, ale z tego pucharu ja bym uciekał na wszelką cenę jak szybko można, przy całej gadaninie o zdobywaniu trofeów itd). Nie może być jednak żadnych wątpliwości, że City należy do najlepszych drużyn w Europie, że Guardiola to wreszcie wszytko poukładał, ze wsparciem zupełnie niewiarygodnych pieniędzy, nawiasem mówiąc. Zresztą City i tak będzie mistrzem, jak bardzo by się Guardiola nie zarzekał (rozumiem go, oczywiście że rozumiem).
W tym meczu City miało jednak dodatkową, bardzo prostą motywację – nie trzy punkty, tylko zachowanie statusu drużyny niepokonanej. A ponadto, sądzę, że oni są świadomi, że przegrać mogą jeszcze tylko z nami i z Tottenhamem, bo na przykład United rozjechali na wyjeździe przepisowo.
Ten mecz został wygrany w drugiej połowie przez niewiarygodny pressing i dodajmy, z pewnym udziałem nieudolności Stonesa. To przyjemny chłopak ale nigdy nie zrozumiem kasy, którą za niego wydano. Ale nie przesadzajmy, w tym meczu piłki tracili na naszą rzecz nawet tacy piłkarze jak de Bruyne, któremu, prawdę mówiąc, nigdy nikt piłki w innych meczach nie jest w stanie zabrać.
Tych kilka minut pressingu dosłownie zmiotło City, dają nam przewagę na 4:1. Obrona pozostała w tym stanie co zawsze, czyli w stanie cały czas stwarzającym ryzyko, zwłaszcza, ponieważ nie grał van Dijk. Ale pressing i wreszcie trochę szczęścia w sytuacjach – to wszystko załatwiło sprawę.
Ten presssing w tym wydaniu jest zupełnie zabójczą bronią, sam jestem ciekaw, czy i na ile jesteśmy go w stanie zastosować w innych meczach, na przykład w Lidze Mistrzów. Bo, prawdę mówiąc, gdyby ten pressing był dostępny choćby przez 15-20 minut meczu, to możemy – przepraszam za bezczelność -wygrać ligę mistrzów. Bo skoro przed tym pressingiem ugięło się City, to znaczy, że może ugiąć się każdy.
Końcówka meczu nie była już taka przyjemna, bo nasi stoperzy bez van Dijka są jacy są. Największym problemem są bramkarze, tym razem Karius i nie w tym problem tylko, że puścił gola do swojego rogu bramki, ale że stwarza w niezwykle naturalny sposób poczucie głębokiej niepewności za każdym razem, gdy łapie piłkę. Myślę, że nawet Klopp już to wie i nie będzie za wszelką cenę szprycował nas wiarą w to, że ma bardzo dobrych bramkarzy. Ale to rzeczywiście nie jest temat którym należy się dręczyć przy okazji tak pięknego sukcesu.

Liverpool – Everton 2:1 (Puchar Anglii) czyli dzieło mistrzów holenderskich

Trzeci z rzędu mecz wygrany 2:1 – i wszystkie z drużynami z tych samych dokładnie okolic, to znaczy z drużynami ze środka tabeli. Takimi, które co najmniej starają się grać w piłkę. To była ta istotna różnica w stosunku do grudniowego meczu – Everton zaczął grać. Co nie znaczy, że od początku nie był drużyną gorszą. Nie mniej ze strony Liverpoolu był to słaby mecz, bez przebłysków finezji, którymi wypełnione są niektóre zwłaszcza mecze naszej drużyny.
Pytanie jest oczywiste – czy grając bez Salaha i Coutinho to jest jeszcze ta sama drużyna? W sytuacji, gdy Lallana i Mane nie grają jeszcze tak, jak mogą grać – zwłaszcza?
Tu zresztą pojawia się następne pytanie – jeżeli sprzedamy Coutinho, a sprzedamy, tylko nie wiadomo, czy teraz czy latem, to przrecież nie możemy go nie zastąpić piłkarzem o podobnej finezji i klasie. Ilu takich jest? Moim absolutnym faworytem jest Riyad Mahrez, bo, szczerze powiem, to jest piłkarz w porywach nawet lepszy od Coutinho, poza może rzutami wolnymi. Mahrez gra w tej chwili w drużynie, gdzie ciężar na nim zawieszono za duży. Ale jest to wybitny, unikalny piłkarz jeżeli chodzi o wizję gry przede wszystkim.
Wielkim hitem tego meczu był debiut Virigila van Dijka (który na koszulce kazał się nazwań po prostu Virigilem). To jest znakomity piłkarz, nikt kto choć trochę się zna na piłce, nie miał na tym tle żadnych wątpliwości. Rozważania, czy wart jest 75 milionów są, przepraszam za słowo, głupie, bo drugiego van Dijka nie ma.
Do tego wszystkiego, czego potrzebuje nasza obrona jasne było dla mnie od zawsze, że van Dijk może nadać nowy sens naszym rzutom rożnym które od dawna już, prawdę mówiąc, nie dają drużynie nic.
I tak właśnie się stało w tym meczu. Pomimo niezbyt doniosłej i twórczej gry – o wygraniu meczu zdecydowała właśnie taka extra sytuacja, czyli rzut rożny.
Bramkę zdobył głową Virigil van Dijk.

Burnley – Liverpool 1:2 czyli przyrost wiary w Oxa

W ubiegłym – już roku – graliśmy 2 stycznia z Sunderlandem. Był to fatalny w skutkach mecz, dwa dni po wygraniu z City. W końcu był remis 2:2, straciliśmy dwie bramki z rzutów karnych, pierwszy karny był całkowicie niedorzeczny (sędzia Taylor, raczej szkodliwy osobnik), drugi za rękę Mane w murze. Od tego zaczął się totalny zjazd, cały styczeń był beznadziejny. Luty niewiele lepszy.
Klopp to wie. Wtedy uważał, że skoro nie gramy w Europie, to można grać wszystko jednym składem. To już była fałszywa teza. Teraz gramy w Europie i do tego Klopp wie już tyle co trzeba o graniu w okresie świątecznym i zimowym (to znaczy – wie również jego sztab fizjologiczny). Rotacja trwa cały czas, mamy też więcej piłkarzy którzy mogą grać pierwszy skład.
Oczywiście, zawsze można zadać pytanie, czy lepszy skład wystawiać na Leicester czy na Burnley – ponieważ, nie ukrywajmy, wskutek rotacji wszyscy piłkarze nie staną się tacy sami pod względem jakości. Obaj przeciwnicy są teoretycznie tej samej klasy.
Ostatecznie, mecz był dosyć trudny, by nie powiedzieć, męczący. Salah i Coutinho i tak zagrać raczej nie mogli (nie wiemy tego do końca), Firmino wszedł w końcówce. Ale za to pierwszy prawdziwy mecz zagrał Adam Lallana, który jest niewątpliwie zawodnikiem pierwszego składu (nawet jeżeli pierwszy skład liczy 16 czy 18 piłkarzy).
No i wreszcie Oxlade-Chamberlain. Należę do tej milczącej większości, która ten transfer przyjmowała jako fanaberię Kloppa (który, jak każdy wielki coach uwielbia udowadniać całemu światu, że lepiej rozpoznaje talent piłkarzy, niż inni). Ox to nie Messi, ale naprawdę, z jego grania coraz więcej wynika. Przede wszystkim biega, popycha akcje, nie odpuszcza. Jego gra ma sens. Po prawdzie – nie zablokował on wprawdzie porządnie dośrodkowania po którym straciliśmy bramkę, ale tego w Arsenalu nikt go nie uczył, więc on musi się uczyć takich rzeczy od nowa.
To, że bramka zwycięska padła w ostatniej minucie, to jest oczywiście przypadek (powinna paść wcześniej), ale też wyraz nastawiania tej grupy piłkarzy do gry do końca. Skład był bardzo mocno różny od tego, z meczu z Leicester. Burnley grało tymi samymi piłkarzami co w sobotę. Na pewno – w porównaniu do swoich rywali nasi piłkarze nie słaniali się na nogach i mieli jeszcze dość wiary w siebie, by zaatakować w ostatniej minucie. Brak wiary w siebie chodzi pod rękę ze zmęczeniem. Więc w sumie – przypadek, ale też sukces koncepcji rotacyjnej.

Liverpool – Leicester 2:1 czyli mecz prawdziwy

Ja ma taki przewrotny pogląd, że w meczach na Anfield lepiej jest, gdy przeciwnik zdobędzie bramkę na samym początku meczu, bo wtedy nasza drużyna dużo szybciej się mobilizuje, wchodzi we właściwy rytm i ma większe szanse wygrać niż w meczu, w którym przeciwnik gra na zero zero i atakuje tylko wtedy, kiedy mu się przypadkiem uda.
Z tej perspektywy Leicester jest dużo lepszym przeciwnikiem, bo to jest drużyna ambitna i ofensywna. Dodajmy – lepsza niż Everton czy West Brom, z którymi katowaliśmy się ostatnio niemiłosiernie po to, żeby ostatecznie zremisować.
W tym przypadku było wszystko inaczej. Bo głupim błędzie (bardziej Matipa niż Cana, po cholerę we własnej strefie wykonywać tak ryzykowne podania), straciliśmy bramkę i mecz się zaczął właściwie od razu. Sytuacji było mnóstwo, oczywiście, można się zżymać, że ma je głównie Salah, ale przecież właściwie zawsze wynikają one z wyrafinowanej ofensywnie gry całej drużyny.
Nie twierdzę, że nie miałem ani przez chwilę wątpliwości, czy ten mecz wygramy. Ale obiektywnie oceniony przebieg meczu z naprawdę dobrą drużyną wskazuje na to, że forma drużyny jest dobra i właściwie rośnie. Oczywiście znów – wchodzący z ławki piłkarze byli gorsi od tych, którzy grali, a to może się okazać kluczowe w następnych meczach. Wchodzimy w styczeń, który w zeszłym roku rozłożył nasz sezon – i zamiast grać o mistrzostwo graliśmy do końca o czwarte miejsce. Wkrótce wszystko się okaże, czy będziemy w stanie to zmienić. Skład jest mocniejszy i szerszy niż przed rokiem, a wkrótce dojdzie jeszcze van Dijk. Arsenal stracił punkt, choć niesprawiedliwie, ale stracił. United stracił punkt i w ogółe gra słabo, ma nad nami 3 punkty przewagi. Sytuacja jest ciekawa. Fakt, jest to gra wyłącznie o wicemistrzostwo Anglii, ale dla Liverpoolu byłby to niezwykle istotny postęp na drodze w stronę wielkości.