Liverpool – West Ham 4:1 czyli wzorzec wzorcowy jak grać trzeba

Był taki okres, początek sezonu 2015-2016, końcówka Brendana Rodgersa, kiedy West Ham nie tylko wygrał u nas 3:0, ale pamiętam, przed tamtym meczem, Rodgers wypowiadał się w taki sposób, że właściwie to oni są lepsi i żeby liczyć się z przegraną. Pamiętam, że wtedy to już bardzo zdecydowanie pomyślałem, że on musi odejść, bo nie można nas staszyć West Hamem (który rozjechał nas przykładowo być może także korzystając z przewagi psychologicznej).
Tym razem, choć West Ham jest w przyzwoitym okresie i jest drużyną, by tak rzec, pozbieraną przez Moyesa, wróciliśmy na podstawowe pozycje, czyli klasycznie i elegancko wygraliśmy ten mecz 4:1.
Zasadnicza jakościowa różnica od paru tygodni polega na grze w obronie. Wydaje się, że zwłaszcza pomocnikom, ale też bocznym obrońcom dużo łatwiej jest teraz wychodzić do przodu, bo nie czują takiej nerwicy z tyłu. Czynniki zasadnicze tej zmiany są dwa: oczywiście, przede wszystkim van Dijk, a po drugie – stabilizacja pozycji Kariusa w bramce. Zachowanie czystego konta bramkowego przychodzi ze znacznie większą łatwością – wczoraj stracona bramka to efekt raczej faulu na Canie, niż jakiegokolwiek błędu w obronie.
Czyli – różnica polega na tym, że zamiast Lovrena i Mignoleta jest van Dijk i Karius. Ten ostatni, jak się wydaje, jest po prostu bardzo utalentowanym bramkarzem który gra teraz zupełnie inaczej, niż w okresie który słusznie mógł uważać, za testowanie. Bramkarz który chce się wykazać jest często psychologicznie spalony. Zresztą, prawda jest taka, że liczyć na poprawę gry Mignoleta już się nie da, a na Kariusa – można. To była światła choć trudna decyzja Kloppa, która trochę niespodziewanie uwalnia rezerwy jakościowe w drużynie.
City nie dogonimy, ale gra o drugie miejsce też jest coś warta. W tej chwili tylko Tottenham gra podobną jakością, co my. A na przyszłość, mając młodą drużynę, perspektywę przyjścia Keity – naprawdę można będzie z tą drużyną sporo dokonać.
Jeszcze jest przecież Liga Mistrzów, która końcowo staje się z naszego punktu widzenia fascynującą zagadką.
I jeszcze – tych 100 milionów za Felipe – do zainwestowania.
To naprawdę zaczyna się układać w sensowną całość.

Porto – Liverpool 0:5 czyli takie wyniki się zdarzają (choć rzadko)

Takie wyniki w rundzie pucharowej Ligi Mistrzów zdarzają się rzadko i właściwie nie powinny się zdarzać, bo gra najlepszych 16 drużyn Europy. Ten wynik – podobnie jak poprzednio wyniki City w Bazylei mówi nie tylko o jakości drużyny, ale także o rosnącej sile klubów angielskich. Tradycyjnie kluby portugalskie, a już zwłaszcza Porto, należały do bardzo mocnych. Wystarczy przypomnieć, że po wygraniu Ligi Mistrzów w 2005 roku – w następnym sezonie, właśnie w 1/16 Liverpool odpadł z Benficą. Dzisiaj to się wydaje niemal nieprawdopodobne.
Oczywiście, przy stanie 0:0 Porto miało bramkową sytuację. Ale w świetle tego, co nastąpiło potem trudno uwierzyć, że cokolwiek mogłoby odmienić losty tego meczu.
Niezależnie od różnicy klasy – o charakterze fundamentalnym – nasi piłkarze są po prostu w bardzo dobrej formie, znacznie lepszej, niż rok temu o tej porze. Co więcej, co już w jakiejś mierze jest kwestią przypadku, w tym roku mamy bardzo mało kontuzji. Do gry niedługo wróci Clyne i może się okazać, że w środku sezonu Klopp będzie miał do dyspozycji pełny skład. To oznacza nie tylko dostępność piłkarzy, ale także konkurencję między nimi.
Gdy wygrywamy tak wysoko w tej fazie Ligi Mistrzów nie należy, jak sądzę, przyjmować takiego wyniku rozważaniami o słabości przeciwnika. Gramy z tymi, z którymi musimy grać. Ten mecz był pod każdym względem imponujący. Może największym osiągnięciem jest odbudowa psychiczna Sadio Mane. Drugą poważną korzyścią jest perspektywa niemęczącego meczu rewanżowewgo na kilka dni przed meczem z United. To nie jest błaha korzyść.

Liverpool – Tottenham 2:2 czyli punkty zdobyte – punkty stracone

Mam nieodparte wrażenie, że ze wszystkich drużyn w lidze jesteśmy tą, która najłatwiej oddaje prowadzenie i jednocześnie tą, która bardzo rzadko odrabia straty.
Ten mecz był szczytowym osiągnięciem pod względem tej właśnie przykrej właściwości i tu już nie ma znaczenia kto na co zasłużył. Te rozważania w piłce nożnej, przepraszam, ale są głównie argumentacją tych, którym się nie udało. Więc może i oni byli lepsi w drugiej połowie, ale po pierwsze, w pierwszej powinniśmy prowadzić 2:0 i byłoby (jednak) łatwiej. W tej pierwszej połowie z wielką łatwością wyprowadzaliśmy ataki, tylko naszym napastnikom brakowało jakby trochę przekonania, że strzelanie bramek Tottenhamowi wcale nie jest takie trudne. Po drugie – Tottenham miał sytuacje w sumie nienadzwyczajne, dlatego potrzebował dwóch karnych żeby zremisować.
Faktem jest, że to co zrobił Tottenham w ostatnią środę z United zasługuje na najwyższą uwagę – najdroższa bodaj w tej chwili drużyna na świecie po prostu nie istniała, poza może pierwszymi dwudziestoma minutami po stracie bramki. I w drugiej połowie meczu z nami oni też zdobyli wielką przewagę, mieli sytuacje, choć bez przesady. Natomiast meczu nie powinni wygrać, gdyby nie zabrało nam odrobiny koncentracji po tym, jak już po 90 minucie Salah zdobył gola na 2:1.
Jest w tych naszych przypadkach taki motyw lekkiego rozedrgania drużyny, braku pewności siebie, czyli motyw ogólnopsychologiczny. Jest też motyw czysto piłkarski, ponieważ Klopp wprowadził za Hendersona i Mane Wijnalduma i Oxa jako świeżych piłkarzy, i to nie tylko nic nie dało, lecz wręcz pogorszyło grę obronną. Po prostu – to jest brutalna prawda, nie bardzo mamy kim zmieniać. Po odejściu Coutinho i całkowitej rezygnacji ze Sturridge’a jedyną w tej chwili sensowną rezerwą jest powrót Adama Lallany, ale też bez przesady, on nie jest zbawcą.
Tych punktów – łącznie trzech punktów przewagi nad Tottenhamem może oczywiście zabraknąć na koniec. Walka o czwórkę będzie niezwykle ostra do końca. Na szczęście z czwórki w obecnej formie spokojnie może wypaść Chelsea, natomiast w prawdziwą pogoń może ruszyć Arsenal, bo sensownie się wzmocnił. Znów, jeden mecz w najbliższą sobotę, Tottenham-Arsenal może wiele znaczyć i dla nich i dla nas.
Walczymy, nie ma co. W całym tym kontekście szczupłego składu widać, że Puchar Anglii tak prawdę mówiąc, by nam tylko przeszkadzał.