Crystal Palace – Liverpool 1:2 czyli żeby być lepszym trzeba więcej szczęścia

To tłumaczenie, jak wygląda pierwszy mecz po przerwie na mecze międzypaństwowe jest wyrazem tak zwanej ludzkiej strony futbolu. Piłkarze to nie są figury na płay station. Zeby zagrać w reprezentacjach muszą się przemieszczać, latają samolotami, mają dodatkowe kontuzje i tak dalej. Pierwszy mecz po takiej przerwie zawsze jest trochę nijaki i ja to rozumiem. Ciekawe, czy on staje się jeszcze bardziej nijaki, gdy jest meczem pierwszym w sobotę. Czyli półtora godziny wcześniej, niż inne mecze.
No, i ten mecz z Crystal Palace wyglądał właściwie tak, jak byśmy mieli go przegrać. I żeby ten mecz wygrać, trzeba było sporo szczęścia. Od początku szło ciężko. Ten karny wynikający z takiej niemrawości. Potem w. drugiej połowie było całych 20 minut, kiedy tylko i wyłącznie się broniliśmy. Dwie sytuacje Benteke zapewne wyjaśniają (jakby ktoś tego nie wiedział), dlaczego trzeba było sprzedać tego piłkarza.
Wygraliśmy mecz, który równie dobrze można było przegrać. Trzeba cenić takie zdarzenia.
Po stronie Palace – tak naprawdę, mogli oni odebrać punkty wszystkim naszym głównym rywalom, w niedawnych meczach z Chelsea, United i Tottenhamem. I wszystkie te mecze w końcu przegrali, tracąc bramki dosłownie w ostatnich minutach. Te trzy mecze różniły się od naszego tym, że tym razem grała Zaha. Różne są zdania na temat tego piłkarza, że nieskuteczny, że egoistyczny i tak dalej. A ja jestem przekonany, że chciałbym widzieć Zahę w Liverpoolu. Jest to piłkarze najwyższej próby, moim zdaniem. Co więcej, bardzo dobrze pasujący do naszej gry.

Liverpool – Watford 5:0 czyli luz i relaks

Nie da się obejrzeć wszystkich meczów, ale ja akurat oglądałem niedawno meczu Arsenalu z Watfordem. Wierzcie mi, przez większość meczu Watford nie był gorszą drużyną, miał mnóstwo sytuacji, choć w końcu przegrał 0:3.
Tym razem było zupełnie inaczej. Watford nie miał właściwie wcale sytuacji. My też nie mieliśmy ich aż tak dużo, ale też i pod tym względem charakterystyka naszego grania mocno się zmienia.
W ubiegłym sezonie był taki mecz z Watfordem, też wygraliśmy wysoko bo 6:1, przy czym Watford grał gdzieś od 30 minuty w dziesiątkę. Różnica polegała na tym, że oni nawet grają w dziesiątkę potrafili stwarzać sytuacje i w końcu zdobyli bramkę.
Teraz czyste konto bramkowe naszej drużyny stało się regułą. Mecze z ligowym dołem, jako ostatnio Southampton, Newcastle czy teraz Watford wyglądają zupełnie inaczej. Jeszcze raz powiem rzecz banalną, ale nie sposób tego nie wiązać z przyjściem van Dijka. Bo choć w piłkę gra 11 piłkarzy w drużynie, ale ich znaczenie potrafi być bardzo różne. Do tego jest jeszcze jeden „nowy” piłkarz czyli Loris Karius.
Spokój, pewność z tyułu udzielają się absolutnie wszystkim. Pomocnicy mogą podejść parę metrów wyżej. Boczni obrońcy nie boją się atakować. I tak dalej.
Gdy przychodzi taki napastnik, jak Salah, różnica jest widoczna od razu, bo strzela bramki. Ale gdy przychodzi taki magik, jak van Dijk to taką różnicę trzeba dostrzec, bo jest ona mniej efektowna, ale, być może, wcale nie mniejsza.

Manchester United – Liverpool 2:1 czyli dlaczego właśnie tak

Trudno mi się zgodzić z tym, że to był od początku zły mecz. Były po prostu błędy, co więcej błędy naszych najsłabszych piłkarzy. Dobrzy piłkarze też popełniają błędy, ale niestety, młodzi piłkarze popełniają więcej błędów.

Koncepcja tak zwanego zasłużonego wyniku jest oczywiście od lat obiektem drwin ze strony klasycznych supporterów, opierających swoje widzenie świata wyłącznie na wynikach. Ale spróbujmy tę koncepcję zracjonalizować. United nie był w tym meczu lepszą drużyną. Obie bramki nie były wynikiem przewagi ani stwarzanych sytuacji.

Co więcej, przez cały mecz przewagę, niekiedy przygniatającą, miał Liverpool. United potraił na pewno to jedno, co potrafią drużyny Mourinho, mianowicie zablokować bramkę, przez co prawie nie mieliśmy sytuacji bramkowych. Z przebiegu to był mecz na 0:0, albo na taki „suchy remis”, jak grane były oba mecze w poprzednim sezonie. United ma drużynę najmarniej dwa razy droższą od naszej, tam są piłkarze za 90 milionów tam gdzie u nas grają tacy za 35 albo 40. W wynagrodzeniach ta różnicy może być nawet jeszcze większa. Mając takich piłkarzy zablokowanie dostępu do własnej bramki to nie jest taka znowu wielka sztuka, pytanie jednak – czy po to ma się takich piłkarzy by tylko i wyłącznie zajmować się blokowaniem bramki.

Statystyka, taka probabilistyczna statystyka, zdecydowanie przemawia za nami, jestem o tym przekonany. Z takich 10 meczów wygramy 6, dwa zremisujemy i może dwa przegramy. Nawet sam poziom rozgrywania piłki, choć nie przynoszący sytuacji, jest u nas po prostu wysoki.

Po takich meczach frustracja jest może i zrozumiała, ale powiedzmy sobie jasno – choć United ma teraz pięć punktów przewagi, to my idziemy do przodu, a oni – tylko o tyle, o ile starczy im pieniędzy na nowe gwiazdy. Natomiast jest też tak, że potencjał korzystania z indywidualnych skillów dość szybko się wyczerpuje. I albo konfiguracja piłkarzy przyniesie wartość dodaną, albo zablokuje się na poziomie indywidualnych możliwości piłkarzy. Przy takich graczach jak Pogba (nie grał akurat), Lukaku, Sanchez czy wreszcie Rashford – zawsze można wygrać sporo meczów. Ale wielkości się raczej nie zbuduje. Bo funkcja wielkie drużyny powstaje na łączach między bardzo dobrymi lub wybitnymi piłkarzami. Nikt nie zgromadzi tak dobrych piłkarzy, by bez tej wartości dodanej zbudować wielkość.

Liverpool – Porto 0:0 czyli takie tam sobie granie

Trudno zbadać mentality drużyny, która wygrała pierwszy mecz 5:0 – przed meczem rewanżowym. Można sobie różne rzeczy wmawiać, ale w środku sezonu, mając za parę dni mecz z United, trudno raczej przekonać siebie samego, że ten mecz jest najważniejszy w życiu.
Mam takie wrażenie, że grając bez van Dijka, drużyna chciała wykonać ćwiczenie pod nazwą clean sheet. I wykonała. Choć przeciwnik, Porto, nie jest tak słaby, jakby na to wskazywał pierwszy mecz.
Z korzyści wymienić należy jeszcze – odpoczynek dla trzech głównych obrońców, plus cały mecz Adama Lallany który chyba jednak nie może liczyć na miejsce w pierwszym składzie na United.
I jeszcze – brak kontuzji. I w sumie taki lepszy trening przed meczem w sobotę. Tyle.

Liverpool – Newcastle 2:0 czyli stopnie profesjonalizmu

Sposób gry naszej drużyny zmienia się na naszych oczach. Oczywiście, roli przypadku w futoblu nie można wyeliminować – piłkę nożną można nazwać misterium walki z przypadkiem.
W takim mecz jak ten, z tym typem drużyny, w przeszłości i jeszcze całkiem niedawno bardzo często ostatecznie kończyło się remisem. Jeszcze grudniu były dwa takie mecze – z Evertonem i West Bromwich które kazały zwątpić w rozwój drużyny. Co ciekawe – wtedy grał jeszcze Coutinho.
A teraz o przypadku. W meczu z Newcastle też, można powiedzieć, do momentu pierwszej bramki mecz wyglądał jak zorganizowany według autobusowego scenariusza. Tak to zresztą opisał po meczu Rafa Benitez. Rzeczywiście, w 40 minucie Newcastle popełnił błąd, ale przecież takie błędy są ostatecznie funkcją wysiłku wkładanego w taki mecz przez Liverpool. Liczby podań, liczby odbiorów, liczby sprintów.
Jak już pisałem poprzednio to, co się zmieniło – to zasadniczo inna pewność w grze defensywnej. Od przyjścia van Dijka ta pewność rośnie z każdym dniem. Jak ktoś raczej zgryźliwie napisał – przy nim nawet Lovren staje się bardzo dobrym piłkarzem. Moim zdanie jest to tak zwana śmiała teza, ale nie będę się teraz nad Lovrenem znęcał.
Ten inny typ grania nie polega głównie efektach ofensywnych. Dla Liverpoolu prawdziwym wyzwaniem stały się mecze, w których istotą jest utrzymanie wyniku przy prowadzeniu. I nie tracenie bramek.
Z tej perspektywy ten mecz był po prostu wyrafinowany. Utrzymanie wyniku, zatrzxmanie zdesperowanego przeciwnika, to była w poprzednim sezonie niedostępna niemal sztuka. Jeżeli ktoś wątpił, dlaczego kupienie van Dijka było konieczne żeby przenieść drużynę na inny etap – ten powinien zapomnieć o wątpliwościach. Oglądając bez tej standardowej nerwicy grę Liverpoolu w obronie.