Liverpool – Stoke 0:0 czyli sztuka wybaczania

Pewnie, że mecz był słaby, nawiasem mówiąc, czy można grać piękny mecz ze Stoke? Co najwyżej można zauważyć, że nasza moc, powszechnie doceniona, znalazła wyraz w tym, że Stoke prawie nie atakował, chociaż remis z ich punktu widzenia nie miał żadnego sensu. I tak spadną z ligi, czy zremisują czy przegrają. Moim zdaniem, jakby wygrali, też by spadli.
Naszym piłkarzom naprawdę trudno się skoncentrować. Remis był przyzwoitym wynikiem już według wyjściowych założeń, bo nawet przy przegranej z Chelsea nadal wszystko zależeć będzie od nas samych, czyli od ostatniego meczu z Brighton. Grając w tak zwany międzymecz w meczach z Romą, mamy wszystkie czynniki utrudniające sensowną grę drużyny: zmęczenie, unikanie kontuzji, dekoncentrację, zdeterminowany ale tylko broniący się przeciwnik. No i kalkulacja. Ani nie musimy przegrać z Chelsea, gramy na wyjeździe wprawdzie, ale za tydzień, w sytuacji psychologicznie, miejmy nadzieję, uładzonej. Do tego oczywiście pech, nie dojrzany karny (przez liniowego, któremu piłkarze zasłonili widok, moim zdaniem).
Wszystko byłoby bez zarzutu, gdyby nie to, przy wyniku 0:0 można mecz przegrać, choćby przypadkowo. Była taka jedna sytuacja, byłby to pech skrajny. Ale, aż takiego pecha nie mamy (choć Klopp słusznie zauważył, że w lidze żadne takie stykowe zdarzeia nie są rozstrzygane na naszą korzyść, co zdarzyło się w Lidze Mistrzów w rewanżu z City).
Oczywiście, widać gołym okiem, właśnie w takich meczach, że niektórzy piłkarze, jak Ings czy Gomez nie pasują, bo grają mniej więcej tak samo dobrze, jak Stoke.
Do końca sezon zostały trzy albo cztery mecze, zależnie od tego, czy wygramy dwumecz z Romą. Brak kontuzji jest więc może najlepszą informacją przy założeniu, że ostatecznie to, czy będzie w czwórce wciąż zależy od nasz.
Końcowo, proponuję ten mecz wybaczyć i zapomnieć.

Liverpool – Roma 5:2 czyli wszelkie cechy szaleństwa

W tym meczu wystąpiło we mnie zupełnie unikalne uczucie, jak na półfinał Ligi Mistrzów i na poziom emocji, który taki meczu budzi. Otóż przy stanie 5:0 dla Liverpoolu zrobiło mi się zwyczajnie szkoda piłkarzy Romy, pomyślałem, że może różnica między tymi drużynami, a może w ogóle między ligą angielską i włoską jest tak wielka, że te drużyny właściwie nie grają w tę samą grę.
Roma w sposób przerwrotny uchyliła moje dalsze rozterki, bo jednak zdobyli dwa gole i w ostatnim kwadransie w zupełności przejęła inicjatywę. Nie mniej to, co się działo przedtem, od momentu przestrzelonej okazji Sadio Mane, przekraczało wszelkie sensowne wyobrażenia. Po prostu, nie przypominam sobie, bym na tym poziomie rozgrywek, na tak elitarnym poziomie, bym widział tak nierówny mecz, tak proste wjeżdżanie pod bramkę, tworzenie sytuacji, strzelanie goli.
Teoretycznie o piłce wszystko wiemy, a w praktyce wciąż i wciąż nas ona zaskakuje.
Ostatecznie konfiguracja wyniku przed rewanżem jest dobra, ale nie idealna. Przy niezwykłym wprost potencjale, jak ma nasza drużyna, właściwie wciąż nie możemy sobie zapewnić pewnego spokoju w dalszych meczach. Tak jest w lidze wskutek bramek straconych z Westbromem, tak jest w Lidze Mistrzów, wskutek dwóch goli. Psychologicznie pojawia się zrozumiały żal, ale od strony logicznej bardzo trudno mieć o te sytuacje pretensje. Po prostu gramy najlepszy sezon od lat. Skład mamy trochę za wąski, brakuje może dwóch piłkarzy, ale – mówimy tu o topoowych piłkarzach. Pod koniec kwietnia wciąż gramy o najważniejsze rzeczy w futbolu. To jest pierwszy taki przypadek Liverpoolu od lat dziesięciu. Ale od ilu lat nie graliśy w takim stylu? No nie wiem, może nigdy.

West Bromwich Albion – Liverpool 2:2 czyli we władzy punktów

Między wygraniem tego meczu a jego zremisowaniem jest różnica zupełnie fundamentalna, gdy chodzi o kalkulacje punktowe. Wygrywając ten mecz i następny – można by już jechać do Chelsea 6 maja na sparring. Choć awans do czwórki (który, jak pisałem to już nie raz, jest ważniejszy niż sukces w Lidze Mistrzów o ile tej Ligi nie wygramy) nadal zależy od nas, ale kalkulacja się pogorszyła. Potrzebne są cztery punkty. Na punkty w meczu z Chelsea nie sposób liczyć, w każdym razie nie sposób w tym wiedzieć źródło naszego spokoju.
Owszem, może się okazać, że będziemy grali z praktycznie zdegradowanym Stoke i całkiem bezpiecznym Brighton, w obu przypadkach na własnym boisku. Ale, mecz ze Stoke znów będzie grany między meczami z Romą i naprawdę bardzo trudno wymagać od drużyny w tym meczu zarówno pełni sił jak i – od trenera – pełnego składu. Nie mniej jednak, wynik w tym meczu spowoduje, że wszelka rotacja w meczu ze Stoke będzie prawdopodobnie niemożliwa.
A szkoda. Było 2:0, choć wbrew pozorom, Albion cały czas był bardzo groźny i energiczny. Nie mniej gdy ma się 2:0 na kwadrans przed końcem, to naprawdę są wszelkie powody, by mecz wygrać.
Przyczyna przegranej jest jako taki oczywsta, w obronie grało trzech piłkarzy którzy są dublerami, czyli Gomez, Klavan i Moreno. Właściwie wszyscy grali słabo. O ile Moreno powinien być jak najszybciej sprzedany, to wydaje się także, że Joe Gomez gra tak, jakby nie wiedział o co chodzi. nie ulega tera najmniejsze wątpliwości – co na początku sezonu oczywiste nie było, że jest dużo słabszy od Trenta. Niestety Gomez zawinił przy bramce. A potem wszedł na plac Lovren, co miało zabezpieczyć wynik przed stałymi fragmentami gry, ale stało się dokładnie przeciwnie, bo Lovren zawinił przy drugiej bramce.
Można mieć tylko nadzieję, że ten wynik pozostanie bez konsekwencji dla gry o czwórkę. Nie zmienia to faktu, że na grę o ważne cele w lidze i równoczesną walką w Lidze Mistrzów skład mamy po prostu za słaby. Dobrze, żeby Klopp zobaczył to z całą jasnością.

Liverpool – Bournemouth AFC 3:0 czyli bezczelność wyobraźni

To zabawne, jak bezczelna jest nasza wyobraźnia, jak łatwo przechodzimy to uważania sukcesu za normalne. Może to kwestia przeszłości klubu, i zawsze będziemy uważali sukces za normalny. A może to po prostu kwestia pewnego braku języka, by opisać entuzjazm kibica, bo kibic zawsze chce więcej i więcej. W każdym razie, gdyby ktoś mi powiedział że na początku kwietnia będziemy w takim punkcie, w jakim jesteśmy teraz – to i tak by mu nie uwierzył.
Wszystko bardzo się zmieniło – półfinał Ligi Mistrzów to już nie są rozważania „może coś kiedyś”, albo „drużyna zrobiła postęp”. Tu jednak rzecz ciekawa, dla mnie mecze takie jak ten z Bournemouth są może najciekawszym polem porównań tego co jest i tego co było. I od razu wstępuje we mnie nerwowa obawa, że choć gramy dobrze, prowadzimy, oni zaraz wyrównają i skończy się remisem.
Taki meczów było mnóstwo już w czasach Koppa. Ostatni taki mecz, tego właśnie rodzaju, to był mecz z Evertonem w listopadzie zeszłego roku. Pewnie wyczyszczenie mojego zadawnionego przesądu wymaga dłuższego czasu, ale racjonalnie rzecz biorąc, wszystko to wygląda w tej chwili zupełnie inaczej. Przede wszystkim że przeciwnika praktycznie nie dopuszczamy do sytuacji.
W statystykach okazało się, że od początku stycznia czyli licząc po naszemu od przyjścia van Dijka straciliśmy 12 bramek, czyli najmniej w lidze. Więc to już nie jest kwestia subiektywnej obserwacji, ale kwestia ugruntowna statystycznie. Również w meczach z City, czyli naprawdę bardzo ofensywną drużyną.
Przypominam sobie, jak przez dwa lata powtarzaliśmy, że Klopp nie jest coachem od gry defensywnej i zna się tylko na strzelaniu bramek. Dzisiaj widzimy, że Klopp taką wyznaczył kolejność dochodzenia do celu. Strzelanie bramek jest obiektywnie trudniejsze, niż bronienie. Zaczął od rzeczy trudniejszej, to jest zgodne z pragmatykami ludzkiego działania nauczanymi w książkach.
Teraz już nasza wyobraźnia staje się z meczu na mecz coraz bardziej bezczelna. Finał Ligi Mistrzów traktujemy jako rzecz właściwie normalną. Moja główna zmiana wyobraźni dotyczy takich właśnie meczów, jak ten, czyli wygrywania w dobrym stylu, z dobrymi przeciwnikami bez cienia wahania czy wątpliwości.
Z rzeczy szczegółowych za najciekawsze wydarzebie uważam piłkę którą Trent AA podał Salahowi przy drugiej bramce. Jeżeli on, Trent, to tak właśnie wymyślił, to znaczy, że będzie wielkim piłkaarzem, nie dwóch zdań.

Manchester City – Liverpool 1:2 czyli przekraczanie granic

Po tym meczu przyszło mi do głowy, że tak oto domknęło się pewne koło. Zaraz powiem, jaki koło.
Po odejściu Beniteza w 2010 roku i przy ówczesnych właścicielach (nie będę wyminiał ich nazwisk, nawet sam ich dźwięk budzi we mnie niejaki niesmak) klub po prostu tonął Pamiętam, że latem 2010 roku klub kupił słabego piłkarza (nazywał się Paulsen) w ten sposób, że zapłacił za niego 2 miliony Euro a drugie dwa miał zapłacić za rok. Nasi mądrzy właściciele kupili klub w modelu LBO, czyli zakupu lewarowanego. Takie biznesy robi się na świecie, ale nie kupuje się w ten sposób klubów piłkarskich. Taki zakup polega na tym, że kredyt na zakup spółki spłaca sama spółka z bieżących dochodów. Żaden klub nie wytrzyma takiej spłaty przy jednoczesnym finansowaniu bieżącego funkcjonowania.
Wtedy przegrywaliśmy ze słabymi drużynami na własnym boisku. Fowler orzekł, że ta drużyna może właściwie spaść z ligi. O grze w Lidze Mistrzów nie było mowy, rzecz jasna.
I wtedy właśnie pomyślałem – że przecież nie ma niczego oczywistego w wielkości Liverpoolu. Ze dużo było wielkich klubów, które grają gdzieś w drugich ligach (że wspomnę choćby Nottingham Forrest). I, że to naprawdę może się wszystko skończyć w najmarniejszy sposób.
Zajęło do wiele lat. Ostatni raz w Lidze Mistrzów graliśmy w 2009 roku, ale wtedy odpadliśmy już z grupy właściwie bez szans. W ćwierćfinale – ostatni raz, to były sławne mecze z Chelsea (1:3 i 4:4).
Przyszli nowi właściciele, porządni właściciele, ale musieli się nauczyć futbolu i inwestowania w niego. Zresztą wszyscy się uczymy. Był Suarez, sporo dobrych piłkarzy, był Dalglish, potem Rodgers. Wciąż jak wszyscy wiemy byliśmy raczej daleko od wielkiej piłki nożnej. Powrót do wielkości – nikt w to nie wątpi – zaczął się w październiku 2015 roku, kiedy przyszedł do klubu Jurgen Klopp.
Teraz już wiemy, że to wszystko zmierza po raz pierwszy od wielu lat do stworzenia światowej jakości. Sam sposób grania, ale też – szukanie naprawdę wybitnych piłkarzy, po prostu – bardzo wysoko zawieszony cel – to jest znamię naszego klubu anno 2018.
Oczywiście, to nie był łatwy mecz, w pierwszej połowie wyglądało tak, jakby realizował się najbardziej negatywny scenariusz. Owszem, druga bramka City powinna być uznana. Ale wydaje się, że w tej chwili mamy taką drużynę, która by tej szansy nie wypuściła.
Jedyny problem jaki w tej chwili mamy, to zdrowie piłkarzy. Po prostu mamy za mało zawodników grających na poziomie wyznaczonym przez tych najlepszych. Jeszcze dwie kontuzje mogą odebrać sporo jakości tej drużynie. Ale nic nie zmieni faktu, że koło historii się domyka na naszych oczach.
Wracamy do wielkości.