Real Madryt – Liverpool 3:1 czyli anatomia przypadku i bezsensu

Byli zawodowi piłkarze w studio telewizji mówią, po tym jak Ramos ściągnął Salaha za rękę do ziemi doprowdzając do przemieszczenia barku, że tak się gra, że taki jest futbol. Może oni tak grali, może tak gra Ramos, ale futbol taki nie jest i nie ma być. Nawet to, że sędzia tego nie widział, nie znaczy nic, bo to jest zagranie po prostu perfidne i powiedziałbym to samo, gdyby zrobił to Lovren. Piłkarz trzymany za rękę leci na ziemię i nie ma żadnej szansy by upaść po swojemu. Upadanie jest, ja wiadomo, całkowiie zindywidualizowaną czynnością, na poziomie instynktów każdego z nas.
Nie mamy piłkarza, który by zastąpił Salaha, zresztą, jego w każdej drużynie byłoby trudno zastąpić.Gdyby zdrowy był Ox, to może jeszcze Lallana nie grał prawie cały sezon, więc nie ma się co dziwić, że nasza gra osłabła. Piewsze 30 minut pokazywało bowiem, jak bardzo klasową drużyną w tej chwili już jesteśmy. Bo Real naprawdę nie chciał dać się tak zepchnąć do obrony, to w sumie nie jest w ich guście. Ale dominacja Liverpoolu była w tym czasie bardzo duża.
Po przerwie mecz był wyrównany, choć przcież jest jasne, że bez Salaha atakować było nam trudno. Ale nie dlatego przegraliśmy mecz.
No, wiadomo dlaczego przegraliśmy. O wyniku mecz właściwie zadecydował jeden moment, jeden błąd bramkarza, który pośrednio był przyczyną też i drugiego błędu, bo ten pierwszy zdołował go psychicznie.
Karius przy wyprowadzaniu piłki ma taką lekkość na pograniczu nonszalancji, ale jest w tym bardzo sprawy i skuteczny. Bramkarze na ogół przyjmują, zgodnie z przepisami, że napastnik nie ma prawa utrudniać wprowadzenia piłki do gry i to jest prawda. Problem polega jednak na tym, że Benzema niczego Kariusowi nie utrudniał, przynajmniej nie robił tego celowo i ewidentny sposób, natomiast Karius trafił po prostu w jego nogę. I było 1:0 dla Realu.
Kompletny odjazd taka bramka. Tu Ronaldo, to Salaha, milionowe transfery, miliony kibiców na cały świecie, najważnieszy mecz sezonu, a pada gol który nie powinen paść na meczu Jedności Zabieniec z Wilgą Garwolin.
Nie wiadomo co powiedzieć, właściwie nic nie można powiedzieć. Gdyby był Salah i może gdyby było jeszcze na ławce ze dwóch niezłych piłkarzy to ten mecz jeszcze można by było wygrać. Drużyna nadal grała bardzo porządnie (mam wrażenie, że z czasem podania stały się coraz bardziej spóźniane w decydujących momentach, ale to już była wynik zmęczenia, bo mecz był super intensywny).
Nożyce Bale’a na 2:1 to też był swoisty nasz pech, bo takie gole nie padają często. Real miał już wtedy parę sytuacji, bo my musieliśmy atakować szukając wyrównania, ale też – nie było tu jakieś bardzo dużej przewagi, o nie. Słupek Mane, też pech, nie ma co mówić.
Potem pada trzeci gol dla Realu, z 25 może metrów, taki strzał którego znów, nie ma prawa puścić żaden zawodowy bramkarz. Tu już się nie ma co nad Kariusem znęcać, w ogóle nie ma się co nad nim znęcać. Patrząc na rzecz szerzej, problemu bramkarza nie obejdziemy i nie unikniemy (osobiście uważam, że w miejsce opcji za 30 czy 40 milionów, typu Alisson albo Donnaruma, jak wykupiłbym Fabiańskiego, bo to naprawdę bardzo dobry bramkarz jeszcze na co najmniej 3-4 lata).
Nie meczów, by tak powiedzieć, w pełni regularnych, w każdym meczu dzieją się jakieś zdarzenia nieprzewidziane. Ale ten mecz, jak na jego wagę, był meczem przesyconym bezsensem. Niestety, ten bezsens w swoich wyrafinowanych skutkach skupił się na jednej drużynie.

Szósty finał Kloppa czyli odczepcie się łaskawie

Nawet całkiem rozsądni ludzie, jak na przykład Steven Gerrard mówią coś o szóstym przegranym przez Kloppa finale. Przepraszam, ale przypominanie o tym jest po prostu głupie, lub co najmniej głupawe.
Każdy mecz jest inny, w każdym o co innego chodzi i w każdym zachodzą różne przypadkowe okoliczności, jak choćby w naszym finale z Realem (gdzie Real został wypremiowany przez zbieg mniej lub badziej idiotycznych przypadków). Ale nie dlatego przypominanie o przegranych finałach Kloppa jest głupie przede wszystkim.
Chodzi mi o to, że w poszczególnych przypadkach dochodzenie do samego finału przez drużynę gorszą kadrowo, o mniejszych zasobach i doświadczeniu niż przeciwnicy już samo to dojście – jest wystarczająco dużym sukcesem, by przestać truć o tych przegranych finałach.
Weźmy przykład. W 15 roku Klopp przejął po Rodgersie rozmemłaną, byle jaką drużynę. Nie kupił w styczniu 16 roku żadnego piłkarza. Ani pół piłkarza. Przypomnijmy, Rodgers z tą drużyną (trochę gorszą, bo bez piłkarzy typu Firmino) zajął szóste miejsce, w ostatnim meczu sezonu przegrał ze Stoke 1:6. Był to rodzaj degrengolady. Następny sezon zaczął się jeszcze gorzej.
I z taką drużyną Klopp doszedł do finału Pucharu Ligi i Ligi Europy. Więc zamiast mówić, że te finały przegrał spójrzmy na sukces, jaki osiągnął. Bo był to spektakluarny sukces.
Większość wytrwanych fanów Liverpoolu dobrze wie, że sytuacji naszej drużyny nie można mierzyć chwalebną przeszłością, bo klub już by na drodze, do utonięcia. Jak, na przykład Nottingham Forrest i parę innych.
W tym roku – też tak należy oceniać „przegrany” finał. To był wielki wspaniały sezon, pod każdym względem.
Co więcej – to nie jest kwestia przekonania, lecz okoliczność względnie obiektywna – widzimy w jaką stronę zmierzamy. To nie drużyna jednego piłkarza, to jest bardzo solidny, pracujący zespół. Nawet wczoraj do było widać, jak mocne są podstawy tej drużyny.
Więc, pardon, odczepcie się z tymi przegranymi finałami od Kloppa, bo to nie ma nic, ale kompletnie nic do rzeczy.

Liverpool – Brighton & Hove Albion 4:0 czyli 13 dni spokoju

Liverpool nie przegrał w tym sezonie ani jednego meczu ligowego (przegraliśmy idiotycznie w Pucharze Anglii z Westbromem, choć z punktu widzenia naszego kalendarza był to zbawienny wynik), więc dlaczego mielibyśmy przegrać decydujący o Lidze Mistrzów mecz z Brighton, drużyną, która nie miała powodu, żeby gryźć ziemię.
Po pierwszej połowie powinno być 5:0, lub jako tak. Sadio jest w znakomitej formie, tylko jakby za bardzo chce być w porządku. Pojęcie „bycia w porządku” w przypadku takiego napastnika za każdym razie znaczy coś innego. Raz czuje on obowiązek strzelania bramek, innym razem – obowiązek podania do kolegi który stoi na przeciwko bramki. Jeżeli w poszczególnych akcjach brakuje odpowiedniego skutku, to znaczy bramki, kwestionujemy każdy z tych wyborów. Więc trochę mu nie wychodziło z tymi wyborami. Mnie się w sumie wydaje ważniejsze to, w jakiej Mane jest formie fizycznej. A ja tę formę weryfikuję głównie przez wybór indywidualnej akcji polegającej na wyprzedzeniu obrońcy w akcji sam na sam.
Mecz z Realem może właśnie polegać na takich akcjach.
Ostatecznie oprócz Mo Salaha, dwie bramki w tym meczu zdobyli obrońcy a jedną, ale za to pierwszą w naszym klubie Solanke. To jest pewien aneks do stanu naszej drużyny, w której jest lekkość i odwaga. Których to właściwości kiedyś nie było.
W stosunku do stanu z ubiegłego roku najciekawszą zmianą jest zmiana jakości gry bocznych obrońców, bez istotnych inwestycji (City wydało na bocznych obrońców 100 milionów Euro), bo Robertson kosztował 8 mlionów, a Trent jest wychowankiem. Oczywiście, w ten sposób reguł gry rynku nie uda się w każdym przypadku obejść. Ale Klopp to wie i właściwie bardziej jasno, niż kiedykolwiek (nigdy nie mówi o tym jasno, bo naprawdę woli uczyć piłkarzy niż ich kupować) powiedział, że trzeba kupować piłkarzy.
A ponieważ Klopp kupuje na ogół bardzo dobrze i na ogół kupuje znakomitych piłkarzy – więc przyszłość naprawdę wygląda bardzo ciekawie.

Chelsea – Liverpool 1:0 czyli kto tu ma tak naprawdę problem

Nawet, jeżeli przyjąć, że Chelsea osiągnęła to, czego potrzebowała, przynajmniej teoretycznie, żeby nas ścigać w grze o czwórkę, to i tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten mecz był dziwny. Przynajmniej jak na tradycję meczów z Chelsea.
My, wiadomo, zmęczenie i zdekoncentrowanie po półfinale z Romą, ale z drugiej strony, też wiadomo, potrzebny nam jest jeden jedyny punkt, żeby mieć z tym spokój. Dlatego gramy właściwie pełnym składem i Klopp wcale nie ukrywa, że nam zależy. Oni, wiadomo, mają rozmemłany sezonu którego co najmniej druga połowa poświęcona jest rozważaniom na temat, kiedy Abramowicz zwolni Conte.
My, wiadomo, tracimy w takim meczu ten podstawowy atut niezbędny dla naszego wygrywania, czyli szybkość i staminę. Oni, mają szanse uratować reputację tego sezonu.
Dziwność tego meczu polegała na tym, że Chelsea nawet nie udawała, że chce prowadzić róworzędny mecz. Zarówno przed zdobyciem bramki jak i po jej zdobyciu Chelsea się schowała i nie atakowała. Moim zdaniem, to wynikało nie tylko z taktyki, ale jednak z siły Liverpoolu. Tak uważam i to jest wniosek pomimo przegranego meczu. Po prostu ta drużyna potrafi dominować, nie tylko szybkim atakiem, ale też przejmowaniem piłki i spychaniem przeciwnika do defensywy.
Oczywiście, nasze kibicowskie nerwice, a może i nerwice samych piłkarzy wprowadzają nas w stan niepewności, bo żeby grać w Lidze Mistrzów musimy teraz wygrać ostatni mecz z Brighton. Powiedzmy sobie szczerze, minimum racjonalności (czy kibic i racjonalność to nie jest sprzeczność) nie pozwala sądzić, że nie zagramy w Lidze Mistrzów w przyszłym roku.

Roma – Liverpool 4:2 czyli w Melwood nie wieszają srebrnych medali

Nasi piłkarze sami przyswoili już ten tekst, że wszystko co osiągamy robimy to na nasz, liverpoolski sposób, czyli trudniej niż by było można. Fakt, że ten mecz, choć zdawał się być tak bardzo pod kontrolą ostatecznie zakończył się wynikiem, który wprowadza w błąd, co do jego przebiegu. A może zresztą i nie.
Po pierwszej klasycznej bramce był taki moment, kiedy zdawało się, że nic już istotnego w tym meczu się nie zdarzy, nic takiego, co zagrozi naszej kontroli. Ale przypadek ma w piłce nożnej swoje doniosłe miejsce. Straciliśmy bramkę kompletnie bez sensu. Zawsze można taki przypadek interpretować: może Lovren źle wybijał piłkę, może Milner stał za blisko.
Potem i tak padła druga bramka, dziwna i taka trochę nie wiadomo z czego. Problem zaczął się w drugiej połowie, kiedy to można było odnieść wrażenie, że nasi piłkarze zaniechali wszelkiego atakowania. Był taki moment, około 65 może minuty, że Sadio Mane padł na ziemię i nie chciał wstać, wcale nie wskutek kontuzji. Po prostu nie miał siły wstać. Ten sposób grania, Kloppa sposób, nie zawsze prowadzi do takiego efektu, ale w sytuacji, gdy gramy 9 meczu w ciągu 30 dni, to naprawdę nawet sportowiec najwyższej klasy nie zachowuje świeżości.
Faktycznie, od stanu 2:2 albo nawet wcześniej, nie wyglądało to dobrze. Roma nie atakowała w sposób wyrafinowany, raczej w sposób angielski, długą piłką na Dżeko lub kogoś innego. Nie wychodziło im z tego za wiele, ale nas już nie było stać na trzecią bramkę. Bramkę, która zakończyłaby meczu jeszcze bardziej, niż był on zakończony przy stanie 2:2, bo Roma musiałaby wygrać 7:3 w normalnym czasie gry, czyli strzelić pięć bramek (a nie trzy żeby doprowadzić do dogrywki).
Więc dobrze, że to się skończyło. Nie jesteśmy (jeszcze) taką drużyną, która nie dość, że dochodzi do finału Ligi Mistrzów to jeszcze robi to w sposób, jaki jej najbardziej odpowiada. A Roma, w sumie bardzo mocna psychicznie drużyna (w której czołową rolę odgrywają odrzuceni przez Guardiolę Kolarov i Dzeko), wykonała „za nas” czarną robotę, czyli wyeliminowała Barcelonę. Wolałbym z Barceloną nie grać, mimo wszystko.
Na szczęście, przed samym finałem będzie 13 dni na odpoczynek. Wielki sprawdzian dla fizjologów w klubie, może do drużyny wróci Lallana, więc przynajmniej jeden rezerwowy z prawdziwego zdarzenia. Dużo czasu na przemyślenia także.
Klopp wie, że ma opinię gościa, który przegrywa finały. Po meczu w Rzymie w bardzo ładnej, spokojnej wypowiedzi (skąd on bierze ten spokój) użył bardzo ładnego tekstu, że w Melwood nie wieszają srebrnych medali w gablotach. Ambicje klubu zostały wyznaczone kilkadziesiąt lat temu i trudno jest im sprostać, nawet grając znakomicie. Ja jestem o wiele mniej wymagający, dla mnie kluczową kwestią jest postęp, rozwój drużyny, przemyślana strategia do celu, którym jest oczywiście, jakże by inaczej, wielkość. Nie mniej jednak dla mnie awans do finału Ligi Mistrzów jest, muszę to powiedzieć, wystarczająco wielkim wynikiem, by nie przejmować się wynikiem meczu finałowego.
Co oczywiście nie oznacza w najmniejszym stopniu, gdy nie chciałbym tego meczu wygrać. Powiem jednak wyraźnie, że przyjmę taki wynik jako tak zwany bonus.