Liverpool – Brighton 1:0 czyli definicja szczęścia

Nie chcę siać defetyzmu, ale gdyby ktoś odtworzył sobie, nawet teraz, część drugiej połowie meczu (ja niestety obsesyjnie odtwarzam różne kawałki meczów Liverpoolu) to by doszedł do przekonania, że mieliśmy szczęście wygrywając ten mecz.

Przy czym – szczęście w tym przypadku wymaga pewnej szczególnej definicji. Otóż żeby wygrać taki meczu na przykład rok czy dwa lata temu, musielibyśmy mieć szczęście w takim rozumieniu, że zdarzenia potoczyłyby się wbrew ich statystycznej powtarzalności. Czyli na przykład Karius albo Mignolet obroniłby główkę Murraya w jednym przypadku na pięć.

W tej chwili prawdopodobnie Alisson nie obroniłby główki Murraya w jednym przypadku na pięć.

Można to nazywać szczęściem, można to nazywać po prostu lepszym bramkarzem.

W drugą stronę patrząc – z przodu gramy niezwykle rozrzutnie, to znaczy – nie strzelamy bramek, nawet w prostych sytuacjach. Na pocieszenie powiedzmy, że w ubiegłym roku też tak było. Pierwsze dwa miesiące były krytyczne, także i pod tym względem.

Komentatorzy mówią banalnie o „nastawionych celownikach”. To jest oczywiście nadzwyczaj umowne określenie. Prawdopodobnie chodzi o to, że piłkarze w pełni dysponowanie fizycznie pewniej uwalniają się od przeciwników, mają trochę więcej miejsca i to bardziej w psychologicznym sensie, to znaczy w tym sensie, że nie czują oddechu (i nogi przeciwnika) na sobie.

Natomiast sam kierunek budowania jakości drużyny jest absolutnie ten sam i widać, że jest to bardzo dobry kierunek. Cała sztuka na tym polega, by w ramach tego budowania pełnej dyspozycji nie stracić punktów (jak to było w zeszłym roku). Na razie, idziemy na styk, ale skutecznie.

Crystal Palace – Liverpool 0:2 czyli mecze, które można nawet przegrać (i w przeszłości je przegrywaliśmy)

Trudno jest powiedzieć, dlaczego Hodgsonowi aż tak źle poszło w Liverpoolu, choć właściwie nie tak trudno. Morał z jego półrocznego, totalnego niepowodzenia jest poniekąd tak, że nie możesz tylko liczyć na swoje umiejętności ale też przyjrzeć się, kto rządzi w klubie, kto jest jego właścicielem. Był rok 2010, najzupełniej fatalny, najgorszy okres w dziejach klubu, kupowaliśmy piłkarzy takich, jak nie przymierzając Christian Poulsen, takich, co to podawali piłkę na odległość maksimum pięciu metrów. Inna rzecz że Hodgson, zwany przez naszych kibiców sową, nie miał na to wszystko koncepcji. Potem zresztą Hodgson był trenerem reprezentacji Anglii, co z jednej strony świadczy o tym, że jest ceniony, ale z drugiej – to znów było niepowodzenie, reprezentacja Anglii grała najzupełniej beznadziejnie, prawdę mówiąc.

Więc jego zatrudnienie w Palace, potem, jak w spektakularny sposób (bardzo ciekawa historia) zbankrutowała trenerska wizja Franka do Boera, było według mnie odważnym aktem. Palace ma w ogóle całkiem sensowny management, a Hodgsonowi nie tylko udało się drużynę dość łatwo wyciągnąć na powierzchnię, ale po niespełna roku – bardzo sensownie poukładać.

Było jasne, że nie będzie to łatwy i przyjemny mecz.

Jego przebieg był zresztą by tak rzec, nieregularny. Z jednej strony mieliśmy sporo sytuacji, z drugiej strony Townsend zaliczył poprzeczkę (i nie wiem czy Alisson, choć jest znakomity, dał by radę to wybronić). A wreszcie wcisnęliśmy bramkę z karnego. Znów, gdyby nie była to decyzja Oliviera, to bym wątpił, ale komuś w końcu trzeba zaufać. To jedyny w pełni godny zaufania angielski sędzia, co więcej był bardzo blisko całej akcji. Nie wiem czy bardziej chodziło o paralityczne ruchy nogami Momo Sakho czy nie mniej nieskoordynowane ruchy rąk. I dodam na wszelkich wypadek, że Salah (starcie Mohameta z Mohametem) nie przewraca się z byle powodu i nie wyłudza karnych (dobrze jest mieć taką reputację).

To było w ostatniej minucie pierwszej połowy. Ale potem też nie było całkiem łatwo, niby Palace czystych sytuacji nie miał, ale drugiej bramki też nie było. Ktoś słusznie jednak zauważył, że dawniej takie mecze remisowaliśmy albo przegrywaliśmy. Jest coś na rzeczy. W obecnym składzie jest moc i pewność, jest van Dijk i Alisson. I naprawdę, dość trudno wbić nam teraz bramkę.

Dwa mecze, sześć punktów, sześć bramek, zero straconych. A do tego – niemal nie ruszony potencjał na ławce rezerwowych. Naprawdę, oprócz wiary i nadziei z tą drużyną związanej, może jeszcze silniejszym uczuciem jest ciekawość – co z tego wszystkiego wyniknie?

Liverpool – West Ham United 4:0 czyli rozpoczynamy bajkę (miejmy nadzieję)

Zaczynamy bajkę, tak uważam, nie będę tego ukrywał. Zaraz wszystko się okaże zresztą.

Nie wiemy tak naprawdę, co wynika z meczów granych przed sezonem. Formalnie wszyscy je starają się lekceważyć. Na początku zwłaszcza okresu przygotowawczego grają naprawdę rezerwowi piłkarze, zwłaszcza w takim roku, jak ten, kiedy są mistrzostwa świata. Ok, ale powstaje jakiś nastrój, pojawiają się nowi piłkarze, wykazują się raz czy drugi.

Pamiętam w czasach Beniteza te przedsezony były zwykle fatalne. Jakieś męczące katownie, bez stylu, na ogół remisy albo porażki ze słabymi drużynami. Wtedy dopiero trzeba było powtarzać, że to tylko sparring, że nie ma znaczenia. Tylko potem bardzo często okazywało się, że to ma znaczenie i że w sezon wchodzimy tak samo marnym, męczącym stylem. Zmierzam do tego, że wbrew pozorom, nawet jeżeli drużyna nie gra pierwszym składem, ten mecze w okresie przygotowawczym są całkiem znaczącą informacją.

Do tego – okno transferowe było najlepsze – nie wiadomo od kiedy, może najlepsze w historii. Oparte na podstawowym transferowym koncepcie Kloppa – albo mam tych, których naprawdę chcę albo nie biorę w to miejsce nikogo.

W tym sensie ten pierwszy mecz z West Hamem był najbardziej naturalnym i oczywistym potwierdzeniem tego wszystkiego, czego mieliśmy prawo oczekiwać.

Bo jeżeli istotnie mamy grać w tym roku o te rzeczy, o które naprawdę w piłce nożnej chodzi, to nasze granie w piłkę musi stać się przewidywalne. W istocie rzeczy temu właśnie służy wszystko, co robi Klopp. Dzisiaj, kiedy naprawdę jesteśmy bliżej sukcesu niż przez ostatnich dwadzieściakilka lat – widać jak na dłoni, jak daleko tego sukcesu byliśmy w przeszłości. Bez piłkarzy tej jakości, bez 5-6 światowych gwiazd nie da się zapewnić drużynie spójności i przewidywalności. Anglicy nazywają to „consistency”, to nawet lepsze słowo niż nasza „spójność”.

Szczegóły takich meczów jak ten nie są może najważniejsze. West Ham wydał sporo pieniędzy, ale tego na razie nie widać, najlepszy był Fabiański. Trzecią bramkę zdobyliśmy po wstydliwym (dla sędziów) spalonym, czwarty gol przejdzie swoiście do historii, bo Danny Sturridge wszedł 24 sekundy przedtem, zanim zdobył bramkę. Sturridge jest jedną z paru ofiar naszego niezwykłego wzrostu, starczy spojrzeć na ławkę, tam są pozostałe ofiary naszego wzrostu. Takiej ławki nie mieliśmy od lat. Znowu – od kiedy, może nigdy, w każdym razie nie za naszej telewizyjnej pamięci.