Chelsea – Liverpool 1:1 czyli moralność kibica

Wiadomo, że moralność kibica jest dwuznaczna. Gdy wyciąga się remis bramką zdobytą z dwudziestu paru metrów w raczej unikalny sposób, nie ma co narzekać na remis. Ale gdy się ten mecz obejrzy ponownie i zobaczy, ile sytuacji mieliśmy w pierwszej połowie wówczas jasne jest, że powinniśmy ten mecz wygrać i to bez męki. Naprawdę tak to wygądało, każdy atak stwarzał zagrożenie.

Nasi napastnicy mają jednak problemy decyzyjne, co widać zwłaszcza na powtórkach. Po prostu podejmują złe decyzje, brakuje im spokoju. Spokój przychodzi wraz ze zdobywaniem bramek, czyli jest to trochę kwadratura koła. Osobiście nie wątpię jednak, że ten cykl da się złamać wkrótce.

Weźmy choćby sytuację Salaha już przy stanie 1:0 dla Chelsea. Salah był już mocno poza światłem bramki, odchylony na bok, nie mógł dobrze strzelić. Ale mógł bez większe trudu, jak się wydaje, dośrodkować. Naprzeciwko bramki stał Firmino. Salah nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Dla mnie to jest nie kwestia egoizmu, tylko wyobraźni, a wyobraźnia to skutek wiary w siebie, a wiara w siebie wymaga spokoju.

Koniec końców wyrównał Sturridge, które gra w takich meczach rzadko i któremu także brakuje spokoju, co było widać w pierwszym meczu z Chelsea, w środę.

W sumie gramy dobrze, mamy mocną drużynę, właściwie nie ma kluczowych kontuzji – brakuje Lallany, ale on jest teraz już raczej tylko rezerwowym, naprawdę, nie wiem na jakiej zasadzie on miałby grać i Oxa, który moim zdaniem wróci do gry w styczniu. W tym wszystkim, pomimo stracenia bramki, naprawdę najbardziej godna uwagi jest gra w obronie. Dla mnie super odkryciem jest Joe Gomez. W poprzednim sezonie właściwie bałem się jego gry na prawej obronie, często zachowywał się tak, jakby nie wiedział o co chodzi (tak na przykład ograł go Sanchez w meczu z Arsenalem). Na środku obrony Gomez właściwie nie grał, a to jest teoretycznie (tak mówią) trudniejsza pozycja niż prawa obrona.

Tymczasem Gomez na środku gra z van Dijkiem nie waham się tego powiedzieć, rewelacyjnie. Na początku sezonu Gomez grał właściwie w zastępstwie Lovrena, teraz właściwie dla Lovrena nie ma miejsca (Zresztą Matip też grał dobrze). Gomez ma nawet bardzo przyzwoite podanie inicjujące atak, w czym jego wyższość na Lovrenem jest dojmująca, bo Lovren w ogóle takich podań powinien zaniechać, dla dobra drużyny.

Oczywiście, można spekulować, że z van Dijkiem każdy stoper gra dobrze. Ale to nie jest do końca prawda o Gomezie, on naprawdę urósł samoistnie. W ubiegłym roku zagrał w reprezentacji Anglii i dostał nawet nagrodę jako najlepszy piłkarz meczu, na mistrzostwa świata nie pojechał z powodu urazu, ale to wszystko wyglądało mi na takie zaklinanie rzeczywistości, bo Anglikom trochę brakuje dobrych piłkarzy. Ale teraz jestem już absolutnie przekonany, że to już jest piłkarz z prawdziwego zdarzenia.

Czyli łącznie – doszło w tym roku do odwrócenia ról, przynajmniej na razie. Obrona z Alissonem jest znakomita, napastnikom, tym kluczowym, idzie raczej słabo. Ale to jest o wiele bardziej obiecujący układ, niż w zeszłym sezonie. No, a Sturridge podobnie jak i Gomez to są właściwie nowi piłkarze, przez co ławkę mamy mocną, jak bodaj nigdy za mojej pamięci.

Liverpool – Chelsea 1:2 (Carabao Cup) czyli co to za mecz właściwie

Carabao to jest drink energetyczny, taki Red Bull, o ile dobrze rozumiem, bo go w Polsce nie ma. Na takich drinkach robi się potworną kasę, sam nie wiem dlaczego, ale zdaje się, że wyprodukowanie takiego napoju to nie jest żaden problem – problemem jest jego wypromowanie. Od dwóch bodaj lat Puchar Ligi Angielskiej nazywa się właśnie Carabao Cup, choć mam wrażenie, że tą nazwą się nikt do końca nie przejął i używana jest ona zamiennie z innymi, mnie oficjalnymi, ale bardziej tradycyjnymi.

Wygranie takiego pucharu jest trudne, jak każdego pucharu, w którym startują wszystkie najlepsze angielskie drużyny. I takie wygranie daje miejsce w Lidze Europy, czyli w obecnej sytuacji – to raczej żaden cymes zarówno dla Liverpoolu i Chelsea. Pomimo więc wszystkich zaklęć, że chcemy wygrywać wszelkie możliwe tytuły i będziemy walczyć wszystkim, co mamy – prawda o motywacji klubów, rozumianych jako poważne, finansowe przedsięwzięcia, jaka ich napędza do gry w tym pucharze jest co najmniej niejasna.

Drużyny na ten mecz wyszły w składach, jakby Sarri i Klopp dzwonili do siebie wcześniej i coś uzgadniali. Zwłaszcza, w perspektywie „prawdziwego” meczu tych drużyn, już w sobotę, czyli po dwóch czystych dniach przerwy zaledwie. Trochę to się potem rozjechało, bo Sarri wcześniej wstawił Hazarda i Kante, niż my Hendersona, Firmino i Salaha. Tak czy inaczej, gdyby policzyć piłkarzy których mamy uważać za zawodników pierwszego składu, wyszło ich u nas bodaj dwóch (Milner i Mane). I nawet oni wychodząc w takim układzie mają trudność, by dać z siebie wszystko. Był to więc, jakby nie patrzeć, mecz rezerw. Oczywiście, niepotrzebnie go przegraliśmy, ale też nie jestem pewien, czy ta przegrana ma jakiekolwiek znaczenie.

Cała piątka z tytułu, czyli obrona z bramkarzem włącznie, to nie byli nasi najlepsi piłkarze. Część z nich, jak na przykład Clyne czy Moreno ma szanse nie zagrać ani razu w prawdziwych meczach o stawkę. Obaj zresztą potwierdzili to w tym meczu do bólu. Moreno jest cały czas „shaky”, zaś Clyne ma strach w oczach, kiedy przeciwnik podchodzi do niego na odległość 10 metrów i wtedy oddaje piłkę do bramkarza. Przy takiej asertywności jest raczej nie do pomyślenia, by taki piłkarz poszedł za akcją choćby przechodząc linię środkową. Nawiasem mówiąc, podobnie grał jeszcze niedawno Gomez, który, choć nadal nie umie podawać na odległość (i być może nigdy się nie nauczy), ale przynajmniej się ustawia do podań.

Obrona, która żyje w strachu utraty niekontrolowanej bramki – co zresztą i tak nastąpiło – stanowi nie tylko problem defensywny, co jest problemem psychologicznym dla pozostałych, problemem pewności i oparcia, lecz co więcej w tej grupie piłkarzy nie ma nikogo, kto odpowiedzialnie i realistycznie uczestniczyłby w akcjach ofensywnych, co było bodaj największą naszą siłą od początku sezonu. W sytuacji, gdy lekkość naszych napastników wciąż nie jest taka, jak rok temu.

Z tej perspektywy ten mecz i tak wyglądał nieźle, po prostu znalazło się w składzie miejsce dla paru bardzo dobrych piłkarzy, żeby wspomnieć choćby Keitę i Shaquiri’ego. Co do Sturridge’a to naprawdę i my i on powinniśmy żałować, że nie zdobył w tym meczu trzech bramek, choć powinien. W ten sposób my wygralibyśmy mecz a on zbudowałby tak zwany case pierwszego rezerwowego. Nie wiem, czy bardziej chodzi o te jego chipy i te superefektowne bramki, czy też chodzi o brak wyczucia spowodowany tym, że on po prostu za rzadko gra. W drugiej połowie Sturridge spudłował w sposób niemal historyczny, obszedł bramkarza, i w tym momencie mogą zatrzymać piłkę i nosem wepchnąć ją do bramki. Z powodu jakiejś diabelskiej podpowiedzi chciał ją od razu wbić prawą nogą, która ma to u niego do siebie, że zawodzi.

Mecz końcowo rozprowadził Hazard, piłkarzy wybitny, ale stało się to w sytuacji, gdy powinniśmy prowadzić 3:0. Przegraliśmy meczu pierwszy od półtora roku u siebie, tylko naprawdę nie wiadomo, co to był za mecz i o co. Powiedzmy to sobie parę razy, nie tylko dlatego, że to prawda, ale też po to, żeby nie myśleć za długo i nie przeżywać, bo nie warto.

Liverpool – Southampton 3:0 czyli w sumie wciąż czekamy na formę

Może jest w tym pewna niezręczność, w tych naszych narzekaniach w sytuacji, gdy drużyny wygrywa szósty mecz, ale kibic nie może się oszukiwać i nadmiernie spekulować. Takie mecze jak ten, z Southampton, w obecnej konfiguracji naszych wyzwań musimy niestety uważać za konieczność. Nic na to nie poradzę. Możemy zaklinać rzeczywistość, twierdzić, że każdy mecz jest ważny a Southampton bardzo mocny. Ale kiedy gracz we wtorek z PSG, zaraz dwa mecze z Chelsea, potem Napoli i City, to przepraszam, trudno zmanipulować swój nastrój do tego stopnia, by uznać ten mecz za bardzo ważny. Piłkarze też nie byli w stanie się przekonać, że to jest bardzo ważny mecz. Ale wygrali bez problemu.

A przecież, no a przecież w ostatnich latach, już za Kloppa, to był naprawdę bardzo trudny przeciwnik, wynik, także u nas, nie był niczym oczywisty. Zaś w sezonie 13/14, ostatnim, kiedy graliśmy o mistrzostwo, przegraliśmy z nimi 0:1 u siebie, co w końcowych rachunku było jedną z przyczyn niewygrania mistrzostwa. W ogóle, byłby niedawno takie lata, kiedy zdawało się, że Southmapton w ogóle nie jest już odległy naszej pozycji futbolowej – bo nasza słabła, ich rosła.

Cynicznie można powiedzieć – lub raczej przewrotnie – że znaleźliśmy na to sposób wyciągając od nich najlepszych piłkarzy. Ale to jest oczywiście żart. bo płaciliśmy za tych piłkarzy dobre pieniądze. Faktem jest jednak, że Southmapton, głównie w wyniku dwuznaczynch eksperymentów z trenerami, w ostatnim sezonie dosłowanie w ostatniej chwili uciekł przed toporem.

Ten mecz jednak sprowadzał się do zdobycia trzech punktów – ale różnica w stosunku do poprzednich sezonów jest spora. Jak już wiele razy tu pisałem, sprowadza się przede wszystkim do gry obronnej, która to gra zasadniczo wpływnęła na morale całej drużyny. Inna rzecz, że napastnicy nadal są dalecy od swojej ekspansywnej dyspozycji z zeszłego roku. Tym razem – proszę bardzo, pierwsza bramka to samobój bo akcji Shaqiri’ego, druga – pierwszy gol Matipa w naszym klubie, trzecią zdobył wprawdzie Salah, ale jego udział był tu mniejszy, niż znów Shaquiri’ego. Zadna bramka nie była dziełem napastnika, a zwłaszcza współpracy dwóch czy trzech napastników.

Można oczywiście spekulować, że rozkład ciężarów w druyżyny się zmienił, napastnicy z jednej strony uczestniczą w grze obronnej (jak to u Kloppa), a z drugiej strony nie mają tyle swobody, co kiedyś, bo przeciwnicy ich rozpoznali. Moim zdaniem żadne z tych wytłumaczeć nie wystarcza ani trochę. Z czego wynika, że trzeba cierpliwie czekać, aż wejdą na swój właściwym poziom. Przy obecnej sile całej drużyny efekty powrotu trójki naszych bohaterów do swojej normy – mogą być wręcz niezwykłe, dlatego warto poczekać.

Liverpool – PSG 3:2 czyli Sturridge prawdziwy

Na wiosnę wydawało się, że Sturridge jest już u nas skończony. Jeszcze rok temu zagrał w paru meczach, ale nie wyglądało to dobrze. W gruncie rzeczy przed poprzednim sezonem był w bardzo dobrej formie, ale w meczu przedsezonowym z Bayernem znów sobie coś naciągnął.

W każdym razie na wiosnę został oddany do Westbromu, po to chyba, żeby umożliwić mu granie w mistrzostwach świata. W Westbrom, pamiętam to jak dzisiaj, zagrał może trzy minuty i potem znów długa przerwa. Sturridge ma bardzo wysoką pensję, rok do końca kontraktu, ale z tą pensją i z tą historią kontuzji nikt go nie kupi.

W tym roku, od początku sezonu, wchodzi rzadko, ale prawie zawsze gra sensownie. Oczywiście, jak każdy wybitny piłkarz który mało gra, jako skażony dwiema plagami. Po pierwsze, nie ma odpowiednich, odpowiednio szybkich odruchów bezwarunkowych, piłka mu nie całkiem leży przy nodze lub głowie (as the case may be, jak mówi się w języku angielskim prawniczym). Po drugie, co może dotyczy zwłaszcza piłkarza tak wyrafinowanego, jak Sturridge, szuka okazji, żeby się wykazać.

Obie te właściwości Sturridge’a było widać w meczu z PSG, w którym w sumie – zagrał bardzo dobrze. Faktem jest jednak, że między 58 a 62 roku Sturridge mógł i powinien był strzelić dwa gole i byłoby wtedy 4:1. Nie mniej, z tego raczej niezwykłego meczu wynika także i to, że posiadanie tak wybitnego rezerwowego oznacza, że trzeba mu dać grać możliwie dużo, i to niekoniecznie na środku ataku. Bo Sturridge, jako piłkarz raczej unikalny, artysta niepowtarzalny, musi czuć piłkę. I wtedy jest Sturrdigem prawdziwym.

A mecz z PSG w ogólności? Można go traktować w kategoriach metafizycznych, a mianowicie jako starcie z jedną z drużyn, która też chce wygrać Ligę Mistrzów. Bo my chcemy. Ja bym jednak włączył tu myślenie bardziej pragmatyczne. Wygrywając – nie remisując z PSG, przy remisie Napoli ze Zvezdą (jest to jednak sensacja), bo następnym meczu w Neapolu możemy mieć, jak dobrze pójdzie, względny spokój w kwestii awansu, bo po środku mamy dwa mecze z Serbami. To jednak powinno być źródło punktów, co może oznaczać, przy obecnej formie drużyny, że po 4 meczach będziemy mieli 12 punktów i spokój. Inaczej niż w ubiegłym roku. Czy moja kalkulacja idzie za daleko? W tym sezonie, jeżeli chodzi o Liverpool, żadna kalkulacja nie idzie za daleko.

Tottenham – Liverpool 1:2 czyli zabawa w zniechęcanie

W którym momencie gry, w którym miejscu boiska rodzi się to dojmujące przekonanie, że jedna drużyna ma zupełnie zasadniczą przewagę nad drugą choć ta druga jest, formalnie rzecz biorąc, najzupełniej równorzędna.

Takie poczucie miałem przez większość meczu w sobotę. Myślałem sobie, że nawet gdyby przypadkiem Tottenham zdobył bramkę to i tak w żadnym stopniu nie zmieniłoby tego obrazu gry i końcowo, zapewne, także wyniku.

Zapewne taka psychologiczna przewaga bierze się przede wszystkim z tego, na ile drużyna jest w stanie grać swoją grę. W sytuacji, gdy piłkarze są blokowani i kontrolowani przez przeciwnika na tyle, że nie są w stanie odzyskać swobody swojego grania – wówczas zaczynają grać inaczej, a w szczególności konserwatywnie, ucieczkowo, pasywnie. Nie podejmują ryzyka, właściwie walczą o przetrwanie, tracą rezon. Drużyna przeciwna to czuje i widzi, i gra coraz bardziej po swojemu.

Jedyny nasz problem polega na tym, że nie zdobywamy bramek tak, jak ubiegłym roku – pomimo tego wygrywamy. Dobrze jest więc przypomnieć, że dokładnie rok temu zremisowaliśmy 1:1 z Burnley u siebie, pomimo ogromnej przewagi i wielu sytuacji. Czyli – też to nie było tak, że od początku, czyli od sierpnia-września robiliśmy na boisko wszystko to, co zostało zapamiętane jako wielki sezon naszych napastników.

Różnica w stosunku do ubiegłego roku dotyczy jednak o wiele bardziej jeszcze gry obronnej. Faktem jest, że wtedy nie było van Dijka, Alissona, Robertson jeszcze nie grał na stałe, a Gomez wchodził na zmianę z Trentem na prawą obronę. Na przykład – z obecnej piątki broniącej z Burnley grali Robertson i Trent. Czyli właściwie można powiedzieć, że obrona jest teraz zupełnie inna. I też – gra zupełnie inaczej, co, nie dość tego podkreślać, nie dotyczy tylko obrońców, choć jednak głównie ich.

To zniechęcenie przeciwnika to swojej gry jako baza naszej mocy i obecnych sukcesów dotyczy jednak przede wszystkim niezwykle aktywnej gry obronnej i jednocześnie – unikania banalnych błędów. Ten aspekt gry jest oczywiście mało efektowny lub wręcz – niezbyt przyjemny. Ale przy tak dobrych drużynach, jak te dwie, psychologia staje się kluczem. Do tego drobiazgi – my mamy prawie pełny skład, oni – jednak nie mieli Llorisa i Alego. Ten ostatni wiele by nie zmienił w przebiegu meczu, ale ten pierwszy – zapewne zmienić mógł. Zwłaszcza wobec naszej nieskuteczności.

Na nieskuteczność napastników – tak dobrych, jak Mane i Salah – niewiele da się zrobić w sensie motorycznym, więcej, znów, w sensie psychologicznym. Ale ta psychologia może być przede wszystkim wysterowana ich własnymi sukcesami, co zwykle, w zawłaszcza w przypadku Salaha, oznacza powrót do pewnego wyrafinowania, do szukania trudniejszych rozwiązań, w miejsce prostego strzelania na bramkę. Tak jest moim zdaniem, na przykład, zagadka sytuacji w pierwszej połowie, gdy Salah w klasyczny sposób przejął piłkę, wybiegł na Vorma i strzelał raczej mocno górą. Mam takie poczucie, że w ubiegłym roku poturlał by piłkę lekko do długiego rogu.

To nie jest żadne narzekanie. Nie tylko dlatego, że drużyna wygrała wszystkie pięć meczów, ale także dlatego, że gra dopasowując swoją jakość do przeciwnika. A to już cecha wielkich drużyn, które grają na tyle, żeby wygrać po prostu.