Liverpool – Cardiff City 4:1 czyli oferta w standardzie

Ten mecz możemy zmieścić w tegorocznym standardzie, ani mnie ani więcej. To 1:0 było łatwo, ale potem graliśmy raczej pasywnie, minimalizując wysiłek. Można oczywiście tłumaczyć to na tysiąc sposobów, ale nadal brakowało nam energii i kreacji.

Gdy przy stanie 2:0 Cardiff, przy pasywności Lovrena, zdobyło gola integralni pesymiści, do których należę, mieli przed oczyma najczarniejsze wspomnienia. Nie są one przypadkowe, ponieważ jeszcze dwa sezony tracenie bramek doprowadzających do wyrównania, nawet ze słabą drużyną, nawet na własnym stadionie należało do ówczesnego standardu. Na szczęście, ten standard się zmienił i teraz jest inny standard. Polega on na tym, że w odpowiedzi na zagrożenie – ale dopiero wtedy – dołożyliśmy dwa gole.

Cardiff, raczej słusznie, uchodzi za jedną z najsłabszych drużyn ligi, więc budowanie na podstawie tego meczu jakichkoklwiek teorii jest nieporozumieniem. Ale mecz po prostu trzeba było wygrać i mecz wygraliśmy.

Liverpool – Crvena Zvezda 4:0 czyli standard Kloppa (chwilami)

Powiedzmy to tak: to był ładny, klasyczny mecz, z ładnymi, klasycznymi bramkami. Zvezda na pewno nie jest wybitną drużyną, to jest taką jaką zrobiliby Serbowie za komuny, gdyby mogli zakazać wyjazdu swoim najlepszym piłkarzom. Nie mniej sygnały tu są sprzeczne. Z jednej strony pozwolili sobie na bycie rozjechanym przez PSG, z drugiej strony – zremisowali u siebie z naprawdę znakomitą drużyną, jaką jest Napoli.

Na pewno – Zvezda gra w piłkę, nie chowa się, nie szuka remisu. Czyli można z nimi grać naszą piłkę. Faktem jest jednak, że co najmniej parę razy akcje naszych piłkarzy nawiązały do tego raczej unikalnego standardu, który można by nazwać standardem Kloppa. Była taka klasyczna akcja pod koniec meczu, kiedy Firmino zaraz za linią połowy dostał t.zw. drugą piłkę od obrony i od razu rzucił ją do przodu, w tym czasie już Mane zasuwał do przodu jak TGV. Bramki nie zdobył, ale to była ta klasyka Kloppa, pełna wiary i zaufania do partnera gra z założeniem, że partner myśli tak samo.

No, zobaczymy. Połowę listopada traktujemy jako punkt odniesienia, w ubiegłym roku mniej więcej o tej porze zaskoczyło. Zaraz się okaże. W grupie sytuacja jest coraz bardziej niejasna, PSG było o krok od przegranej u siebie z Napoli. Na pewno będziemy potrzebować punktu lub punktów w dwóch ostatnich meczach, ale w normalnej formie to nie powinien być żaden problem. Normalną formą nazywamy takie granie, jak w lutym-kwietniu tego roku.

Napoli jak zadra

Gdyby nie ten mecz, moje nastawienie do sezonu byłoby zupełnie inne. W lidze były mecze słabsze i lepsze, ale żaden nie był tak beznadziejny. W Carabao Cup przegraliśmy drugim składem z Chelsea, ale to nie był zły mecz. A mecz w Neapolu był fatalny.

Co więcej, skutki tej przegranej, w ostatniej minucie, co zawsze jest psychologicznie dołujące, mogą być daleko idące. Niemal na pewno, powtarzam, na pewno nasz awans będzie zależał od wygranej w ostatnim meczu, właśnie z Napoli. To pod warunkiem, że wygramy oba mecze z Crveną i nie wygramy w Paryżu. To jest najbardziej prawdopodobny scenariusz.

W tym ostatnim meczu będzie nam potrzebny albo remis, albo wygrana. Obie te konieczności grając z Włochami są raczej nieprzyjemne.

Jedyne, co napawa mnie jakąś nadzieją to wiara w to, że będziemy wtedy inną drużyną, że zaczniemy naprawdę grać w piłkę. Jeżeli zbliżymy się do standardu z lutego – marca, to faktycznie, na Anfield żadna drużyna raczej nam się nie oprze. Ale to jest spekulacja. Jedno jest pewne, będziemy w grupie walczyć do końca. Oczywiście przy założeniu, że nie stracimy punktów z Serbami, bo to już byłby naprawdę dramat.

Oprócz tych realnych skutków jest też bardzo nie przyjemny rodzaj świadomości, że będąc tak mocni potrafimy zagrać tak słabo.

Strony klubowe pełne są dyskusji kibiców na temat – dlaczego tak gramy. Najważniejsza czy może najbardziej optymistyczna idea, która za tymi dyskusjami stoi jest tak, że w zeszłym roku zaczęliśmy grać z tym niezwykle charakterystycznym „flow” dopiero w połowie listopada. Trzeba więc drużynę uważnie oglądać i liczyć, że ta sama metodologia treningowa pozwoli osiągnąć ten sam poziom w tym roku.

Huddersfield – Liverpool 0:1 czyli chodzenie po krawędzi

To bardzo słuszna uwaga, że tak grając w końcu zaczniemy tracić punkty. W tym roku, z wyłączeniem meczu z Napoli, szczęście jest ewidentnie po naszej stronie. Tak już było w kilku co najmniej meczach, z Chelsea, nawet z Tottenhamem nie mówiąc o City. W ubiegłym roku o tej samej porze było niemal dokładnie odwrotnie, co w praktyce oznaczało, że remisowaliśmy wszystkie te meczu, które teraz wygrywamy.

Nie ma co, Huddersfield w świetle obiektywnych kryteriów jest jedną z najsłabszych drużyn w lidze. I ta właśnie drużyna wcale nie była odległa, by zdobyć jedną, może dwie bramki. Przy tak napiętej sytuacji w czołówce ligi taka strata punktów byłaby prawdziwym nieszczęściem, ponieważ wśród czołowych pięciu drużyn (prędzej czy później dołączy do nich United) straty punktowe wynikają głównie z meczów z innymi drużynami tejże piątki czy szóstki. Naprawdę, mało kto traci punkty z kimś innym.

Oczywiście, bardziej liberalne podejście do tego meczu pozwala także zauważyć, jak wiele tworzymy okazji na okazję, takich sytuacji, w których niedużo brakuje, by któryś z naszych napastników znalazł się sam na sam z bramkarzem. Jak powiedział kiedyś Menotti, coachowie są wynagradzani za to, by prowadzone przez nich drużyny tworzyły sytuacje. W tym zdaniu jest myśl taka, że jak nie od razu to kiedyś – ale z tych okazji będą padały bramki. Może tak, na razie czekamy.

Ten mecz zdemaskował pewną naiwność wiary w poprawę naszego stylu przez prostą rotację składu. Tym razem na boisko wyszli Shaqiri, Sturridge i Lallana. Prawdę mówiąc, niewiele to dało. Wyjaśnianie wszystkiego przez to, że Huddersfield jest lepszą drużyną, niż na to wskazuje tabela jest niemożliwe do zweryfikowania. Ja byłem rozczarowany grą wszystkich trzech, może najmniej Shaqiriego. Ale Sturridge, obawiam się, musi pozostać jednak przede wszystkim rezerwowym.

Wynika z tego wszystkiego, że cała drużyna nie „kilka”, nie gra tak, jak w ubiegłym sezonie, przynajmniej na wiosnę. Bardzo dużo wzmocnienie obrony umożliwia nieprzegrywanie większości meczów, ale pytania – jak długo możemy w ten sposób maskować rzeczywistość?

Liverpool – Manchester City 0:0 czyli dobry punkt nie jest zły, ale…

Prawdę mówiąc, nie lubię tego meczu. Nie chodzi nawet o to, że w ubiegłym sezonie udawało nam się City rozjeżdżać, a tym razem nie udało się ani trochę, choć przecież to w tym sezonie mamy zamiar grać z nimi o mistrzotwo. Chodzi mi raczej o to, że ten mecz w pewnym sensie skazaliśmy na remis, i to bardziej remis 0:0, a ostatecznie, byliśmy bliscy przegrania.

Znów, nie jestem, wcale pewien, czy to była kwestia wyboru, czy też konieczności. W piłce nożnej, jak w naukach społecznych, istnieje tak duża liczba danych wpływających na wynik, że najłatwiej jest go interpretować ex post, i przypisywać postawie drużyn różne poziomy wyrafinowania.

Ten poziom wyższy poziom wyrafinowania jest taki, że to był wybór taktyczny i drużyny blokowały się wzajemnie, ponieważ z punktu widzenia gry o mistrzostwo chodzi o to przede wszystkim, by punktów nie tracić. Ja w to średnio wierzę, moim zdaniem, taka pasywna w sensie ofensywnym gra była przede wszystkim koniecznością, która wynika z brak odpowiedniej dynamiki gry ofensywnej.

Więc przestańmy się oszukiwać. Drużynę mamy w tej chwili bardzo mocną, co polega na tym, że nawet w słabej formie jesteśmy w stanie sporo ugrać. Ale to, że nie jesteśmy w takiej formie, na jaką nas stać, jest to moim zdaniem równie niewątpliwe.

Ani Mane, ani Salah, ani zwłaszcza Firmino nie grają lekko i przekonująco. Moim zdaniem, to jest głównie efekt późnego Mundialu, w przypadku Salaha jeszcze kontuzji. Na pocieszenie powiedzmy, że w ubiegłym sezonie też szczyt formy nastąpił gdzieś w lutym-marcu, choć oczywiście już na jesieni strzelaliśmy mnóstwo bramek.

Nic nie jest takie same, jak było. Teraz mamy na pewno bardzo dobrą obronę, nieporównanie lepszą, niż rok temu, mamy van Dijka, Alissona i niezwykle szybko rosnącego Gomeza. Dlatego można nie przegrywać meczów nawet, gdy napastnicy grają pasywnie. Problem polega oczywiście na tym, że nie-przegrywanie meczów nie prowadzi do zdobywania tytułów.

Cokolwiek by nie powiedzieć jednak wszystko przed nami. Także dzięki temu, że ostatecznie Mahrez przerstrzelił karnego. Z tego samego przebiegu meczu mogliśmy go przegrać, i to już byłby pewien problem,, tak jak przegrana z Napoli. Te dwa tygodnie przerwy przed nami nie pomogą nam fizycznie, ale może pomogą dopasować psychiczne parametry naszych najlepszych piłkarzy do tych oczekiwań, który i my i oni mamy w stosunku do tego sezonu.