Napoli – Liverpool 1:0 czyli coś jakby odwrót

Trzeba to powiedzieć tak szczerze, jak tylko można – to był fatalny mecz. Zadne zaklęcia Kloppa, jak dobre jest Napoli nic nie pomogą, po prostu dlatego, że gra Liverpoolu była w zupełności poniżej standardu. Mam wrażenie, że to było widać od początku.

Według mnie są takie mecze, które skażone są jakimś fatum i nic tego nie może odwrócić. Piłka odskakuje zawodnikom strzelają pięć metrów nad bramką albo po prostu nie wychodzą na pozycje, bo nie wierzą, że dostaną dobrą piłkę. To był taki mecz.
Można było go co najwyżej nie przegrać, ale nasi piłkarze w istocie rzeczy nie podjęli wysiłku, żeby ten mecz wygrać. Jest w miarę jasne, że ten punkt, który można było zdobyć, też będzie bardzo ważny. W tej grupie w każdej niemal możliwe konfiguracji (z wyłączeniem sytuacji, w której wygramy wyjazdowy mecz z PSG) ostatni mecz z Napoli na Anfield trzeba będzie wygrać. Do tego czasu są ponad dwa miesiące. I w tym jest jedyna nadzieja – to znaczy, że nasi napastnicy do tego czasu zaczną naprawdę grać w piłkę.

Bo ten mecz przypominał mi kładzenie głowy pod topór. I kluczowe pytanie polega na tym, czy jest to jednostkowy przypadk, ów tradycyjny bad day in the office, czy to jest trwały kryzys naszej gry ofensywnej. Dotyczy to właściwie całej trójki. Obrońcy i pomocnicy grają co najmniej przyzwoicie, a niektórzy, jak Gomez czy Wijnaldum wręcz znakomicie. Ale to za mało, żeby wygrywać mecze.