PSG – Liverpool 2:1 czyli wszystko się zacięło

Nie na tym polega problem, że straciliśmy dwie bramki, całkiem szybko. Problem polega na tym, że przy dużej przewadze w drugiej połowie właściwie nie stworzyliśmy żadnej sytuacji bramkowej. Były co najwyżej sytuacje na sytuacje.

Nie mam wrażenia, by Klopp wiedział, dlaczego w meczach wyjazdowych Ligi Mistrzów przegrywamy wszystko raz za razem. Nasi fachowi kibice na stronach cały czas znęcają się nad linią pomocy – ale przecież ona grała z grubsza w tym samym składzie w ubiegłym roku.

Moim zdaniem głównym problem polega jednak na grze Firmino i Salaha, a zwłaszcza tego drugiego. W ubiegłym roku sporo bramek było zdobywanych wskutek długiego podania – od obrony czy od pomocników, po prostu takiego pacnięcia na 50 metrów, i do tych piłek dochodzili i Salah i Mane, a za nimi gonił Fimirno. Dzisiaj Salah nie jest w stanie nic z takimi piłkami zrobić, jest po prostu totalnie i w zupełności zblokowany, jakby się bał ścigać z obrońcami, a kiwki, jak to kiwki, jeżeli robisz je bez przekonania to nic Ci z nich nie wyjdzie. A Salah gra teraz tak, jakby w głowie mu zalegał jakiś wielki kamień, który uniemożliwia lekkie i skuteczne granie.

Może, gdyby nasi pomocnicy byli bardziej kreatywni, to by częściowo choćby Salaha zastąpili. Taką opcją jest na pewni Keita i Shaqiri, ale – trzeba zaryzkować i dać im grać z pełną świadomością, że nasza gra defensywna od tego osłabnie.

Ale podjęcie tego ryzyka jest niezbędne, jeżeli mamy coś w tym sezonie wygrać. Wszystkie trzy wyjazdowe mecze w Lidze mistrzów były nie tyle słabe, co beznadziejne, poczyznając od meczu z Neapolem. I wszyscy wiedzieliśmy, jak to wygląda – ale nie było pomysłu, co z tym zrobić w Paryżu.

Z Napoli trzeba wygrać 1:0 lub dwoma bramkami (wygrana 2:1, 3:2 – wyrzuca nas do Ligi Europy). Przed rokiem nie widziałbym w tym problemu. Teraz, naprawdę nie wiem, na co nas stać w meczu z klasową drużyną. Faktem jest, że mecze na Anfield wyglądały trochę lepiej, łącznie z meczem z PSG, który wprawdzie wygraliśmy dopiero w samej końcówce, ale w którym mieliśmy bardzo dużą przewagę. Będzie to jednak mecz nadzwyczajnie nerwowy – dopiero przy wyniku 3:0 będzie można osiągnąć jaki taki spokój. Wszystko to w sytuacji – o której wreszcie trzeba jasno powiedzieć – że nasza jakość obronna wystarcza na mecze ligowe, ale niekoniecznie wystarcza na czołowe drużyny europejskie.

Możemy zostać bez Ligi Mistrzów. Byłoby to, nie waham się powiedzić, niepowodzenie sporej skali, biorąc pod uwagę inwestycje w zespół. Być może jednak, w tej drużynie brakuje właśnie Nabila Fekira bardziej, niż Alissiona czy Keity. To są jednak spekulacje – póki co, wszystko przed nami.

Watford – Liverpool 0:3 czyli własne miejsce na Ziemi

Nie sądzę, by powinniśmy brać City jako benchmark, choć taka idea narzuca się sama przez się. Ale od początku Premiership w obecnym kształcie nie byo drużyny tak dominującej, jak City od zeszłego roku. Liga natomiast w czołówce jest mordercza, o czym świadczy liczba punktów piątej drużyny w tabeli, czyli teraz Arsenalu. Przy tej liczbie punktów po 13 meczach Arsenal w poprzednich latach mógłby być równie dobrze liderem.

Ale przecież chcemy walczyć o mistrzostwo, dlaczego mielibyśmy nie chcieć? Mamy znakomitą drużynę, najlepszą od 30 lat czyli od czasów pierwszego Dalglisha. Z tego powodu na każdy mecz, nawet z tak przyzwoitą drużyną, jak Watford patrzymy w taki sposób, że nie wolno nam przegrać, ani nawet zremisować. Ciężki los, nie tylko dla Kloppa i piłkarzy, ale dla nas wszystkich. Wszyscy, prawdziwi kibice prawdziwego klubu mamy ciężko, ponieważ o pomyłkę czyli remis, jest tak łatwo.

Z drugiej strony, w tej lidze, gdybyśmy nie walczyli o mistrzostwo to już dzisiaj prawdopodobnie balibyśmy się bardzo o miejsce w czwórce. To zresztą przecież nadal nie jest nic pewnego, różnice punktowe są minimalne. Ale na razie – wszystko idzie jak trzeba.

W ubiegłym roku w tym meczu (na samym początku rozgrywek) było 3:3. Oczywiście, są pewne pozory, za rok temu graliśmy lepiej, bo strzelaliśmy dużo bramek. Ale tak naprawdę – nie było w tym pewności i konsekwencji. Ot, choćby te remisy u siebie z Westbromem i Evertonem, te remisy pomimo prowadzeia 3:0. Przede wszystkim – mamy zupełnie inny poziom odporności na ciosy, czyli gry obronnej.

Co nie znaczy, że wszystko przychodzi nam łatwo. City wygląda tak, jakby wszystkom im przychodziło łatwo, ale przecież w Lidze Mistrzów przegrali z Lyonem, a my wygraliśmy z PSG, która jest drużyną jednak sporo lepszą. No, tak, przyznajmy, City gra z podobną lekkością, ale prawdę mówiąc uważam, że my też tak potrafimy. Rzeczy, wszystkie ważne rzeczy będą rozstrzygać się wiosną, pytanie – jak my wtedy będziemy grali i jak będzie grało City.

No, ale Watford. Łatwo nie jest, nic nie jest łatwo. Przy stanie 0:0 Robertson raczej sfaulował i raczej powinien być karny. Jon Moss w ubiegłym sezonie skrzywdził nas co najmniej raz a może i dwa razy (City – Mane, Tottenham – drugi karny), ale nie wiem, czy to był powód, karnego nie dał. Nie jestem, przyznaję jak na spowiedzi, w najmniejszym stopniu pewien, czy wygralibyśmy ten mecz przegrywając w 55 minucie 0:1.

Skończyło się tak, jak widać, i ten wynik odpowiada przebiegowi meczu. Nasza gra w tym meczu przypominała działanie maszyny oblężniczej, która prędzej czy później przebija mur. Sytuacji było dużo. Drużynie ciągle brakuje ofensywnego oddechu, może po prostu brakuje Keity w takiej formie, na jaką liczymy.

Wszystko przed nami.

Liverpool – Fulham 2:0 czyli punkty zaliczone

Nasi kibice snują tu i ówdzie mrożące krew w żyłach wspomnienia o czarnym listopadzie. Dotyczy to roku 1996 roku, kiedy Liverpool też miał znakomity początek, podobny do obecnego i wracał po dziesięciu latach kary do pucharów euopejskich. Drużyna miała znakomity skład i wszytko wyglądało znakomicie, ale listopad i wyniki z tego miesiąca całkiem złamały sezon.

To są oczywiście czysto spekulatywne analogie, ale choćby po części patrzyłem na ten mecz z tej właśnie perspektywy. Fulham, choć nie wynika to z jego składu ale z jakości gry, jest drużyną wcale nie lepszą od Cardiff (choć ze składu wynika, że powinien być dużo lepszy), nie mniej początek meczu wyglądał groźnie, a Sessegnon powinien strzelić bramkę na 1:0. O takich sytuacjach mówi się, że lepszej mieć nie będzie, co było prawdę w odniesieniu do tego meczu i pewnie paru następnych.

Potem była cała owa złożoność rzeczy związana z pierwszą bramką. Zdaje się, że w parę godzin po meczu nie ma już wątpliwości, że bramka Mitrovica padła ze spalonego – ale znów, przecież jest całkiem jasne, że zostawienie Mitrovicia na spalonym nie było żadnych wyrafinowanym wybiegiem, lecz szczęśliwym przypadkiem (jest interesującym zbiegiem okoliczności, z którego jednak nic mądrego wyprowadzić się nie da, że graliśmy parę dni po fatalnym meczu w Belgradzie z angielską drużyną z Londynu, której główną siłą sprawczą są Serbowie, okazało się jednak, że „wprost przeciwnie”, trener Slavisa Jokanovic jest człowiekiem z kręgu Partizana co może nawet oznaczać, że porażka Lfc ze Zvezdą raczej go martwi niż cieszy, co do Mitrovica to pewnie nie może być inaczej, bo to jest wręcz wychowanek Partizana).

Druga połowa tego meczu też nie była jakimś nadzwyczajnym fajerwerkiem, choć faktem jest że Fulham już wtedy został spacyfikowany. Koniec końców 2:0, kiedyś nazywaliśmy takie wyniki („czyste” to znaczy bez straty bramki wygrane ze słabszymi przeciwnikami) profesjonalnymi. Dzisiaj oczekiwania względem drużyny mocno się zmieniły. Nie znaczy to zapewne, że za każdym mamy wygrywać 6:0, ale powinno znaczyć, że tych momentów niepewności i zagrożenia powinno być jednak mniej. Co najwyżej, zauważmy, w tabeli tych zwątpień za bardzo nie widać – choć w Lidze Mistrzów, a i owszem.

Myślę, że niewątpliwie mamy jakiś taki moment przejściowy, i wkrótce się musi określić, w którą stronę idziemy. Co jest naprawdę przyjazne i dobrego to przede wszystkim to, że nie mamy kontuzji. Co oznacza, że rotacja i szerszy skład przynoszą na razie jawną korzyść.

Crvena Zvezda – Liverpool 2:0 czyli zadra numer dwa

Trudno o coś bardziej beznadziejnego, niż taki mecz.

Przy okazji spotkań ze Zvezdą (jak rzadko, choć nie wiem czemu, w Anglii wszyscy używają nazwy w tłumaczeniu, czyli Red Star, np. nazwy Szachtar nikt nie tłumaczy) przypomniano jedyną poprzednio konfrontację tych drużyn. Miała ona miejsce 45 lat temu, w końcowym okresie pracy w klubie wielkiego Billa Shankly’ego. Wtedy Zvezda wygrała oba mecze 2:1, choć Liverpool był już znakomitą drużyną, w przededniu swojej wielkości. Mecze odbyły się w drugiej rundzie Pucharu Europy. Te mecze zostały potraktowane cokolwiek symbolicznie, jak wyraz wyższości europejskiego sposobu grania w piłkę, od którego Anglicy bardzo wiele się nauczyli i przebudowali swoją filozofię piłkarską. Jak choćby w kwestii przejścia z obrony do ataku czy też w ogóle gry defensywnej. W każdym razie Zvezda zrobiła wtedy w Anglii niejakie wrażenie (pierwszy z tych meczów rozegrano w 3 tygodnie po naszym remisie na Wembley, więc pewnie to samobiczowanie się Anglików było konsekwentnym wyrazem frustracji kibicowskiej).

Ale przecież – tu nie chodziło o te szczególne mecze. Jugosłowiańska piłka stała wtedy bardzo mocno, Crvena Zvezda gromadziła najlepszych piłkarzy kraju, w tym może nawet Chorwatów (rozróżnienie między Chorwatami i Serbami było wtedy starannie ukrywane). Oba wielkie serbskie kluby liczyły się w Europie i potrafiły wygrać nawet Puchar Europy, co polskim klubom nie mogło się zdarzyć.

Ale teraz jest inaczej. Teraz Zvezda gra po raz pierwszy w Lidze Mistrzów, najlepsi piłkarze serbscy grają, tak jak nasi, prędzej w drugiej lidze angielskiej, niż w najlepszym klubie serbskim. Cokolwiek by nie powiedzieć o wielkiej przeszłości Zvezdy i Partizana są to dzisiaj drugorzędne kluby. A porażka z nimi takiego klubu, jak Liverpool, jest w gruncie rzeczy żenującą klęską.

Nie ma co się tłumaczyć, lepiej zapomnieć i szukać rozwiązania na takie mecze, o ile takie mecze się powtórzą. Przy czym, mecz z Napoli też był beznadziejny, ale to jednak trudno porównywać. W przeszłości, zwłaszcza w drugim roku pracy Kloppa takie mecze zdarzały się częściej – gdy drużyna miała posiadanie piłki na poziomie 80 proc. i nie miała żadnego sposobu, żeby chociaż stworzyć okazję na zdobycie bramki.

Klopp nazywa taki sposób grania, jak Zvezdy w tym meczu – sposobem dzikim. Jest tu oczywiście specyficzna przygana, bo wiadomo, że gramy według pewnych schematów a nasi najlepsi przeciwnicy też grają według schematów. To nam i wszystkim upraszcza zadanie. Ale czy to ma oznaczać, że z faktu, że nasz przeciwnik jest mniej profesjonalny i wyrafinowany – to stanowi to jego przewagę?

Zresztą, nie przesadzajmy. Zvezda poprzednio zremisowała z Napoli, więc na pewno ma swoją jakość. Choć oczywiście nigdy bym nie wpadł na to, że mogą z nami wygrać.

W równoległym meczu Napoli zremisowało z PSG. Gdyby Napoli wygrało – sądziłbym, że odpadniemy z Ligi Mistrzów. W tej chwili najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że w ostatnim meczu będziemy potrzebowali wygranej z Napoli różnicą dwóch bramek. Jest to oczywiście realistyczne, ale tylko pod warunkiem, że będziemy grali jednak trochę lepiej, niż gramy teraz.

Arsenal – Liverpool 1:1 czyli uśmiech Salaha

To był bardzo, bardzo dobry mecz, może najlepszy mecz Liverpoolu w tym sezonie, w każdym razie – najlepszy z uwzględnieniem ofensywnego kapitału przeciwnika i jego ogólnie bardzo dobrej formy. Był to na pewno lepszy mecz niż na przykład z City, gdy mówimy o meczach z równorzędnymi drużynami (których to meczów nie gramy znowu aż tak wiele). Jedyny problem tego meczu jest taki, że nie wygraliśmy, pomimo naprawdę znakomitych szans, w każdym razie dużo lepszych od tych, które miał, mimo całego szumu pod naszą bramką, Arsenal.

Przede wszystkim – nieuznana bramka w pierwszej połowie. Faktem jest, że sytuacja do oceny dla sędziego była trudna, ale wydaje mi się, że była ona wyrazem nadmiernego wyrafinowania. Nawet przy spalonym w początkowej fazie akcji pozycja Firmino i Mane nie miała żadnego wpływu na reakcję Mustafiego i bramkarza Leno. A to właśnie – wpływ na reakcję obrońców, czyli innymi słowy oczywistość lub nieoczywistość spalonego powinny być przesłanką interpretacji w sytuacjach jakkolwiek wątpliwych.

Do tego były znakomity sytuacje van Dijka. A tuż przed końcem meczu Salah z prawej strony boiska próbował podać na środek placu, gdzie był tylko Mane. Podanie nie przeszło, choć to była super sytuacja. Arsenal takich sytuacji nie miał.

Ale – w grze naszych piłkarzy było znacznie więcej lekkości które brakuje właściwie od początku sezonu. Swoistym symbolem tego nastroju był prawdziwy, płomienny uśmiech Mohameda Salaha. Oczywiście punktów szkoda, bo wszyscy ważni wygrywają. Ale przed nami jest długi sezon i ważniejsze od tych dwóch punktów jest to, żebyśmy naprawdę zaczęli grać wielką piłkę. Którą grać potrafimy.