Liverpool – Arsenal 5:1 czyli we are going slightly mad

Kiedy odszedł Freddy Mercury – co było szokująco dawno, jak na miejsce którą jego muzyka ma w naszej współczesności – najlepszy okres naszego klubu właśnie się zakończył. Inaczej niż z muzyką Queenów, ten okres wydaje mi się być zamierzchłą przeszłością. Czas w futbolu ma inną dynamikę. Poza tym – nawet my, najbardziej oddani fani Liverpoolu – tych czasów nie pamiętamy, bo w tamtych czasach nikt jeszcze nie transmitował ligi angielskiej (która nie była jeszcze Premier League, ale to drobiazg). W pucharach europejskich nasz klub za karę nie grał aż do 1996 roku, więc z polskiego punktu widzenia Liverpool był nazwą z gazety.

Potem właściwie było po naszej stronie na ogół cierpienie. Dwie próby wygrania mistrzostwa, w 2009 i 2014 roku, opierały się, dzisiaj tak chyba trzeba to określić, na raczej sprzyjającym zbiegu okoliczności, nie zaś na prawdziwej sile klubu i drużyny, tak, jak to było w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Sukcesy, owszem, zdarzały się, łącznie z wygraniem Ligi Mistrzów, ale tak naprawdę logiczne wydawało się pytanie – na czym właściwie opieramy to nasze notoryczne przekonanie o naszej wielkości.Może jako klub – lokujemy się już gdzieś indziej, niż City, United, Arsenal czy Chelsea.

W związku z tym nie bardzo potrafiłem nawet wyobrazić sobie, jak może wyglądać nasz sukces, zwłaszcza ligowy, taki oparty na powtarzalności, konsekwencji, sile ławki, koncepcji in sile finansowej klubu. Prawdę mówiąc w szanse na powrót do wielkości uznałem za realistyczne dopiero wtedy klub zdecydował się kupić van Dijka za 75 milionów euro. Konfiguracja była specyficzna, ponieważ były pieniądze za Coutinho. Natomiast absolutnie nie byłem w stanie przewidzieć, że kupimy bramkarza za 60 milionów.

Ale i tak, tegoroczna gra Liverpoolu przekracza nasze wyobrażenia. Także dlatego, że w poprzednim sezonie, który uważaliśmy za bardzo dobry, graliśmy gak zupełnie inaczej, niż teraz. Mecz z Arsenalem jest tu bardzo typowy – nasza przewaga nie wynika z bardzo wyrafinowanej gry, ale z niezwykłej wprost, fizycznej presji wywieranej na przeciwniku. Oczywiście jest tu jakiś system, są wybitni piłkarze, ale to, co jest, zwłaszcza w meczach na Anfield przede wszstkimi, to jest przede wszystkim niezwykła wprost intensywność gry.

Czy będziemy mistrzami – oczywiście nie wiadomo, City pomimo ostatnich kłopotów jest drużyną niezwykle silną. Natomiast pewne jest, że z tym składem, tym coachem jesteśmy w stanie być czołową drużyną Europy w bliżej nieokreślonej przyszłości. A to może jest ze wszystkich atrakcji dostępnych kibicom klubu – atrakcja największa.

Liverpool – Swansea 5:0 czyli analiza drobiazgowa albo czepianie się

Wynik jest taki, że trudno się przyczepić, w drugiej połowie Swansea została dosłownie rozjechana. Jest to słaba drużyna, ale jednak pierwszoligowa. Zastanawiam się, jak ten mądrala Huw Jenkins z nowymi właścicielami chcieliby utrzymać tą drużynę w lidze, sprzedając najlepszych piłkarzy i nie kupując choćby podobnie dobrych, jak kiedyś. (Najbardziej przewrotnym paradoksem było sprzedanie Llorente do Tottenhamu, w sytuacji, gdy Llorente gra tam absolutne ogony – widać taka jest ocena miejsca w porządku klubu Swansea ze strony dobrych i bardzo dobrych piłkarzy. Sigurdsson, choć był gwiazdą pierwszej wielkości i tak zrobił absolutnie wszystko, żeby stamtąd uciec, kiedy tylko pojawiła się jakakolwiek oferta z lepszego klubu).
Nie wiem też, z jakiego powodu tak ambitny, a może po prostu napalony na karierę samodzielnego coacha człowiek jak Paul Clement zdecydował się prowadzić tę drużynę, będąc od początku skazany na pożarcie czyli zwolnienie.
Więc tu nie ma co się zachwycać, tu nawet Ox błyszczy jak wybitny piłkarz.
Natomiast pierwsza połowa moim zdaniem ujawniła te wszystkie problemy, których tak dramatycznych wyrazem był mecz z West Bromem, to znaczy kompletną, zupełną nieumiejętność rozbijania zasklepionej obrony.
Tu różnicę stanowił gol Coutinho, ale to w sumie zawsze jest trochę przypadek, że mu piłka tak naszła na nogę. To był bardzo mocny strzał, nawet jak na Coutinho. Natomiast potem, przez całą pierwszą połowę właściwie nie było żadnych sytuacji a gra się nie kleiła. I oczywiście piłkarze Swansea, choć raczej słabi, nawet podchodzili pod naszą bramkę.
Nie jestem pewien czy jest tu jedna metoda na drużyny, który głównym celem jest nie stracenie bramki. Na pewno główną koncepcję jest cierpliwość w rozgrywaniu piłki. Ale to może nie wystarczyć. Innymi pomysłem jest jednak wrzucanie piłki na środkowego napastnika. My mamy na to za małych piłkarzy, to znaczy w rzeczywistości pojedynek na wysokości może wygrać tylko Can, no i może Solanke. To jednak wrzucanie piłki pod bramkarza ma tę zaletę, że uwalnia miejsce przed polem karnym. To z kolei przydałoby się mieć co najmniej trzech piłkarzy, którzy potrafił strzelać bramki z daleka. Oprócz Coutinho potrafią to robić Can i Henderson, ale strzelają za rzadko. W każdym razie wjeżdżanie do bramki co jest ulubionym systemem gry naszych piłkarzy, sprawdza się na wyjazdach, ale nie w meczach z Westbromami na Anfield.
Już w meczu z Leicester trzeba będzie powrócić do bardziej wyrafinowanych wariantów, tym bardziej, że jest to drużyna bardz sprawnie i szybko atakująca. Taka gra, jak ze Swansea z Leicester z pewnością nie wystarczy. Wynik ze Swansea o tyle nie mówi nic, że pod drugiej bramce nasi piłkarze są w stanie każdej drużynie strzelić sporo bramek.

Wolverhampton Wanderers – Liverpool 0:2 czyli superprofesjonalizm

Można się oczywiście zastanawiać nad tym, który mecz w tym zadziwiającym sezonie naszej drużyny uznamy za najlepszy. Mecze są nieporównywalne – z uwagi na przeciwnika, stawkę czy sam przebieg meczu.Jestem jednak przekonany, że pod względem takiej właściwości, którą nazywamy profesjonalizmem, ten mecz należałoby uznać za najlepszy.

Nie ma definicji profesjonalizmu ani w piłce nożnej ani nigdzie. Ja bym zdefiniował profesjonalizm jako umiejętność dążenia do założonego celu w najbardziej z możliwych kontrolowany sposób.

W piłce nożnej oczywiście profesjonalizm jako zjawisko doznaje pewnych ograniczeń. Drużyny grają w tej samej lidze co z definicji oznacza, że drużyny są dobierane pod najbardziej możliwie zbliżonym do siebie poziomem. Dodajmy do tego, że Wolves to bardzo dobra jak na beniaminka drużyna. Czy też w ogóle, drużyna wręcz na swój sposób wyrafinowana, tak, jak to bywa w przypadku drużyn prowadzonych przez portugalskich menedżerów (czy to nie zdumiewające jak ten nieduży naród dostarcza tak wielu trenerów piłkarskich dużej klasy?).

Więc zazwyczaj mecz taki nie może polegać na tym, że gra tylko jedna strona a druga nie ma nic do powiedzenia. Owszem, Wolves mieli sytuacje bramkowe na początku meczu. Analiza sytuacji bramkowych naszych przeciwników także jednak pokazuje, jak wyrafinowana jest gra defensywna naszej drużyny w tym roku. Przeciwnicy, jeżeli dochodzą do strzału, to dzieje się do mniej więcej na wysokości linii szesnastki. A do tego – w bramce jest Alisson Becker.

Naprawdę, nie sposób jest przecenić roli wybitnego bramkarza, czyli takiego, do którego drużyna ma zaufanie. Mnie się wydaje, że wiara w bramkarza bardzo mocno rzutuje na mentalne nastawienie obrońców. Otóż przy słabym bramkarzu (czy powiedzmy, dość słabym, czyli niepewnym, czyli takim, jakiego mieliśmy przed Beckerem) obrońca stara się nie dopuścić do jakiegkolwiek strzału na bramkę, bo każdy strzał stanowi zagrożenie. Jest to zadanie o wiele trudniejsze, niż ograniczenie pola strzału, co ma sens ale dopiero wtedy, gdy wierzy się w bramkarza. Nie ma zaś takie możliwości, by napastnik dobrej drużyny (takiej choćby jak Wolverhamption) nie stworzył sobie żadnej sytuacji. Obrona jednak w większym stopniu może sprowadza się do utrudnienia dostępu do odbrej pozycji bramkowej, niż – do blokowania wszystkich strzałów w ogólności.

Moim zdaniem to jest jeden z kluczy do tak radykalnej zmiany naszego sposobu grania w tym sezonie. Rzecz cała opiera się na tajnym porozumieniu van Dijka z Beckerem. Oni, obrońcy wiedzą, że pewien rodzaj strzału Becker zawsze obroni, dlatego nie muszą dać się pozabijać, żeby nie dopuścić do jakiegkolwiek strzału.

Tego rodzaju detale jednak składają się ostatecznie na profesjonalizm.

Liverpool – Manchester United 3:1 czyli właściwie do jednej bramki

Wygranie z United zawsze jest w porządku i przyjmujemy te dary Boże z szacunkiem i radością. Nie mniej, tak beznadziejnego United nie ograliśmy chyba nigdy dotąd. Wynik zaciemnia tę ciemną dla United rzeczywistość. Szczegółowo rzecz ujmując zaciemnienie wynika z bramki wpuszczonej z winy Alissona i znacznej liczby niewykorzystanych przez Liverpool sytuacji.

Strzałów łącznie oddaliśmy trzydzieścikilka, lecz dopiero wejście na boisko Shaqiriego załatwiło sprawę. Dziwny mecz. Wydaje się, że jego przebieg w najzupełniej skarjny sposób potwierdza, do jakiego poziomu rozregulowania doprowadził tę drużynę Jose Mourinho. Przez ponad dwa lata zajmował się on głównie wygłaszaniem pochwał samego siebie. Moim zdaniem, jest to cecha po prostu i zwyczajnie psychopatyczna – nikt naprawdę przekonany o swojej jakości tak się z nią nie obnosi.

Oczywiście United zatrudniając Mourinho miał prawo wierzyć, że to jest wybitny coach, choć można było już mieć wątpliwości. Polegają one na tym, że Mourinho nie tworzy trwałych wartości piłkarskich. Tworzy drużyny na jeden sezon. Kiedyś, kilkanaście lat temu, może było inaczej. Ale nie było już tak w Realu (choć tam nikt nie wymaga tworzenia wartości na dłużej), nie było tak w Chelsea, gdzie po zdobyciu mistrzostwa w kolejnym sezonie był głęboki dół. Zaś w United od początku cała rola Mourinho sprowadzała się do kupowania coraz droższych piłkarzy, tak drogich, że nawet City ich nie kupowało. Moim zdaniem to jest koniec Mourinho, zasłużony koniec z powodu arogancji i kompletnego odrzucenia dystansu do siebie i zaniechania wszelkiego rozwoju zawodowego.

Liverpool – Napoli 1:0 czyli historia nowego życia

Ten sezon jest paradoksalny. W lidze gramy jak nigdy dotąd, aż wreszcie zostaliśmy liderem Jest w tej grze mnóstwo wyrafinowania i pewności siebie. Jednocześnie – tytuł, to odległa sprawa, więc wiadomo, niczego nie wygraliśmy.

Natomiast w Lidze Mistrzów, która żywiła nasze największe emocje w ubiegłym roku, znaleźliśmy nad przepaścią. Co więcej, przegraliśmy trzy wyjazdowe mecze, grając beznadziejnie. Gdybyśmy odpadli z Ligi Mistrzów w rozgrywkach grupowych – naprawdę nie bardzo wiem, jak, bez względu na wynik w lidze, moglibyśmy ten sezon uważać za bardzo dobry.

Mecz był na swój sposób niesamowity. Początkowo wyglądało na to, że mecz będzie wyrównany, bo Napoli atakowało i miało sytuacje. Ale po 15 minutach, niemal do końca meczu, przewaga Liverpoolu była wręcz przygniatająca. Znajdowało to wyraz zwłaszcza w notorycznym odbieraniu piłki zanim Napoli doszło z nią do linii połowy boiska.

Do tego – swoje dołożyła trochę absurdalna struktura skutków poszczególnych wyników. Z punktu widzenia Napoli bowiem między wynikiem 0:1 i 0:2 nie było zupełnie żadnej różnicy, ponieważ w każdym przypadku chodziło o jedną bramkę. czyli do wyniku 3:0 dla Liverpoolu Napoli miało o co grać.

Inna rzecz, że w drugiej połowie zwłaszcza sam Mane mógł zdobyć trzy bramki. Taka rozrzutność w innym meczu może mieć katastrofalne następstwa. W tym meczu także mogła mieć -Milik miał rewelacyjną szansę w przedostatniej minucie meczu. Gdyby Napoli miało z tego powodu nas wyrzucić z Ligi Mistrzów – byłaby to skarjna niesprawiedliwość, na pograniczu logicznego bezsensu.

Alisson Becker obronił tę piłkę. Ja, tak jak inni, zachwycam się naszym bramkarzem, choć w tym przypadku obrona była w pełni instynktowna. Natomiast pewność jaką dał Becker drużynie jest o wiele ważniejsza niż jedna czy druga interwencja.

W pewnym stopniu jednak mamy sprzejającą Opatrzność za sobą. Bramki w końcówce z Chelsea i Everton i teraz – ta obrona Beckera przy strzale Milika. Gdyby te przypadki ułożyły się cokolwiek inaczej, nie bylibyśmy tam gdzie jesteśmy.

A gdzie jesteśmy? No właśnie, jesteśmy w takim niezwykłym punkcie sezonu, że możemy wyygrać wszystko, wszystko, wszystko.