AFC Bournemouth – Liverpool 0:4 czyli my, kibice Chelsea

Od pewnego momentu tego meczu cała nasza uwaga przeniosła się na wieczorny mecz Chelsea z City. Prawdę mówiąc, nikt nie wierzy, nawet nasi kibice w to, że można wygrać mistrzostwo przy aktualnym standardzie gry City. Cała nikła nadzieja w tym jest, że to się kiedyś skończy. Ostatni mecz z Watfordem można chyba oceniać, jako trochę słabszy, ale sami nie wiemy, czy takie myślenie, to nie po prostu przekaz naszej nadziei, bo oczywiście w duszy głębi każdy w naszym liverpoolskim świecie taką nadzieję ma.

Jest to o tyle interesujący paradoks, że na ogół uważamy Chelsea (czyli Chelsky jak mówią nasi kibice) za twór sztuczny i plastikowy. W przeciwieństwie do nas, Liverpoolu 🙂 Chodzi oczywiście o to, że jest to drużyna stworzona na kredyt, za rosyjskiej pieniądze, bez legendy i tradycji. Czyli z plastiku. Więc nie lubimy Chelsea, choć prawdę mówiąc, ostatnio chyba nie lubimy jeszcze bardziej Manchesteru City, bo do Chelsea, jako stałego przeciwnika, zdążyliśmy się przez tych 15 lat Abramowicza już chyba przyzwyczaić. Natomiast City uważamy za drużynę tak samo plastikową, a do tego, w pewnym sensie nuworysza.

Obie teorie mogły powstać tak naprawdę jedynie tu, w Liverpoolu, w Mersyside. Prawdę mówiąc, oba plastikowe kluby naszych wielkich przeciwników mają całkiem niezłą historię sprzed ich przejęcia przez nadzianych benefaktorów. Z drugiej zaś strony, nie sposób zaprzeczyć, że nasz klub w ostatnich latach potrafi wydawać pieniądze niewiele gorzej, niż oni. Nie to, żebym się całkiem odcinął od tworzenia klubów-zabawek, z uwzględnieniem całej dwuznaczności jaka stoi za pieniędzmi rosyjskimi czy arabskimi, nie mniej sport, a zwłaszcza piłka nożna, jest trudnym miejscem do moralizowania.

Sam mecz z Bournemouth skończył się bardzo przekonującym wynikiem, ale ten mecz, jak wiele innych, można rozebrać na szczegóły w sposób przewrotny. Nasz pierwszy gol padł po spalonym. Bournemouth atakowało rzadko, ale groźnie. Pamiętam niedawne mecze United i Arsenalu na tym boisku, oba przegrane przez gospodarzy w ostatniej chwili, bo walce i raczej pechowo.

Najważniejszym znamieniem tego meczu były nie tyle bramki co gra Salaha. W poprzednim sezonie Salah strzelał takie właśnie bramki. W tłoku, w biegu, przez nogę. Nic na siłę. Do takich bramek trzeba mieć mnóstwo spokoju i self-confidence. Salah wygląda trochę, jakby był był trochę zły i niezadowolony. On pewnie jest niezadowolony z tego ciągłego niespełnienia, które on czuje w powietrzu. To pytanie – dlaczego nie gram tak samo i samo spełniająca się przepowiednia. I te próby trochę innego grania, górą, na siłę. Właściwie trudno powiedzieć.

Nie wiem, czy to był już „ten” Salah. Ale na pewno bardzo podobny.

Burnley – Liverpool 1:3 czyli Bóg kocha lepszych

Burnley jako klub pisze swoją specyficzną historię. Drużyna gra siłowy, prosty futbol, co jest prawdopodobnie najbardziej logiczną koncepcją na przetrwanie w lidze, jeżeli nie ma się odpowiednio dużo pieniędzy. Burnley jest bodaj czwarty sezon w rzędu w pierwszej lidze, w poprzednim sezonie zajmując siódmne miejsce bezpośrednio za hermetyczną szóstką. Nie mniej, pomimo tego sukcesu i pomimo paru lat na wymyślenie czegoś ciekawszego Dyche gra, tak jak dawniej. Z tym, że przy tym stylu gry liczy bardzo na wiarę i entuzjazm lub też poświęcenie piłkarzy. Są to cechy piłkarzy aspirujących do wielkiego futbolu, z czasem właściwości te zanikają. To jest prawdopodobnie istota obecnych problemów Burnley. Okazało się bowiem, że obecnie jest to jedna z wyraźnie najsłabszych drużyn w lidze. Moim zdaniem, Burnley spadnie z ligi w tym roku czego zresztą nikt, poza lokalnymi fanami, specjalnie nie będzie żałował.

Jest to, innymi słowy, drużyna z przeciwnego bieguna, w stosunku do Liverpoolu, dodajmy – drużyna, która zawsze sprawiała nam mnóstwo problemów, głównie z powodu umiejętności fizycznego zablokowania dostępu do bramki.

Choś czasy się zmieniły na naszą korzyść – pierwszą połowę rozegraliśmy leniwie, a w drugiej dostaliśmym bramkę (raczej niesłusznie uznaną, bo Alisson miał obie ręce na piłce w momencie gdy Cork bodaj mu ją wybił). Nie można powiedzieć, że wygranie tego meczu wymagało od nas wielkiego wyrafinowania, prawdą jest natomiast, że każde wygranie meczu na wyjeździe nie jest proste. A już zwałszcza, gdy prześpi się pół meczu i przegrywa 0:1.

W naszym eleganckim bilansie tego roku, w którym jak dotąd są tylko remisy z bardzo mocnymi drużynami, nawet remis z Burnley wyglądałby źle. Ażeby do remisu nie doszło, trzeba było jednak znów trochę szczęścia i super-parady Alissona w prawie ostatniej minucie meczu. Wynik 3:1 nie mówi więc prawdy o tym meczu, bo ostatni gol, padł w ostatniej akcji, właśnie po tej superparadzie. W tej akcji szczególnie zasłużył się Daniel Sturridge, który zagrał piłkę tak subtelną, jakby całe życie był asystentem i podającym, nie zaś egzekutorem czyli snajperem.

Znów, tak jak po Huddersfield, trudno się za mocno czepiać piłkarzy, którzy wygrali mecz. Takie mecze można interpretować zarówno jak ofiarę sprzyjających nam futbolowych Bogów, jak i – jako wyraz wyrafinowania, o którym zawsze marzyliśmy: wygrywać wtedy, kiedy potrzeba, tak, jak potrzeba, bez względu na okoliczności i styl.

Idziemy, czyli jedziemy dalej.

Liverpool – Everton 1:0 czyli pomocna dłoń Pickforda

Everton jest mocną drużyną, właściwie można powiedzieć – co jest niezłym paradoksem – że Everton jest skazany na 7 miesjce, chyba, że United będzie pogrążał się jeszcze bardziej. Paradoks jest w tym, że pierwsza szóstka w tym roku wygląda na jeszcze bardziej zamkniętą, niż zwykle. W tym roku Everton kupił sporo naprawdę dobrych piłkarzy, przy czym najlepszy z nich, Andre Gomez, jest tylko wypożyczony.

Co by nie powiedzieć, Everton gra ostatnio bardzo dobrze, a my gramy tak zwaną dojrzałą’ piłkę. Czyli inną niż w zeszłym roku, kiedy to nierzadko graliśmy futbol określany przez Kloppa jako dziki. Ale i w tym meczu sytuacji mieliśmy dużo, tylko, że jak to często w tym roku, nie strzelaliśmy bramek.

Tym razem było niemal pewne, że wskutek tej to pasywności stracimy punkt. Bramka w ostatniej minucie padła wskutek dezorientacji Jordana Pickforda. Jest to generlanie bardzo dobry bramkarz, lepszy, niż się kiedyś wydawało. Pickford właściwie zatrzymał piłkę w boisku w ostatniej akcji meczu. Poza tym, nic nadzwyczajnego w tym meczu się nie zdarzyło. Natomiast samo wygranie kolejnego meczu, nawet w takich przypadkowych okolicznościach, jest doniosłym zdarzeniem. Everton miał jedną sytuację w meczu, my co najmniej pięć i to jest najbardziej syntetyczny opis i tego meczu i sposobu naszego grania w tym sezonie.