Liverpool – Leicester 1:1 czyli męki styczniowej tradycja

Jak już nie raz tu mówiłem, styczeń jest absolutnie najgorszy miesiącem dla naszej drużyny od momentu przyjścia Kloppa. Nie pomagają wiele (a może szkodzą) śródzimowe wyjazdy, które zapewnia sprytne odpadnięcie z Pucharu Anglii. Ba, na razie nie pomaga sam fakt naszej wiedzy o tym fenomenie, jakim jest zimowa ospałość naszych piłkarzy.
Ja patrzę na to już z taką obawą, że gdy zdobywamy w drugiej minucie pierwszą bramkę, tak jak tym razem, myślę sobie „o niedobrze”. Co właściwie jest w tym „niedobrze”? Moim zdaniem to, że normalnie rzecz biorąc, zwłaszcza z przyzwoitymi drużynami jak Leicester (naprawdę mocny skład) bramki w pierwszych minutach zdobywa się raczej przypadkiem a nie dlatego, że jest się takim dobrym. Do tego ten śnieg i ta nawierzchnia, naprawdę trudno uwierzyć, że to wszystko się dzieje w sposób zaplanowany. I tak niestety było tym razem. Po tym początku właściwie niewiele co nam wychodziło, lub też – wszystko było lekko sztuczne i nienaturalne. Cały ten mecz był jakoś nienaturalny, łącznie z naszymi błędami w obronie, w tym nawet błędami Alissona. Łącznie z Hendersonem na prawej obronie, wobec naszego kryzysu prawoobrończego (kontuzje Gomeza i Trenta).
Nie zrzucam wszystkiego na warunki, porę roku, ale mam bardzo jasne przekonanie, że to nie był prawdziwy Liverpool. Ostatecznie ten mecz można było nawet przegrać, przy sytuacjach jakie miał Madisson zwłaszcza. Niestety, nasza przewaga nad City wskutek tego topnieje błyskawicznie.

Liverpool – Crystal Palace 4:3 czyli subtelne uczucie niepewności

W sumie mało kto bierze od uwagę, że w futbolu bezpośrednio konfrontują się drużyny z bardzo podobnego poziomu. Mają w sumie dość podobne budżety, podobne metody pracy (ponieważ są one ogólnie znane). Co więcej, fizyczność tej gry, nie tylko w Anglii ale w ogóle, wprowadziła specyficznych wspólny mianownik w postaci czysto fizycznych parametrów, takich jak siła, szybkość, sprawność, które są ogólnie dostępne i które kluby z tego samego poziomu są w stanie sobie kupić.
Wszystko to oznacza, że przewaga jednych na drugimi przeniosła się do sfery subtelności. Indywidualności poszczególny graczy, innowacyjności coacha lub wręcz – dyspozycji dnia. Teoretycznie każdy uważam, że Liverpool jest „dużo” lepszą drużyną od Palace. W praktyce każdy taki mecz wymaga bardzo wiele wysiłku, żeby go wygrać.
Tym bardziej, w styczniu, bo w styczniu wszystko jest dla nas bardzo trudne.
Nasza obrona w tym meczu była rozregulowana, jak nigdy. Był to z perspektywy gry obronnej najgorszy mecz w sezonie. I tu znów trafiamy na subtelności. Nasz superhero, James Milner, z powodu kontuzji i Trenta i Gomeza grał na prawej obronie. A po drugiej stronie – Zaha. Straszliwa konfrontacja, prawdę mówiąc Zacha wdpetał Milnera w ziemię a na koniec Milner dostał czerowną kartkę. Było to przy stanie 3:2.
Końcówka meczu była dramatyczna, właściwie do ostatniej chwili. Nie pomogła bramka na 4:2 Mane, bo Palace szybko odbił na 4:3. W ostatniej akcji meczu Camacho, który nie wiem czy zagrał już jakiś mecz ligowy, ale na pewno zagrał ich bardzo niewiele, był w pojedynku z Zahą w polu karnym. Camacho zabrał mu piłkę i widać było po tej akcji wściekłość Zahy, bo on wiedział to, co i my wiedzieliśmy – że remis 4:4 był tu bardzo realistyczną opcją.
Przedtem, nawiasem mówiąc, dwie bramki pomógł nam zdobyć nieszczęsny Speroni, bramkarz Palace, który, z drugiej strony nabronił parę niezwykle trudnych strzałów. Z bramkarzami niestety tak jest bardzo często, że jak mają życiowy mecz to w końcu puszczą coś głupiego.
Dobrze, że ten mecz jest za nami.

Brighton Albion & Hove – Liverpool 0:1 czyli przyjmijmy te dary Boże

Nikt tego meczu pamiętać nie będzie już za miesiące, nie mówiąc – że za rok. Styczeń nie jest dla nas zbyt łaskawym miesiącem, choć ostatniego meczu z Wolves w Pucharze bym do tego nie mieszał, bo to jednak trochę tak wyglądało, jakbyśmy ten Puchar odpuścili. Klopp oczywiście zapiera się, że to nieprawda, ale fakty mówią więcej. I nie mam o to żalu.
Tym razem graliśmy w pełnym składzie i z pełnym zaangażowaniem, z drużyną, która w ostatnich tygodniach jest dziwnie słaba, choć na początku sezonu można było odnieść wrażenie, że Brighton jest czymś w rodzaju jednej z niewielu drużyn środka tabeli. Sytuacji mieliśmy w tym meczu mnóstwo, głównym orężem w grze z takimi drużynami jest bieganie. Mistrzem nad mistrzami są tu nasi boczni obrońcy, a zwłaszcza tym razem Robertson. Kupienie i ulepienie tego piłkarza, to jeden z największych obiektywnie sukcesów Kloppa.
Ale, żeby ten mecz wygrać, nie wystarczyły sytuacje bramkowe, trzeba było karnego. I to w fazie meczu, kiedy zdobycie regularnej bramki nie było już rzeczą całkiem oczywistą. Styczeń bowiem nie jest miesiącem, gdy gra się nam lekko. Zawsze zastanawiam się, czy Klopp i jego fizjologowie, nauczeni na lidze niemieckiej, po prostu nie mają do końca opanowanego fizycznego przygotowania w tym okresie, w którym w Niemczech w piłkę się nie gra. A może, gra przez cały okres zimy (choć co to za zima) w ogóle jest sprzeczna z naturą człowieka, choćby nawet był on piłkarzem? Kto wie.Ten okres, styczeń, to jest tradycyjnie jeden z absolutnie najgorszych okresów drużyny od czasu przyjścia Kloppa. Wygląda to trochę tak, jakby sztab medyczno-fizjologiczny Kloppa nie był w stanie uporać się z problemem braku przerwy zimowej, która była zawsze w cyklu niemieckich drużyn, które prowadził Klopp. Te pierwsze dwa miesiące roku przed dwoma laty (2017) wykluczyły nas z gry o mistrzostwo, choć na koniec roku byliśmy na pierwszym miejscu (po wygranej z City). Klopp przy każdej dłuższej przerwie, zwłaszcza, że notorycznie odpadamy z Pucharu Ligi, zabiera drużynę na tygodniowe wyjazdy do ciepłych krajów. Mam wrażenie, że po takich wyjazdach, co najmniej w pierwszym meczu, drużyna gra słabo, jest jakby rozregulowana. Sens takich wyjazdów prawdopodobnie polega na tym, że wydłuża się okres wysokiej wydolności w późniejszych miesiącach sezonu, ale na początku tego nie widać.
Mecz z Brighton właśnie taki był, tępy i ciężkawy. Tym bardziej, że jest to prawdopodobnie jedna z najgorszy (najgorsza zaraz po Huddersfield) drużyna w lidze, drużyna w oczywistym kryzysie. Wygranie z taką drużyną za pomocą rzutu karnego nie jest naszym największym osiągnięciem. W świetle jednak tego tradycyjnego kryzysu środka zimy bierzemy te dary Boże z godnością i przyjaźnią i idziemy dalej.

Brighton Albion & Hove – Liverpool 0:1 czyli wyrafinowanie jako alibi

Klopp, nie wiedzieć czemu, bardzo długo bronił się przed wstawieniem Fabinho na stopera, najwyraźniej sądzą, że ma dla niego ciekawsze zadania. Tymczasem jedynym całkiem wiarygodnym partnerem van Dijka stał się Gomez. Zwłaszcza w ważnych meczach bardzo trudno polegać na Lovrenie. Dopiero kontuzje trzech środkowych obrońców skłoniło Kloppa do skorzystania z Fabinho w meczu z Brighton. Prawdę mówiąc, gdyby Fabinho grał z City to byśmy tego meczu nie przegrali.

Brighton to całkiem szczególna drużyna. Gdy zamknąć oczy, trudno sobie przypomnieć choćby jednego bardzo dobrego piłkarza. (Plotki o tym, że Gross ma przejść do nas oparte były na prostym skojarzeniu, że tu Niemiec i tu Niemiec). Ale gdy otworzyć oczy to można zobaczyć jedną z najsolidniej prowadzonych drużyn w lidze.

Dlatego, w naszym raczej chwiejnym stanie psychicznym, to był mecz przede wszystkim w obronie, chodziło o to, przede wszyskim żeby nie stracić bramki. Dlatego gra obrońców, a zwłaszcza gra w powietrzu była tak niezwykle ważna.

Bramka wprawdzie z karnego, ale powinniśmy prowadzić sporo wcześniej. W takich meczach (może wszystkich meczach) zdobycie wcześnie bramki jest najlepszych rozwiązaniem problemów. Po zdobyciu bramki atakować było łatwiej, ale tu jednak decydowała ostrożność. Jest to podejście niezwykle charakterystyczne dla tego stylu, którym teraz gramy. Jest styl który z całą pewnością można nazwać wyrachowanym. Do tego stylu trzeba też mieć trochę szczęścia, ponieważ grając z drużynami z tej samej klasy rozgrywkowej trudno sobie wyobrazić, by nasz przeciwnik nie miał sytuacji bramkowych. Więc ja, prawdę mówiąc, w takie wyrafinowanie do końca nie wierzę. Gdyby był taki wybór lepiej byłoby w każdym meczu z taką drużyną jak Brighton strzelić 3 bramki w ciągu pierwszego kwadransa.

Manchester City – Liverpool 2:1 czyli słupki i odwaga

Od strony statystycznej mecz był idealnie równy, co jest zgodne ze wszystkimi innmi wskaźnikami, skoro był to naważniejszy mecz sezonu, dwóch drużyn, które górują nad całą resztą. W sensie bardziej metafizycznym wynik meczu ukształtowany został przez dwa słupki tej samej bramki: w obu przypadkach słupek był przeciwko nam. Koniec końców nic się nie stało, to nie jest żadne niiepowodzenie.

A jednak… Jednak szkoda. Moment był unikalny do tego, by ten mecz wygrać i po jego zakończeniu mieć 10 punktów przewagi. Łatwo się mówi, z przebiegu meczu nawet nie sposób rozważać, czy nastawienie taktyczne nie było jednak zbyt pasywne. Klopp jak my wszyscy ma ważne powody, by z City nie szaleć. Nie mniej mam bardzo mocne wrażenie, że zwłaszcza Mane gra zbyt pasywnie w całym sezonie. Za rzadko wchodzi w grę jeden na jeden, za rzadko też uwalnia się na wolne pozycje. Oczywiście cała drużyna gra bardziej defensywnie i ostrożnie. Ale sądzę, że w grze ofensywnej jednak brakuje trochę odwagi.

Decydujący dla wyniku meczu był moment zaraz po wyrównaniu wyniku, wtey należało zaatakować. Ale za równie ważny uznać można błąd Lovrena. My niby wszyscy wiemy, że Lovren jest poniżej jakości gry pozostałych piłkarzy. Ale zostawienie takiej przestrzeni Aguero jest błędem krytycznym. Zwłaszcza, gdy dzieje się to na chwilę przed końcem pierwszej połowy.

To jest właśnie ta suma przypadków, która określiła wynik tego meczu. Szkoda, nie ma co mówić.Nasz sezon zasługiwał na lepszy wynik.