Fulham – Liverpool 1:2 czyli męka poobiednia

Z punktu widzenia rzetelności współzawodnictwa o mistrzostwo udział w rozgrywkach takich drużyn jak Fulham czy Huddersfield jest szkodliwy i jest poważnym zagrożeniem. Z tymi drużynami bowiem trzeba wygrać jak też wstyd nie wygrać. Wygrywają z nimi wszyscy i one na pewno spadną z ligi.
Z drugiej strony – z nikim nie jest łatwo wygrać, nie tylko w Anglii. Piłkarze zawodowi na tym poziomie są silni i sprawni, nawet, jeżeli słabo grają w piłkę.
Z Fulham problem jest w tym jeszcze, że w tej akurat drużynie jest bardzo dużo dobrych piłkarzy, i prawdę mówiąc, nie bardzo wiadomo, dlaczego oni spadną z ligi. Prawdopodobnie coś przekombinowali jeżeli chodzi o charakterystykę drużyny – ale co, naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć.
No a my, po meczu z Bayernem, naprawdę meczu znakomitym i być może, w pewnym sensie przełomowym dla naszej wiary w samych siebie.
Bardzo ciężko gra się takie mecze, w takich meczach z definicji mnóstwo rzeczy po prostu nie wychodzi. Nie wychodzi i już.
Tak złej kombinacji, jak ta akcja trójkowa Milner-van Dijk-Alisson, nie zagrali oni ani razu w sezonie, a tym razem, umożliwili naszemu byłemu superniespełnionemu talentowi, pomarańczowemu na głowie Ryanowi Babelowi zdobycie bramki na 1:1. Babel znalazł się zresztą z godnością i pamięcią, pewnie w Liverpoolu nie było mu źle, bo po zdobyciu gola wyłączył odruch demonstrowania radości. Było to bardzo przyzwoite zachowanie.
Koniec końców był karny i na szczęści mecz się skończył. Właściwie nie można mieć do piłkarzy żalu, że takie mecze wygrywają ostatnim tchnieniem chęci i woli.

Bayern – Liverpool 1:3 czyli supermecz

To był najlepszy mecz sezonie, który przyszedł w najlepszym, lekko lub nielekko dołującym momencie, bo dwóch ociężałych remisach z United i Evertonem. Nie miałem żadnym oczekiwań z tym meczem związanych, więcej nawet bowiem w momencie gdy Matip wyrównał samobójczym golem, uważałem, że nas po prostu dopadną. Było to typowo kibicowskie myślenie „na zaś”, przesądne i pesymistyczne, bo przecież cała pierwsza połowa też była dla nas a nie dla nich.
Kontekst tego meczu wyjazdowego z bardzo dobrą drużyną był bardzo trudny – nie graliśmy dobrego meczu na wyjeździe z drużyną tej klasy od wrześniowego meczu z Tottenhamem. Po drodze graliśmy mecze beznadziejne, w tym wszystkie grupowe mecze w lidze mistrzów, łącznie z Crveną Zvezdą, były beznadziejne. Tym razem jednak set up myślowy drużyny uległ zupełnej zmianie. To jest bardzo ciekawe, to w sumie cecha bardzo dojrzałych drużyn, którą chyba jeszcze nie jesteśmy (albo – nie tak bardzo jesteśmy) – że ów setup myślowych dostosowuje się dokładnie do tego, co z punktu widzenia wyniku jest w danymi momencie wymagane. Tak przykładowo było w ostatnim meczu grupowym z Napoli, w którym to meczu, można odnieść wrażenie, wcale nie chcieliśmy wygrać więcej niż 1:0. Bo 1:0 było potrzebne.
Oczywiście, prawda o związku takiego podejścia z końcowym wynikiem jest jedynie prawdą statystyczną, w poszczególnych przypadkach można się na tym podejściu przejechać, gdy rachunek prawdopodobieństwa zwróci się przeciwko nam, w tym ułamkowym procencie, w którym zawsze jest to możliwe. Ta mogło być z Napoli przy ostatniej sytuacji Milika (która była trudna i dobrze broniona, ale była). Podobnie z Bayernem, gdyby zanalizować mecz negatywistycznie – przy stanie 1:1 Lewandowski miał sytuację w której właściwie nie wiadomo, dlaczego nie trafił w piłkę, bo Trent go nie dogonił. No, ale jak już nie raz pisałem, pewien poziom analizy mecz zawsze może doprowadzić do przekonania, że wynik był cokolwiek przypadkowy. Ten jednak w żadnym razie nie było.
Znamieniem wielkości była ostatnia bramka, bo zagraniu Salaha do Mane – jest to jeden z bardziej wyrafinowanych goli, jakie widziałem w ostatnich latach, gdzie cały sens akcji zawiera się w dostosowaniu zagrania i pozycji w czasie bieżącym, przy czym Salah zagrywa zewnętrzną częścią lewej stopy (fałszem) nad głową Humelsa który jest wyższy od Mane tak z 15 centymetrów i do tego jeszcze skacze. Ta bramka była nie tylko piękna, ale utwierdziła obu piłkarzy w ich niezwykłych możliwościach współpracy.
Tu zresztą uwaga jest taka, że o ile w ubiegłym sezonie Mane walczył o swoją pozycję i nie podawał do Salaha czy Firmino wtedy, kiedy mógł, to teraz problem ten dotyczy Salaha, który cały czas nie jest zadowolony ze swojej gry i dlatego gra trochę na siłę, zamiast grać z właściwym sobie wyrafinowaniem. Najlepszą metodą na zmianę takiej sytuacji jest kilka udanych takich właśnie zagrań, jak to podanie do Mane na 3:1. Jest na to czas, ponieważ gramy dalej w Lidze Mistrzów.

Liverpool – Burnley 4:2 czyli lepszy scenariusz

W poprzednich sezonach mecze z Burnley należały do bezwzględnie najtrudniejszych. Także ostatni mecz wyjazdowy, wygrany w grudniu 3:1 do końca właściwie wisiał na włosku. Burnley w tym sezonie jest dziwnie słabszą drużyną, tak, jakby nadmiar obowiązków w tym gra w pucharach europejskich wyczerpały fizycznie tę bardzo fizycznie nastawioną drużynę.
Obiektywnie nasza przewaga techniczno-piłkarska nad Burnley jest teraz bardzo duża, natomiast po raz kolejny w tym sezonie zagraliśmy bardzo rozrzutny mecz, wskutek czego emocje były niemal do końca. Takie emocje mieliśmy już w meczu z Palace – trzeba powiedzieć, że jest to raczej wynik jakiegoś rozkojarzenia w grze obronnej, niż spadku dyspozycji. Wydaje mi się, że klasa drużyny właściwie cały czas rośnie. Klasa w tym rozumieniu bardzo często znajduje wyraz w kontroli nad meczem nawet w sytuacji, gdy wydarzenia nie są szczególnie sprzyjające.
Tak było tym razem. Pierwszą bramkę Burnley zdobyło chyba wprost z rzutu rożnego, co zwykle oznacza, że nasz bramkarz został zablokowany lub przepchnięty. Później mieliśmy pół tuzina dobrych sytuacji, a gdy mecz zmierzał do końca straciliśmy gola na 2:3. Powiedziałbym, że jeszcze rok a zwłaszcza dwa lata temu uważałbym, że wyrównanie dla Burnley to tylko kwestia czasu. Nie chcę powiedzieć, że tym razem nie poczułem żadnego ukłucia pod żebrem, ale nie zdążyłem się nawet dobrze nad sytuacją zastanowić, a już Mane dobił gwoździa.
W sumie, ciekawy mecz, ciekawy dlatego, ponieważ traciliśmy głupie bramki. To taka przewrotność związana z mocą naszej drużyny – w większości przypadków, jeżeli przeciwnik nie będzie miał nienormalnie dużo szczęścia, to mecz nie będzie ciekawy.