Liverpool – Huddersfield 5:0 czyli rodzaj zabawy

Zacznijmy od tego – tak słabej drużyny jak Huddersfield dawno w lidze nie było. To jest pierwszy skrajny punkt osi. Liverpool jest mocniejszy niż kiedykolwiek. To jest drugi skrajny punkt osi. Zejście się w jednym miejscu tych dwóch okoliczności powoduje, że mecz jest raczej zabawą, niż prawdziwym futbolem. Zwłaszcza, jeżeli zdobywa się bramkę w pierwszej minucie gry.
Jedyne, co nas mogło lekko spinać to październikowy mecz z Huddersfield, który wygraliśmy z najwyższym trudem. Ale to był jakiś dół naszej dyspozycji.
Huddersfield awansowało fartem w barażach dwa lata temu. Przetrwali pierwszy sezon minimalnymi wygranym, choć i tak, moim zdaniem, powinni byli spaść. Teraz są zdecydowanie najgorszą drużyną. Prawdę mówiąc, są tak słabi, że nie wiem, czy mają szanse utrzymać się w Championship. W sumie trudno zrozumieć, dlaczego ta drużyna jest tak źle prowadzona. Kluby Premiership mają dostęp do ogromnych pieniędzy, ale Huddersfield zupełnie nie potrafił tych środków wykorzystać. Dawid Wagner zdobył renomę awansem drużyny, ale, prawdę mówiąc, w bieżącym sezonie zachowywał się tak, jakby liczył na cud jakiś. Nawet jego tłumaczenia co do nędznych wyników nie były sensowne czy wiarygodne.
Dla nas akurat to był dobry moment i dobry przeciwnik, bo prawdziwa gra właśnie przed nami.

Cardiff City – Liverpool 0:2 czyli zasada suchego boiska

Jak tylko na Anfield kończy się przerwa i piłkarze są już w tunelu, na cały boisku tryskają gejzery. Na takich boiskach gdzie gospodarzom chodzi o szybkość poruszania się piłki, rozlewa się wodę na boisku, kiedy tylko się da. Drużyny, które liczą na co innego, wolą suche boisko.
Jak ktoś ma sporo lat i lepszą pamięć – to problem ten zna w odwrotnej konfiguracji. Mianowicie polscy piłkarze przez wiele lat skarżyli się, grając z lepszymi klubami, że tam gospodarze złośliwie leją wodę, żeby nasi się ślizgali. Dzisiaj oczywiście wiemy, że to nieprawda, bo prostu mokre boisko to standard. Nie tylko z powodu szybkości piłki, ale z powodu ryzyka kontuzji, które na pewno na suchym boisku jest większe.
Dla mnie w tym wszystkim najdziwniejsze to jest, że ta kwestia w tak wyrafinowanej lidze, jak angielska, nie jest wyraźnie uregulowana.
Drużyna Cardiff interesowała w ubiegłym sezonie przede wszystkim z tej przyczyny, że grał tam Marko Grujic. Dlatego wiedzieliśmy, że jest to niestety mocno toporna drużyna, która opiera się na sile przede wszystkim. Siła w futbolu jest bardzo ważna, to nie jest tak, że można wszystko załatwić techniką i wyrafinowaniem. W futbolu, nawet tym bardzo zawodowym, duży piłkarz dosłownie odpycha małego i wcale nie oznacza to, że go fauluje.
Więc to jest taka drużyna. Nigel Adkins, starszej daty angielski menedżer, coś w rodzaju Sama Allardyce’a, tak gra i nie zamierza inaczej grać. Ich spadek z ligi wielką stratą nie będzie, choć, prawdę mówiąc, od strony moralnej jest to drużyna doświadczana nieszczęściami, jakich nie życzylibyśmy największym wrogom. Historia Emiliano Sali przejdzie niestety do historii jako jedna z najbardziej tragicznych zdarzeń wokół futbolu (aczkolwiek patrząc na rzecz bez taryfy ulgowej, za tą historią stoi organizacja klubu, bo kto pozwala kupionemu piłkarzowi lecieć tysiąc kilometrów przez Kanał La Manche za pomocą awionetki). Z czysto piłkarskiej perspektywy Cardiff przegrało u siebie mecz z Chelsea wskutek spalonego tak oczywistego, że chyba nikt nie może mieć teraz zastrzeżeń co do wprowadzenia VARu.
Mecze z takimi drużynami w poprzednich sezonach z upodobaniem przegrywaliśmy lub remisowaliśmy, w każdym razie były to zawsze bardzo trudne mecze. Tym razem także, pomimo bardzo wielu sytuacji mecz można było nawet przegrać, przy stanie 0:0 Cardiff miało co najmniej dwie znakomite sytuacje (Hoillet i Morrisson). Koniec końców bramkę zdobyliśmy w sytuacji, w której bramek zdobywać się nie powinno, mianowicie po rzucie rożnym Wijnaldum dostał piłkę na nogę i strzelił wściekle mocno. Osobiście uważam, że gdy po rożnym atakujący dostaję piłkę na nogę, to zawsze oznacza to niekompetencję obrony i obrońców. Potem był jeszcze karny, który oczywiście Adkins kwestionował, a który powinien być podyktowany dla zasady choćby. Pytanie bowiem jest takie – nawet jeżeli obrońca nie podcina, nie łapie za koszulkę, nie wali łokciem, to czy może stworzyć ze swych ramion obręcz, z powodu której napastnik nie może się ruszać? No właśnie.
Uff, nigdy nie polubię meczów z takimi drużynami, nie bardzo mogę sobie wyobrazić, by uzyskać tak dużą przewagę jakości piłkarskiej, by nie bać się tego, że się będzie fizycznie przepchniętym i podeptanym.

Porto – Liverpool 1: 4 czyli zasada grubszego portfela

Z czysto poznawczych przyczyn byłoby rzeczą ciekawą wiedzieć, jak wyglądałby ten mecz, gdyby Porto jednak zdobyło tą pierwszą bramkę, a miało pewne szanse. Moim zdaniem – nic by nie było, bo różnica potencjału zawodowego między obiema drużynami jest zbyt duża. Oczywiście, pod warunkiem, że Liverpool jest w co najmniej średniej formie.
Ta różnica narasta od lat, a teraz jest bardzo widoczna. Dzieje się to trochę poza głównym planem, ale selekcja piłkarzy do takich klubów, jak nasz, jest prowadzona w skali rynku, jakim jest cały świat. Porto jest znakomity klubem, zorganizowanym i po prostu bardzo dobrym pod każdym względem, ale ligi portugalskiej i zwłaszcza jej komercyjnej siły nie da się w żaden sposób porównać z ligą angielską. Końcowo polega to na tym, że jeżeli w Porto pojawiłby się naprawdę wielki piłkarze, to Liverpool będzie ustawiał się po niego w kolejce razem z Realem czy Barceloną.
A już zwłaszcza, żaden inny wynik nie jest możliwy w sytuacji, gdy Liverpool jest w tak dobrej formie, jak nasza drużyna jest teraz.
Oczywiście, nie można przeoczyć faktu, że Porto jednak wyrzuciło z Pucharu Romę, co nie jest takie proste, lub w każdym razie nie było. Ale wyniki angielskich klubów w tym roku wskazują, że liga włoska też jest daleko z tyłu.
W tym kontekście bardzo mocno , jeszcze mocniej jaśnieje wynik z Monachium, gdzie wygraliśmy z naprawdę topową drużyną, którą jest Bayer nawet wtedy, gdy ma słabszy sezon.

Liverepool – Chelsea 2:0 czyli nadrabianie historii

Nie lubię meczów z Chelsea, mam poczucie, że przez ostatnich kilkanaście lat głównie z nimi przegrywamy. Nie tylko na boisku zresztą, także w konkurencji o co lepszych piłkarzy. Było kiedyś nawet tak. że grał u nas piłkarz wypożyczony z Chelsea, Moeses w sezonie 2013/2014 co między takimi klubami, które ze sobą konkurencją właściwie nie powinno się zdarzać. Było ogólnie coś w rodzaju moralnej przewagi Chelsea nad nami.
Więc taki mecz, jak ten, ma znaczenie symboliczne.
Oczywiście, można opowiadać, że pod drugiej niesamowitej bramce Salaha Hazard dwa razy urwał się w taki sposób, że mógł zdobyć dwa gole. Taka analiza meczu o tyle nie ma sensu, że nie wiadomo co by było, gdyby w pewnym momencie wynik był 2:1. Bo to momentu zdobycia przez Liverpool pierwszej bramki Chelsea sytuacji nie miała.
Chelsea jest w dziwnym stanie, bo byli już w stanie zupełnego doła, rozważano nawet, czy Sarri dotrzyma do końca sezonu, ale potem jako taki odbyli od dna. Głównie z powodu Hazarda i paru jeszcze znakomitych graczy.
Chelsea się wyszalała przez 15 minut i potem już był spokój. Dla mnie wynik 2:0 z Chelsea to zawsze będzie bardzo dobry i ważny wynik.