Liverpool – Wolverhampton 2:0 czyli mecz z odwróconą głową

Ostatnia kolejka najczęściej jest albo o nic, albo jest taka sytuacja, że zależymy od innych wyników, co także nie jest specjalnie przyjemne. Ten mecz oglądaliśmy z głową albo w telewizorze z innymi meczem, albo w smartfonie z informacjami.
Najbardziej pamiętny moment tego meczu był wtedy, gdy Brighton zdobył bramkę z City i prowadził, co trwało niestety tylko przez kilkadziesiąt sekund. Od pewnego momentu City prowadziło już na tyle, że można było skupić się na naszym meczu, co oznaczało, że mistrzem nie będziemy.
Ale mecz, jak na niejasną od strony psychologicznej atmosferę był całkiem ciekawy i przyjemny. Wolves to jest bardzo porządna, bardzo dobra, po prostu ciekawa drużyna. W tym meczu też mieli naprawdę dużo z gry i z sytuacji. Nawiasem mówiąc, prawdziwym sprawdzianem jakości ten drużyny był nasz pierwszy mecz, na wyjeździe, który, prawdę mówiąc, był jednym z najlepszych naszych meczów w sezonie.
Ale i w tym przypadku ostatecznie okazało się, że w naszej drużyny jest ogromna moc nawet wtedy, gdy raczej trudno już o determinację i motywację. Dwie bardzo ładne bramki Mane i teraz aż trzy tygodnie dzielą nas od finału Ligi Mistrzów. To jest, przyznajmy, trochę bezsensowna przerwa, z punktu widzenia treningowego po prostu nie bardzo co z drużyną wtedy robić. No cóż, na szczęście, Tottenham jest dokładnie w takiej samej sytuacji.

Liverpool – Barcelona 4:0 czyli legenda na naszych oczach

Jednym z ważnych problemów naszej ludzkiej percepcji jest trudność odróżniania rzeczy bardzo ważnych od nieważnych, lub może – zdolność oceny, które zdarzenia przejdą do tak czy inaczej rozumianej historii. Oczywiście, czasem wiadomo, na przykład 4 czerwca 89, albo wybuch jakiejś wielkiej wojny. Ale w historiografii takiego klubu, jak Liverpool wyróżnialność legendotwórcza poszczególnych meczów i innych zdarzeń jest zjawiskiem dość przypadkowym. Na przykład – kibice od dawna w kategoriach legendy wspominają mecz z St. Etienne z lat siedemdziesiątych. Ale o co ten mecz był i jak się ten mecz ma do tylu innych sukcesów klubu? Trudno powiedzieć. Legenda „się zrobiła”.
Moim zdaniem, tym razem jest inaczej. Od momentu zakończenia tego meczu wiadomo, że mamy do czynienia ze zdarzeniem które przejdzie do legendy. Po prostu. Najbardziej zabawny i niezwykły moment tego meczu, demaskujący zaklęcia taktyczno-pwsychologiczne futbolu, czyli rzut rożny Trenta, który teraz już jest powtarzany dziesiątki razy, będzie opisywał najlepiej przyczyny, dlaczego Liverpool, grając bez dwóch najlepszych swoich napastników, wyeliminował Barcelonę, która pierwszy mecz wygrała 3:0. Sam układ tych wyników jest fascynujący i będzie przemawiał z tabel wyników, przeglądanych przez kibiców po 10 czy 20 latach. Po prostu takie come backi bardzo rzadko się zdarzają.
Przyjrzenie się samemu meczowi jest trochę bardziej wyrafinowanym zajęciem, choć nawet nie oglądając takiego meczu wiadomo być musi, że aby wyrzucić z gry Barcelonę trzeba mieć sporo szczęścia. I to nawet grając w pełnym składzie.
Aby wygrać taki mecz i awansować do finału – są pewne tak zwane sinequanony. Wiadomo, że możliwie szybko trzeba strzelić pierwszą bramkę i zdobyć elementarną przewagę psychiczną. To jest taki absurd futbolu, jeden z wielu : trzy gole przed meczem to bardzo dużo, dwa gole w trakcie meczu to bardzo mało. Przeciwnik ogląda się na tablicę co chwila i sprawdza, ile jeszcze czasu. Jeżeli robi to za często – zakłada sznur na własną szyję. Z bardzo dobrymi drużynami nie można grać na przetrwanie.

Ale dla nas przykazanie było jedno – nie stracić bramki. Tracąc bramkę musimy wygrać 5:1, a to już jest niemożliwe. Barcelona też to wiedziała, i bardzo tę bramkę zdobyć chcieli. Prawda jest taka, że mieliśmy i mnóstwo szczęścia i Alissona. Oba te warunki były konieczne, żeby nie stracić bramki. Moim zdaniem Messi w 8 przypadkach na 10 strzela bramki z takich sytuacji, jakie miał.
Po przerwie dwa gole zdobył Wijnaldum – przyznajmy, że nikt tego by nie wymyślił i Barcelona pękła. Przy stanie 0:4 Barcelona właściwie nie podjęła już walki. Z taką wolą walki nie można być wielką drużyną.
Niezwykła jest jednak cała konfiguracja meczu. Liverpool grał bez dwóch najlepszych napastników, Barcelona w zasadzie w pełnym składzie i taki wynik. Nie można go wyjaśnić w żaden inny sposób jak tylko triumfem woli nad kompetencjami piłkarskimi.

Newcastle – Liverpool 2:3 czyli dylemat siły i myśli

Prawdę mówiąc, w drugiej połowie myślałem, że jest już po nas. To znaczy, że nie wygramy. Mecz był wtedy po prostu bardzo wyrównany, nie było wcale przewagi po naszej stronie, równie dobrze bramkę mógł zdobyć Newcastle.
Normalnie rzecz biorąc nie jest to drużyna, która mogłaby z nami wygrać. Co to znaczy „normalnie”? To znaczy nie wtedy, gdy jesteśmy po meczu z Barceloną i kiedy gramy z Barceloną za 3 dni. I nie ma co narzekać, na krótką ławkę, żaden trener na świecie w tej sytuacji nie rotowałby składem.
Za Firmino grał Sturridge, grał dobrze, choć on nigdy już nie dopasuje się do agresywnego stylu gry drużyny Kloppa. Bez względu na to, ile finezyjnych zagrań nie wykona, nie jest on w stanie grać siłą i dynamiką. Zapewne, to mógł być ostatni mecz Sturrdige’a dla naszego klubu. Stamina, jak to się określa, jest najważniejsza u Kloppa. I to właśnie ma piłkarz nieporównanie gorszy w kategoriach technicznych od Sturridge’a, czyli Divock Origi. Gdy dostaje piłkę i przez chwilę się zawaha, od razu się gubi, więc lepiej żeby się nie wahał. Sturridge, dokładnie odwrotnie, gdy się zawaha to prawie na pewno zobaczymy coś szczególnego. Ale Origi, parafrazując, wstawi głowę tam, gdzie Sturridge nogi nie włoży. Czy piłka bardziej polega na wahaniu czy nie-wahaniu? Na myśleniu czy na sile? Tu oczywiście nie ma żadnej jasnej odpowiedzi, ale w tym meczu akurat była.
I wygraliśmy w końcu ten mecz.

Barcelona – Liverpool 3:0 czyli futbol jest głupi

Ze tak właśnie jest to znaczy że futbol jest niesprawiedliwy, o tym było wiadomo od jakiegoś czasu, lub też właściwie od zawsze. Choć nie przesadzajmy, wynik jest za wysoki, ale nie jest tak, że mogliśmy ten mecz wygrać. Na podstawie przebiegu meczu nie da się tego udowodnić.
Mam takie wrażenie, że ten mecz chcieliśmy rozegrać z grubsza tak, jak finał z Realem w ubiegłym roku. To miało być takie bardzo porządne granie i czekanie na szanse, żadnego szaleństwa. Tak swoisty wyraz szacunku dla przeciwnika, oprócz raczej zachowawczej taktyki, zrozumiałem, gdy się gra na Camp Nou. No, ale do takiej porządnej gry trzeba mieć trochę więcej szczęścia. Są takie zagrania, jak pierwszy gol Suareza, że właściwie nic albo niewiele zrobić.
Dwie następne bramki Messiego w drugiej połowie były silnie wspomagane szczęściem. Czy nam go aż tak brakło? Wczesna kontuzja Keity osłabiła naszą siłę ofensywną, ale, prawdę mówiąc, grając bez Firmino nasza ofensywa jest jednak sporo słabsza. To jest bardzo filozoficzny problem, jak się ma w składzie tak wybitnych piłkarzy. Nie da się ich zastąpić bo nie da się namówić równie wybitnych piłkarzy żeby siedzieli na ławce.
Awansować będzie bardzo, bardzo trudno.