Liverpool – Tottenham 2:0 czyli zdobywanie Pucharu

1. Z dawniejszych czasów parę meczów finałowych Liverpoolu przeszło do legendy. Nie mówię nawet o Stambule w 2005, bo to oczywiste, ale pierwszy Puchar Europy z Borussią, a zwłaszcza kilka lat później – finał z Romą, może nie są legendarne, ale pamiętane. Z tym, że nie wiem, czy dlatego, bo coś w nich się wtedy nadzwyczajnego zdarzyło, czy też po prostu dlatego, że okazaliśmy się najlepszą drużyną Europy.
Ciężar wyniku, presja wygrania jest w takich meczach bowiem absolutnie dojmująca, przygniatająca. Bo przechodzi się do historii, nawet jeżeli mecz był brzydki, bramki przypadkowe i wszyscy mówili, że „ten finał nie przejdzie do historii”.
2. W graniu w finale najważniejszej klubowej imprezy piłkarskiej z drużyną z własnej ligi jest coś jakkolwiek pomniejszającego znaczenie tego zdarzenia, no, może nadającego pewien motyw powszedniości takiemu meczowi. W sytuacji, gdy oni nie jest i nie ma być powszedni. Tottenham to fajna drużyna, bardzo dobra, ale z perspektywy legendarności, cokolwiek by to nie znaczyło, jasne było od dawna chyba, że do historii przejdzie półfinał z Barceloną. A ten mecz? Ten mecz po prostu trzeba było wygrać.
3. I tak właśnie było. Mecz grany defensywnie, na spięciu i z wielką uważnością z obu stron – mogła jednak chyba wygrać tylko jedna drużyna. Ja nie mówię, że z powodu tego karnego w pierwszej minucie, ale z powodu pewnej logiki historii. Bo Liverpool powinien wygrać finał już w ubiegłym roku, i przegrał go nie tylko z powodu bramkarza, ale chyba też z powodu tego, że psychologicznie uznał wyższość Realu. Tym razem było odwrotnie. Wszyscy widzą, co robi Liverpool, jak gra, jak wygrywa, jaką niezwykłą jest drużyną. I choć oba nasze mecze ligowe z Tottenhamem były bardzo trudne (a ten na Anfield wygraliśmy, jeżeli to cokolwiek w piłce nożnej znaczy, „przypadkowo”, to znaczy Lloris wbił sobie bramkę w ostatniej minucie), to raczej niewątpliwe było, która z tych drużyn jest mocniejsza. Tu z kolei – zaznaczyła się nasza przewaga psychologiczna nad Tottenhamem, który wyczerpał tak zwany kanister szczęścia w półfinałowym meczu z Ajaxem.
4. Tym razem Tottenham szczęścia nie miał. Pytacie mnie o karnego? Ja bym tego karnego nie dał. Już choćby po to, żeby nie psuć meczu, że nie wprowadzać do tego meczu tak w oczywisty sposób przypadkowej okoliczności. Bo ta ręka to był przypadek.
5. A sam mecz? Tottenham nie miał sytuacji bramkowych, no, może jedną. My też nie za wiele, ale więcej. Ten mecz był natomiast podsumowaniem całego sezonu, unikalnego sezonu pod względem gry obronnej drużyny. Jurgen Klopp, wielki coach drużyn atakujących, jeszcze półtora temu tłumaczył się, że drużyna wprawdzie mnóstwo bramek zdobywa, ale defensywnie nie dorasta do najlepszy. No, i Klopp w ciągu jednego sezonu stworzył super drużynę broniącą. Ktoś powie – bo kupił van Dijka i Alissona? Chyba nie tylko o to tu chodzi, o to też – ale nie tylko. Poza tym, takich piłkarzy trzeba było znaleźć i przekonać do unikalnego projektu, jakim jest teraz Liverpool.
6. Mimo wszystko, mimo oczywistości tej wyroczni, bo bramce Origiego wszystkim nam spadł kamień z serca. Wygranie tego Pucharu, tak to sobie powiedzmy, było konieczne. Może zwłaszcza Kloppowi, któremu różni mądrale wmawiali, że nie wygrywa finałów, a może nie tylko Kloppowi, ale nam wszystkim. Po to, żeby unikalność tego naszego grania znalazła wreszcie tak konkretny wyraz, jak tytuł najlepszej drużyny w Europie.