Liverpool – Arsenal 3:1 czyli jak uczynić szczęśliwymi przegrywających

Mam takie wrażenie, że te drużyny czy też może raczej kluby dzieli jakaś przepaść duchowości. Oczywiście, duchowość nic nie daje, jeżeli po jednej stronie jest wyraźna przewaga mocy i piłkarskiej jakości. Ale w dłuższym dystansie buduje się duchowa przewaga jednych nad drugimi. Jeszcze pięć lat temu Arsenal robił z nami właściwie co chciał, a pamiętam takie mecze w czasach Wengera i Beniteza, że właściwie nie byliśmy w stanie wyjść z własnej połowy. Już w czasach Kloppa, pierwszy mecz na Anfield wyciągnęliśmy na 2:2 i to był sukces.
Nie mniej od jakiegoś czasu mamy coś w rodzaju mentalnej przewagi na Arsenalem, przewagę siły i szybkości, ale też przewagę psychologiczną. Oni się nas boją. Arsenal stara się grać ładnie, kupił ostatni paru dobrych piłkarzy, ale prawdę mówiąc nie miałem wrażenia, by oni byli gotowy z nami ten mecz wygrać.
Przecież w końcu grudnia ub. roku w takim samym meczu Arsenal zdobył nawet pierwszy bramkę, więc wątpię, czy cokolwiek by Arsenalowi pomogło, gdyby Pepe wykorzystał sytuację w pierwszej połowie.
Koniec końców najbardziej interesujące jest to, że Unai Emery wyglądał po tej wyraźnej przegranej na człowieka zadowolonego, widząc w tym meczu postęp jego drużyny.
Na wszelki wypadek zakwestionował karnego, co już wcześniej zrobił sam David Luiz. Tej argumentacji jednak zupełnie nie mogę zrozumieć. Luiz mówił, że złapał koszulkę Salaha lekko i nie spowodował jego upadku. Z takiej logiki miałoby wynikać, że za koszulkę w ogólności wolno przeciwników ciągnąć, natomiast sędzia ma obowiązek ustalić, że ciągnięcie było mocno czy słabe. Kto wie zresztą, może w tym jest jakaś logika, bo czasem mówimy, że piłka to sport kontaktowy, ale nie każdy kontakt powoduje upadek. Nie karze się za sam kontakt. Ale w ciągnięciu za koszulkę jest coś tak ostentacyjnego, czy też, powiedzmy, nachalnego, że trudno będzie to powiązać z definicją „kontaktu”. Luiz jest bardzo charakterystyczną i nieprzeciętną postacią w piłce i nie sposób go nie lubić, ale tu już chyba trochę przesadził ze swoją twórczą wyobraźnią, ośmielam się zauważyć.

Southampton – Liverpool 1:2 czyli czego oczekiwać od (być może) najlepszej drużyny na świecie

Mecz piłkarski trwa stosunkowo krótko, toteż większość życia kibica wypełniona jest tym, co dzieje się przed meczem i tym, co się dzieje po meczu. Strony kibicowskie na oficjalnej stronie Liverpoolu są z grubsza powszechnie dostępne.
I tu jest bardzo ciekawa tendencja. W bardziej wyrafinowanych dyskusjach, które prowadzone są między meczami, czyli nie pod wpływem bieżących wydarzeń, uczestnicy pewna grupa stałych posterów, wśród nich są naprawdę wyrafinowani kibice klubu, nie tylko z ogromną wiedzą historyczną, ale także z niemal menedżerskim rozumieniem samej gry. Ta grupa niezbyt chętnie wypowiada się bezpośrednio po meczach, ponieważ wówczas strony kibicowskie zdominowane są przez malkontentów, których rozumienie gry jest ograniczone i którzy surowo krytykują drużynę i piłkarzy także po wygranych meczach. I to drużynę która ma prawo, z całą wyobrażalną skromnością i wiedzą o ulotności sukcesu w piłce nożnej, być uważana za jedną z najlepszych na świecie.
To jest ciekawy fenomen, na który można się oczywiście zżymać ale, być może przede wszystkim trzeba próbować zrozumieć. Otóż – nie aspirując do stworzenia skończonej teorii zauważyć trzeba dwie rzeczy: pierwszą z nich jest umowność, czy też ulotność pojęcia ideału w piłce nożnej, drugą – jest brak pojęcia „ostatecznego sukcesu” w futbolu. To drugie zostawiamy na boku – jest to kwestia oczywista. Wygranie żadnego meczu w piłce nożnej nie kończy sprawy, bo zaraz są następne mecze.
Co do pierwszej kwestii – to mecz z Southampton jest tu bardzo dobrym przykładem poszukiwania ideału.
Z całą pewnością szło nam w tym meczu ciężko w pierwszej połowie. No dobrze, ale czy można temu się dziwić? Z Southampton nigdy nam łatwo nie szło, a teraz – dwa dni wcześniej był meczu o Superpuchar, 120 minut i tak dalej.
Wydaje się, choć nie jest to takie pewne, że Klopp przyjął strategię umiarkowanej aktywności w pierwszej połowie, czyli przede wszystkim przetrwania pierwszej połowy. Wskutek przyjaznego zbiegu okoliczności (Mane) zadanie zostało wykonane nadwyżkowo. W drugiej połowie natomiast dominacja zmęczonej naszej drużyny nad (zapewne) przyzwoitą ligową drużyną naszych przeciwników była jednak bardzo duża. Co oczywiście nigdy nie polega na tym, że strzelamy pięć bramek i bawimy się piłką – to jest przecież Premiership, drużyny fizycznie nie różnią się aż tak bardzo między sobą, bo nie aż tak bardzo różnią się ich budżety, a co najmniej – podstawowe dochody.
Potem jest zwrot akcji, czyli błąd Adriana (jeżeli ktoś by pytał, dlaczego on był bramkarzem bez kontraktu i dlaczego w West Hamie woleli nie tylko Fabiańskiego, ale także innych bramkarzy to być może to jest odpowiedź), czyli fortuna odbiera nam to, co dodała w pierwszej połowie. I jeszcze chwilę potem sytuacja Ingsa, który powinien wyrównać.
Ale przecież remis nie byłby sprawiedliwym wynikiem w tym meczu, nieprawdaż?
I na tym to wszystko polega i polegać będzie. Będziemy te wyniki przepychać, czasem nam się nie uda, ale na ogół statystyczne rozkłady posiadania piłki i strzałów na bramkę przesądzają o tym, kto mecz wygrywa.
I nie sądzę, by którykolwiek z tych meczów został przez naszych Statlera i Waldorfa uznany za taki, jakie oczekiwali. Ale jeżeli rzeczywistość cię notorycznie zawodzi, to może lepiej obniżyć oczekiwania, niż zgłaszać pretensje do rzeczywistości.

Liverpool – Chelsea 2:2 (5:4) czyli Superpuchar to też jest puchar, z tym, że…

To prawda, że drużyna jest ustawiona chyba trochę inaczej, jakby wyżej jest linia obrony. Faktem jest, że jest to gra ryzykowna. Gdyby policzyć wszystkie bardzo dobre sytuacje w meczu (i dodając do nich wagi, czyli klasyfikując procentowo „dobrość” poszczególnej sytuacji) to wyszło by na to, że Chelsea pewnie powinna ten mecz wygrać. Choć na pewno nie posunąłbym się w ocenach do takiej stanowczości, z jaką podsumowywał ten mecz Frank Lampard.
Prawdą jest jednak to, że jak na kryzysową sytuację w której znalazła się (jak na swoje standardy) Chelsea, oni zagrali rewelacyjnie.
Tu zresztą w ogóle jest uwaga taka: mamy do czynienia z klubem, który stracił (sprzedał, ale nie chciał sprzedać) swojego najlepszego piłkarza, klubem który ma zakaz transferów wchodzących do przyszłego lata. I, czego nikt głośno nie mówi, klubem, w którym szaleństwo lub jak kto woli finansowa dezynwoltura właściciela uległa znaczącemu utemperowaniu. Co zresztą jest naturalną konsekwencją zarówno stosunku do Rosjan na Zachodzie jak i świadomością Abramowicza, że nawet na Zachodzi są granice, w ramach których można się legitymizować za pieniądze (choć niestety nie jest pewne, gdzie te granice przebiegają).
Ten Superpuchar to jednak puchar, i z przyczyn czysto psychologicznych dobrze jest wygrać każdy puchar. Nie wiadomo tylko czemu to jednak cokolwiek drugorzędne trofeum regulaminowo trzeba okupić dogrywką, jeżeli w normalnym czasie jest remis. Dotyczy to obu drużyn, ale bardziej tej, która ma mecz w sobotę.
Testem znaczenia takiego meczu jest pytanie – polegam je każdemu z naszych fanów – czyli wolisz Superpuchar, czy komplet punktów z Southampton (lub jakikolwiek innych komplet punktów w meczu ligowym). Dla mnie moja własna odpowiedź jest tak oczywista że zaskakująca zarazem – oczywiście, że wolę wymęczone 1:0 z Southampton iż wygranie meczu o Superpuchar różnicą czterech bramek.Kto nie na marzy o mistrzostwie jak kibic Liverpoolu, ten nie zrozumie4 tego nigdy i wcale od niego tego nie wymagam.
Dobrze, że wszystko tak się skończyło, jak skończyło, to znaczy karnym obronionym przez Adriana, którego życie zmieniło się nagle w sen.

Liverpool – Norwich 4:1 czyli analiza wsteczna rodem z Sarajewa

Wynik wygląda tak, że lepiej nie można. Analiza przypadku w futbolu – przypadek tu występuje w podwójnym rozumieniu słowa – jest bardzo twórczym zajęciem, które nie prowadzi do nikąd.
Tym razem można na przykład zadać pytanie, co by było gdyby Norwich nie strzelił sobie sam bramki. W futbolu takie rozważania mają mniej więcej tyle samo sensu, jak pytanie co by było, gdyby Gavrilo Princip spudłował strzelając do arcyksięcia Ferdynanda. Odrzucenie jednego zdarzenia jako przypadkowego, powoduje niepowstrzymany ciąg możliwych spekulacji.Koniec końców gdzieś w tle jest zawsze taki motyw – którego prawdziwości też do końca nigdy nie znamy – że tak dobre drużyny, jak ta nasza, zawsze mają jeszcze sporą rezerwę na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.
Bo przecież, jeszcze przy stanie 1:0 po bramce samobójczej, która przecież była – inaczej niż większość bramek samobójczych -autentycznym, niewymuszonym przez Liverpool przypadkiem, Norwich miał co najmniej dwie bardzo dobre sytuacje bramkowe. Mniej więcej takie same jak te, po których zdobył bramkę. Z tym, że to było już przy wyniku 4:0.
Co się tyczy naszych bramek to mistrzostwem świata był gol Origiego po dośrodkowaniu Trenta, prawdę mówiąc, piłka leciała tak, że nie powinna nigdy w ten sposób lecieć. Ale leciała i doleciała, a Origi raczej na nią wpadł, niż trafił.
Klopp miał pretensje, że po 60 minucie piłkarze odpuścili, ale w tej fazie rozgrywek, czyli w pierwszej kolejce, granej w piątek, naprawdę trudno mi się czepiać. To było bardzo eleganckie, miękkie zwycięstwo nad, dodajmy, przyzwoitą drużyną która moim zdaniem, nie ma prawa być typowana do spadku z ligi.

Manchester City – Liverpool 1:1 (4:5 w karnych) czyli o tym, co problemu nie stanowi

Status takiego meczu jest mocno niejasny, pomimo, że większość zjawisk w angielskim futbolu spełnia standardy biznesowe i jest jasna do bólu. Niejasność ma zarówno charakter formalny -na przykład trofeum nazywa się Community Shield, czyli raczej nie, jak się u nas tłumaczy, tarcza wspólnoty, ale raczej puchar dobroczynności, słoweo „shield” oznacza bowiem w tym przypadku herb, oznaczenie honorowej nagrody, tak jak w przypadku turniejów rycerskich, gdzie walczyło się o jakieś symboliczne trofeum namalowane na tarczy. Teraz tarcza w takim sensie prawie nie istnieje. Może większość kibiców to rozumie, że chodzi o jakiś symboliczne trofeum zbliżone co najmniej do pucharu, nie mniej warto sobie to przypomnieć, czym jest w tym przypadku tarcza. Nawiasem mówiąc, kiedyś ten mecz nazywał się tarczą dobroczynności, bo służył zbieraniu kasy na szlachetne cele, ale, o ile wiem, dzisiaj jest jeszcze jednym, komercyjnym przedsięwzięciem
Jeszcze bardziej niejasny jest sportowy sens tego meczu, nie wiadomo nawet, czy zalicza się on do „major trophies”, w ogólności na ile poważnie traktować wynik tego meczu. Klopp ma na tym tle pewne uczulenie i stara się nas przekonać, że wszystkie trofea są ważne, ale chyba nie ma powodu kogokolwiek zmuszać do takiego poglądu. Już Fergusson, który oczywiście grał wiele razy o „tarczę” jasno wyrażał pogląd, że jest to raczej sprawdzian. Mark Lawrensson, nasz znakomity przed laty stoper a obecnie pundit w BBC użył określenia „glorified friendly”.
O tym, na ile poważnie traktowane są poszczególne mecze świadczy oczywiście skład drużyn, a także uzgodniona między klubami liczba dopuszczalnym zmian. W tym przypadku zmian można było zrobić 6, interesujące, że nikt tego limitu nie wykorzystał, co być może świadczy o tym, że obaj wielcy coachowie nie chcieli wygrać meczu ale tak naprawdę chcieli.
Pierwsza połowa była dla nas marna, co w kontekście meczu przedsezonowych mogło już budzić obawy, zwłaszcza u notorycznych pesymistów, którzy nie wierzą nadal, że mamy wielką drużynę. W drugiej połowie wszystko się odwróciło i, prawdę mówiąc, powinniśmy wygrać. Jeszcze w przedostatniej minucie piłka była o kilkadziesiąt centymetrów od linii i na wysokości dwóch metrów po strzale Salaha, kiedy wybił ją Walker.
W karnych które, prawdę mówiąc, z pewnych oczywistych dla mnie przyczyn nie są naszą wielką specjalnością (jesteśmy drużyną artystów, a karne to rzemieślnicze zajęcie, to jest przyczyna) – przegraliśmy. Myślę, że Wijnaldum nie był potrzebnie wyznaczony do strzelania w pierwszej piątce, ale, prawdę mówiąc, prowadzenie rozważań na ten temat uważam za niepotrzebne, bo mogłoby prowadzić do niesłuszne wniosku, że niewygranie tego meczu – po co najmniej bardzo porządnej grze – stanowi jakiś problem.
Nie stanowi.