Sheffield United – Liverpool 0:1 czyli sprawdzian wiedzy o sobie

Wszyscy zgadzamy się, że był to raczej słaby mecz, może najsłabszy mecz w sezonie jak dotąd. Nie wiem, czy wszyscy jednak bierzemy pod uwagę, że w tym meczu naprawdę czyste sytuacje, i to co najmniej trzy, miał Liverpool. Wrażenie męki z tego meczu nie przekłada się na realny rozkład szans. Jak to ładnie ujął Klopp: gdyby było 0:0 to byśmy się z tym pogodzili, ale jeżeli miała wygrać jedna z drużyn – to mogliśmy to być tylko my.
Natomiast – biorąc ten mecz łącznie z meczem z Chelsea, gdzie przez drugą połowę nie byliśmy w stanie zorganizować akcji ofensywnej pewien problem trzeba zauważyć. To się zresztą zaraz wszystko okaże, ponieważ w październiku zagramy serię naprawdę trudnych meczy: Salzburg, Leicester, Tottenham, United i na i 10 listopada City. Z kalendarza wynika, że po 11 meczach będziemy mieli rozegrane wszystkie mecze z top 6 plus Leicester, który, być może, to top six należy. I wtedy naprawdę będzie wiadomo, jakie mamy szanse na tytuł.
Po kilku naprawdę znakomitych meczach i pierwszej połowie z Napoli – od drugiej połowy Napoli, niepotrzebnie przegranej, jesteśmy jakby mniej pewni siebie. Na razie nie przełożyło się to na wynik, to znaczy wygraliśmy w lidze wszystko, plus rezerwy wygrały MK Dons. Nie mniej – mam poczucie, że nie gramy na pełnym oddechu, z pełną wiarą w to, co robimy.
Do trudnych meczy zaliczyłem Salzburg. Oczywiście, nie znam ich aż tak dobrze, jest to mocna drużyna, oparta na bardzo mocnym finansowaniu, absolutnie dominująca w Austrii. Ten mecz jest jednak trudny przede wszystkim, że z punktu widzenia awansu w Lidze Mistrzów po prostu musimy go wygrać. Remis z Napoli stwarzałby zupełnie inne warunki dla przyszłych wyników. Natomiast układ gry jest taki, że ostatni mecz w grupie gramy w Salzburgu i naprawdę nie byłoby dobrze, gdyby na tym meczu wisiał nasz awans.

Chelsea – Liverpool 1:2 czyli objawy demoralizacji

No dobrze, przyjmuję krytykę, to jest, być może, objaw demoralizacji. Ale chyba nie tylko i niekoniecznie. Fakt jest faktem, że byłem tym meczem zmęczony i podrażniony. Demoralizacja oczywiście wyraża się w tym, że wszyscy powinniśmy być szczęśliwi bo przecież nigdy nie mieliśmy takich wyników, w każdym razie nie za mojej pamięci. Nie było takiej sytuacji, byśmy po 6 kolejkach mieli komplet punktów i jeszcze do tego 5 punktów przewagi nad City. W ten momencie nawet mi nie bardzo powinno przeszkadzać to, że City wygrywa 8:0, bo co to ma za znaczenie.
Ten mecz mnie rozdrażnił w drugiej połowie, kiedy to od pewnego momentu nie byliśmy w stanie przeprowadzić sensownego ataku. Prawdę mówiąc czekałem od pewnego momentu na to, że stracimy wyrównującą bramkę i liczyłem głównie na to, że nie zdążą strzelić na 3:2.
Powiem to zupełnie szczerze – denerwował mnie Salah, który po kilku znakomitych meczach znów gra tylko i wyłącznie pod siebie, jakby znowu sądził, że musi się wykazać przed całym światem, że jest „tym” Salahem (ja nie mam do napastnika pretensji, gdy nie podaje w polu karnym pod warunkiem jednak że mam pewność, że on widzi, komu mógłby podać, tymczasem mam wrażenie, że Salah często się w ogóle nad tym nie zastanawia). Firmino też, ciągła kiwka na metrze i strata, strata, strata. Naprawdę, mam poczucie, że konieczny jest czasem alternatywny wariant w postaci Keity albo Oxa. Ostatecznie – jesteśmy wielcy, wygraliśmy, dowieźliśmy. W sumie pewien pozytyw tu jest, mianowicie znów okazało się, że potrafimy grać w obronie, choć w meczu z Neapolem widać było, jak złudne potrafi być opieranie się wyłącznie na tym, że może uda się nie stracić bramki.
Czy ja nie oczkuję za dużo? No, pewnie tak właśnie jest. Z drugiej strony my już teraz wiemy, jak nasi piłkarze grać potrafią. Weźmy choćby mecz z Burnley, z Arsenalem, albo drugą połowę z City. No i mecz z Neapolem, w pierwszej połowie to było mistrzostwo świata. Więc jeżeli to jest demoralizacja, te nasze oczekiwania to jest sami piłkarze nas tych oczekiwań nauczyli. Trudna sytuacja, trzeba przyznać, i ich i nasza.

Napoli – Liverpool 2:0 czyli jak wielką mamy drużynę (to się jeszcze okaże)

Spójrzmy na to tak: czy w nowoczesnej historii piłki klubowej w Europie była taka drużyna, która wygrywała wszystkie mecze, na przykład w ciągu roku? Czy była taką drużyną Barcelona, czy był Real, a może ktoś jeszcze inny? O ile mnie pamięć nie myli, zawsze ktoś kiedyś coś przegrywał. Taki wynik nie przesądza o wielkości drużyny. To, co ma kluczowe znaczenie, to końcowe sukcesy i obiektywna jakość grania w piłkę.
I ten mecz choć przegrany, może bardziej niż którykolwiek inny, umacnia mnie w przekonaniu, jak dobrą drużyną jest w tej chwili Liverpool. Zwłaszcza pierwsza połowa meczu była wybitnym, jakościowym pokazem gry, zresztą ze strony obu drużyn.
Nie zdobyliśmy bramki, bo trochę przeszkadzała murawa, trochę za dużo mantykowaliśmy zamiast strzelać na bramkę, no, ale nasi wspaniali napastnicy tak właśnie grają. Kombinują aż do bólu. Napoli też miało swoje sytuacje, ale my więcej.
No i potem był karny. Od pierwszej chwili uważałem, że Robertson trafił w piłkę pierwszy, a Callejon przewracał się zawczasu, według planu. Sędzia Brych, którego w sumie uważam, miał moim zdaniem absolutnie wszelkie powody, by sprawdzić to zdarzenie na VARze, czego nie zrobił. Mogło tak być z dwóch powodów: czołowi sędziowi mają, moim zdaniem, jakąś chorobliwą ambicję, by się nie mylić i nie być posądzonym o wahanie, dlatego unikają VARu. Drugie podejrzenie jest jeszcze bardziej dwuznaczne – Brych chciał uniknąć podejrzenia, że sprzyja Kloppowi. Tak czy inaczej, karny był niesłuszny, ale rozstrzygnął mecz.
Wszystko jednak przed nami. Z tak dobrą drużyną, jak ta – można wygrać absolutnie wszystko.
Trochę obsesyjnie, choć z tą samą wciąż nadzieją w takich meczach, gdy potrzeba wzmocnić grę myślę o tym, jak bardzo potrzeba nam zdrowego, sprawnego, szalejącego Nabby’ego Keity. Może też – w pełni sprawnego i bojowego Oxa, ale przede wszystkim wprowadzenie do tej gry Keity pozostaje moim największym marzeniem na ten sezon.

Liverpool – Newcastle 3:1 czyli obowiązek wygrywania

Kto wie, może nawet jest tak, że nasza siła ogranicza nam przyjemność z oglądania meczów? Dzisiaj mamy po prostu obowiązek wygrywania. Dotyczy to właściwie każdego meczu, a już zwłaszcza takiego meczu, jak mecz z Newcastle na własnym boisku.
Każdy kto nie jest jedynie szowinistycznym fanem własnego klubu docenia dorobek i społeczne zaplecze innych klubów. Takim klubem jest Newcastle, klub Stinga i Marka Knopflera, gdzie każdy mecz poprzedza „Going Home”, autorstwa Knopflera właśnie. Gdzie na każdym meczu jest ponad 50 tysięcy ludzi. Kibice na stronach Liverpoolu mówią o takich klubach”proper club”. Oczywiście, Newcastle gra o lat poniżej pułapu oczekiwań, bo futbol to przede wszystkim biznes, a nie sentyment, choć z drugiej strony futbol to jest jeden z niewielu biznesów które w tym stopniu można budować na sentymencie właśnie.
Dla nas trudność takich meczów polega na tym, że bardzo duża część piłkarzy rozjeżdża się po świecie na mecze reprezentacji narodowych. Prawdę mówiąc, tym razem – podczas pierwszej przerwy międzynarodowej – było i tak trochę lepiej, niż zwykle, ponieważ nie grały meczów drużyny afrykańskie. Nie mniej jednak na początku meczu widać było, że drużyna jakoby zgubiła rytm, którym zachwycała w ostatnim przed przerwą meczu z Burnley. No i tak doszło do straty gola, przy czym takie akcje, jak tak Jetro Williamsa nie zdarzają się często.
Potem minuta po minucie równowaga została przywrócona, co oznacza, że Liverpool stworzył może dziesięć sytuacji na zdobycie bramek. Prawda jest jednak taka, że to wszystko się zmieniło dopiero wtedy, gdy za Origiego wszedł Firmino. Z całym szacunkiem, ale Origi, nawet zdrowy, nie jest pełnowartościowym zmiennikiem naszych napastników, zarówno dlatego, że oni są za dobrzy jak i dlatego, że on jest za słaby.
Teraz przed nami dwa naprawdę niezwykle trudne mecze: z Napoli i z Chelsea. Ale drużyna jest w znakomitej dyspozycji, to nie ulega wątpliwości.

Burnley – Liverpool 0:3 czyli mecz cokolwiek symboliczny

Takie mecze były zmorą dawnego Liverpoolu, nie tego całkiem dawnego, ale tego Liverpoolu Beniteza czy Rodgersa. Mówię tu raczej o typie drużyny. Kiedyś taką drużyną był Wigan. A może West Bromwich albo Stoke. Twarda, trochę prymitywna drużyna, szukająca szans przede wszystkim w stałych fragmentach. Takie drużyny bardzo często prowadził Sam Allardayce, i takie drużyny często wygrywały z nami mecze o stałym scenariuszu. Był on taki – my atakujemy, mamy sytuacje, ale ich nie wykorzystujemy. Oni robią jedną wrzutkę i wygrywają. Najlepiej w ostatniej minucie. Takie mecze były starciem twardzielstwa z piłką nożną (bo u nas grało zawsze kilku artystów), dowód bardzo często był niekorzystny dla futbolu. Po prostu brakowało Liverpoolowi konsekwencji, twardości ale też powtarzalności.
Zgadzam się z Kloppem, że ten mecz był po prostu znakomity w naszym wykonaniu. Nie chodzi nawet o wynik, chodzi o to, że wygrywaliśmy prawie wszystkie drugie piłki, a Burnley właściwie nie miało sytuacji z prawdziwego zdarzenia (do momentu, gdy przegrywali 0:3 kiedy Adrian obronił akcję Rodrigueza).
Medialność meczowi nadało zdarzenie, które Klopp słusznie stara się lekceważyć lub raczej wytłumaczyć je jako względnie normalne, mianowicie Mane potwornie rozjuszył się na Salaha z powodu niepodanej mu piłki (w której to zresztą sytuacji należało raczej podać piłkę do Firmino). Mane oczywiście miał rację, Salah ma jeszcze większą potrzebę bycia w centrum, niż miał, tym bardziej że w tym roku jest w lepszej formie, niż w ubiegłym, tylko trochę brak mu szczęścia. Natomiast, dokładnie taka sytuacja miała miejsce w odwrotnej sytuacji w meczu z Evertonem w grudniu 2017. Tamten mecz skończył się 1:1, czyli koszt egoizmu Sadio był wtedy większy. Prawdę mówiąc jednak, Mane jest tak ambitnym piłkarzem, że za swoje rozjuszenie może liczyć na grzechu odpuszczenie z mojej strony.