Liverpool – Tottenham 2:1 czyli prawdziwe trzy punkty

W futbolu na najwyższym poziomie nikt z nikim łatwo nie wygrywa. Takie zjawisko ma w zupełności strukturalne, oczywiste wyjaśnienie – kluby grające na tym samym poziomie korzystają w gruncie rzeczy z podobnych zasobów i różnica obiektywnych możliwości finansowych między klubami nie jest duża. W każdym razie różnica ta w wielu przypadkach niwelowana jest przez lepsze zarządzanie, nowe pomysły lub czasem także po prostu trochę szczęścia.
Od strony finansowej czyli z punktu widzenia wolumenu kosztów wynagrodzeń Tottenham jest jakieś 15 może 20 procent gorszy od nas, podobnie zresztą jak od pozostałych pięciu klubów czołowej szóstki. Nie są to różnice duże. Natomiast Tottenham od dłuższego czasu lokuje swój sportowy wynik wyżej, niż jego pozycja finansowa, co wynika z faktu, że jest klubem dobrze zarządzanym i prowadzonym. Jego kibice widzą tę kwestię trochę inaczej, jak to kibice, ponieważ ich ambicje a tym samym oczekiwania zostały niezwykle rozbudzone. No cóż, tak właśnie wybitni trenerzy, jak Pochettino w pewnym sensie wiążą sznur na własnej szyi. Tottenham ma teraz słabszy okres, ale nikt nie powinien zapominać, że nie dalej jak pięć miesięcy temu drużyny te grały mecz w charakterze dwóch najlepszych drużyn Europy.
Więc nikt nam w takim meczu nie da niczego za darmo, nie mamy w tej kwestii żadnych złudzeń. A tym bardziej po pierwszej minucie, kiedy to straciliśmy bramkę. Do tego rozwoju wydarzeń dodać można jeszcze niezrealizowany do końca fragment negatywnego scenariusza, kiedy to po przerwie, ale przy stanie 1:0 dla Tottenhamu Son dostał piłkę wprost od bramkarza, ograł Lovrena i normalnie rzecz biorąc, powinien zdobyć drugą bramkę. Nie jestem pewien, czy i z takiej sytuacji udałoby się nam wybrnąć.
Koniec końców nikt nie może jednak twierdzić, że wynik tego meczu nie był zasłużony, nie twierdzi chyba tak także zawsze chłodny i poważny Pochettino. Mamy nie tylko wielką drużyną w sensie piłkarskim ale też drużynę bardzo utwierdzoną w przekonaniu, że jest drużyną wielką. Ta pewność siebie, wiara, przekonanie – to są samoistne wartości w wielkiej piłce i im większa piłka, tym ważniejsze są te wynikające z duchowości wartości. I w tym momencie nie ma to już większego znaczenia, że decydujący gol pada z karnego a po drodze nie wykorzystujemy pięciu znakomitych okazji – w takim meczu pomiędzy wyrównanymi drużynami wynik kształtowany jest przez naszą drużynę z wyjątkową wręcz konsekwencją i psychiczną siłą. I z tej perspektywy, jak sądzę, może to nie mieć większego znaczenia, czy gram z Tottenhamem, Barceloną czy City.
Dziwne uczucie siły i dziwny smak pewności siebie.

Genk – Liverpool 1:4 czyli scenariusze alternatywne

 Ostatecznie, gdy się patrzy na wynik wszystko wydaje się być niezwykle oczywiste. Gdy się patrzy na początek meczu też. Ale w piłce nożnej zwykle, a w tym meczu na pewno można dokonać analizy scenariuszy alternatywnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czyli tak, najpierw bramka, łatwa bramka Oxa w drugiej minucie. Ale potem akcja za akcją belgijskiej drużyny. Pozory mylą, przegrała ona wysoko w Lidze Mistrzów na samym początku z Salzburgiem. Ale ktoś kto widział mecz Genku z Napoli musiał być szczerze zdumiony – Genk był drużyną lepszą i mógł ten mecz wygrać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nigdy się nie dowiemy co by było, gdyby z jednej z owych akcji padła bramka. Gdy mecz trwał przewaga Liverpoolu stawała się oczywista, czy wręcz przygniatająca, zważywszy na okoliczność, że nie było to super pierwszy skład. Nie mniej nie sposób odnieść wrażenia, że łatwość, z jaką w pierwszej połowie Genk stwarzał sytuacje była niezdrowa. 

 

Pośrednio mecz ten jest informacją, dlaczego Klopp tak ostrożnie korzysta z ofensywnych piłkarzy z pomocy, którzy mamy w nadmiarze. Bo zawsze jest ryzyko, że przy ofensywnym nastawieniu będziemy zbyt łatwi do ogrania w obronie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Manchester United – Liverpool 1:1 czyli bardzo ciekawe wnioski

Polityki kadrowej Kloppa nie da się inaczej określić niż jako konserwatywną. Jest w tym jakaś dojrzałość i jasny komunikat dla wszystkich, swoich i obcych w sprawie – kto będzie grał i dlaczego. Niespodzianki w wyjściowym składzie należą do absolutnych rzadkości. Gdy bronimy wyniku, jako pierwszy wchodzi Milner. A gdy potrzebujemy zmienić wynik, gdy przegrywamy? No właśnie, kto wtedy wchodzi? Właściwie, to nie wiadomo. Bo takie sytuacje zdarzają się zbyt rzadko, żeby powstała jakakolwiek reguła w tej sprawie.
Ten mecz od początku szedł słabo. Jeżeli nie wychodzi nam atak, głównie winimy napastników. Nie było Salaha, zaś Mane i Firmino grali jakby byli zmęczeni. I może rzeczywiście byli (z tydzień temu grali przeciw sobie jako Senegal i Brazylia, to może nie powód zmęczenia, ale na pewno byli zdekoncentrowani podróżami i długą nieobecnością).
Dla nas ten mecz się zaczął wtedy, jak stopniowo wchodzili nasi rezerwowi, co działo się w drugiej połowie. Najpierw Ox, potem Lallana i wreszcie Keita. W ciągu tych piętnastu minut United został dosłownie wgnieciony w ziemię, my prawie nie traciliśmy piłki. Ox był silny, strzelał, wchodził, graj jak kiedyś. Lallana też nie tracił piłek, był tam gdzie trzeba żeby zdobyć bramkę. Wreszcie Keita, wspaniały piłkarz, każde zagranie jest przemyślane, jakby z podręcznika.
Straciliśmy pierwszy punkt, trudno. Nie wiadomo, czy byśmy go stracili gdyby ta trójka nie weszła wcześniej. I nie pamiętam, kiedy mieliśmy tak mocnych rezerwowych. Czy będą grali od początku? U Kloppa nie wystarczy jeden dobry mecz, potrzeba kilka. Ale na pewno- jest nad czym myśleć.

Liverpool – Leicester 2:1 czyli punkty należy zdobywać na różne sposoby

Prawdę mówiąc, uważam, że w większości przypadków tego rodzaju w lidze angielskiej sędzia nie dałby karnego. Oczywiście, sytuacja była sprawdzona przez VAR, ale tutaj też wychodzi na jaw interesująca obserwacja, że to sprawdzanie przez VAR jest czymś innym zależnie od tego, jaką wstępną decyzję wydaje sędzia. Mówił o tym Rodgers po meczu: jak jest wstępna decyzja o karnym, to u sędziów VAR pojawia się wyraźna tendencja, by decyzję utrzymać.
Całe te jednak rozważania o dawaniu lub nie dawaniu karnego wskazują na daleką posuniętą umowność karnego i przepisów w tym zakresie. Osobiście prawdę mówiąc, jeszcze od czasów dziennikarskich jestem zdania, że karny jest złym przepisem w obecnej postaci. Albo trzeba by go znieść całkiem, albo bardzo rozszerzyć obszar pola karnego, ponieważ pole karne zostało wymyślone w czasach, gdy piłka była o wiele wolniejszą grą. Pole karne w zasadzie miało dawać pełną ochronę atakującym, której dzisiaj nie daje, bo jest za małe.
Bez względu na to, jak by nie było z karnym – Liverpool był ponad wszelką możliwą wątpliwość lepszą drużyną od Leicester. Na przykład w strzałach na bramkę stosunek wynosił 18 do 2. Tak jak lubię Rodgersa i lubię Leicester to nie zachwycałem się tą drużyną aż tak bardzo, choć popieram każdą drużynę, która przestawi ten dwuznaczny (bo oparty na pieniądzach i tradycji) układ czołowej szóstki. W tym roku jest na to większa szansa niż kiedykolwiek.
Problem w tym, że gramy z przodu niezwykle rozrzutnie, co więcej, Salah gra cały czas pod siebie i pod „wykazanie się” i co więcej, zszedł przed końcem meczu z kontuzją. W pierwszej połowie powinno być spokojnie 2:0 a potem jeszcze jedna lub dwie bramki. Leicester oddał jeden strzał celny i był bliski remisu. Oczywiście, między drużynami była zasadnicza różnica, bo my graliśmy z Salzburgiem niecałe trzy dni wcześniej. Koniec końców więc te punkty są cenne, jak mało które. A w październiku, mamy jeszcze wyjazd do United i Tottenham u siebie. Obie drużyny są w tej chwili wyjątkowo słabe, więc jeżeli uda nam się znaleźć szybko rytm to jest wielka szansa, by powygrywać także i te mecz. W ten sposób poza City będziemy mieli za sobą wszystkie mecze z najgroźniejszymi drużynami w lidze. Mecz z City nabierze jeszcze większego znaczenia, choć oczywiście, cały czas trzeba czyścić mózg z takiego przeświadczenia, że jakakolwiek przewaga punktowa zapewni na mistrzostwo.

Liverpool – RB Salzburg 4:3 czyli trafna decyzja w sprawie wygrania meczu

Niektóre mecze piłkarskie rządzą się jakimś specyficznym prawem, w ramach którego styl gry jednej drużyny określa styl gry drugiej a tym samym – przebieg całego meczu. Pierwsze pół godziny to był najlepszy, najbardziej twórczy pokaz piłki naszej drużyny – od meczu z Barceloną. Jednocześnie – od samego początku było widać, że Salzburg jest groźny, będzie atakować i że to jest dla nich nawet ważniejsze, niż wygranie tego meczu albo jest zremisowanie. Na to pewnie nie liczyli. Skutkiem czego po zakończeniu meczu i Jesse March i piłkarze Salzburga wyglądali na przeszczęśliwych, choć przecież przegrali i w sumie, w końcu meczu nie próbując go za bardzo wygrać.
W przebiegu tego meczu fascynującym zjawiskiem były te wszystkie switche taktyczne które wykonywali obaj trenerzy w trakcie meczu. I nie do końca wiem, czy wiązać z tym switchem Kloppa ostatnie pół godziny. W każdym razie Salzburg wyglądał na tak rozpędzoną drużynę w momencie strzelenia trzeciej bramki, że byłem przekonany, iż możemy ten mecz przegrać. Tymczasem wszedł Milner, potem Origi, i jeszcze potem Keita, czwarta bramka padła szybko i Liverpool odzyskał pełną, nieograniczoną kontrolę nad tym meczem. Ta czwarta bramka zresztą była specyficznym, niemalże teatralnym wyrazem dojrzałości i siły naszej drużyny. Było trochę tak, jakbyśmy powiedzieli – pograliśmy, pograliśmy, bardzo ładnie chłopcy, ale my musimy ten mecz wygrać. Więc kończymy zabawę.
A te punkty sa bardzo, bardzo ważne. Grupa na oko wyglądała tak, że będziemy grali z Napoli o dwa pierwsze miejsca. Gent powinien z Napoli wygrać, był lepszy. My przegraliśmy z Napoli raczej przypadkowo. Salzburg rozniósł Gent i moim zdaniem, ma wszelkie powody bez wygrać z Napoli nie tylko u siebie. Więc to jest grupa w której każdy punkcik może zaważyć. Nie mówiąc o dwóch czy trzech.