Liverpool – Wolves 1:0 czyli męka, VAR i do przodu

Nie można każdego meczu grać, tak jak z Leicester. Nawet mają jeden dzień odpoczynku przewagi nad rywalem, ponieważ po trzech dniach od meczu piłkarz jest niewiele mniej znękany, niż po dwóch dniach, w każdym razie – raczej grać nie powinien.

Wolverhampton ma bardzo dobrą drużynę. Dobre drużyny nie pławią się w efekciarstwie, tylko przede wszystkim przez cały meczu wiedzą, o co im chodzi. I dlatego są takie trudne do ogrania. I dlatego my jesteśmy tacy trudni do ogrania.

Do tego wszystkiego trzeba mieć szczęście, choćby takie, jakie mieliśmy przy jedynej bramce meczu.

Leicester – Liverpool 0:4 czyli zachwycać się czy myśleć

Teraz trochę więcej wiemy co to znaczy, być więźniem własnego sukcesu. Takie mecze jak ten powinny być źródłem czystego, nieskrępowanego zachwytu, natomiast my, owszem, zachwycamy się, ale zaraz potem spoglądamy na tabelę.

Z tego spoglądania miałoby wyniknąć, czy zostaniem mistrzem czy nie. Tymczasem z tej tabeli to akurat wyniknąć w żadnym razie nie może. Nikt nam tego nie zagwarantuje w grudniu, że będziemy mistrzami, nawet gdybyśmy mieli 30 punktów przewagi na drugą drużyną.

To myślenie nie tylko zresztą wynika z najzupełniej obiektywnej okoliczności, a mianowicie że rozgrywki kończą się w maju, wynika z tego, że nasza potrzeba wygrania mistrzostwa jest wręcz obsesyjna.

Nawiasem mówiąc, nie bardzo widzę sens w stwierdzeniu, że czekamy na tytuł 30 lat? Czy to znaczy że te wszystkie kluby, które kiedyś zdobyły mistrzostwo też czekaj kilkadziesiąt lat, albo stokilkanaście lat? Bez przesady. Takie stwierdzenie, że Liverpool czeka na tytułu 30 lat ma tylko o tyle sens, o ile przez tych całe 30 lat byliśmy drużyną co najmniej mającą szansę na mistrzostwo. W poszczególnych okresach rzeczywiście tak było, choć za mojej „telewizyjnej” pamięci (czyli pamięci związanej z dostępnością Premiership w polskiej telewizji) realne podejście do tytuł miało miejsce dwa razy, czyli w roku 2009 i 2014. Natomiast, był taki okres – 2010 na przykład – kiedy można było odnieść wrażenie, że nie jesteśmy już klubem który ma powód uważać, że czeka na mistrzostwo.

No więc zachwycać się czy myśleć i spekulować na temat, ile punktów przewagi „na pewno” dałoby na mistrzostwo? Proponuję na razie przede wszystkim się pozachwycać.

Koniec końców graliśmy z drugą w tabeli drużyną. Z tymi, którzy uważają, że Leicester „overachieving” nie sposób się nie zgodzić, ale, jak zawsze, nigdy się nie dowiemy, czy oni raczej słabi czy my tacy mocni. Przewaga Liverpoolu była wręcz dramatyczna, chyba do 60 minuty Leicester nie oddał strzału na bramkę, a naszych było 13 albo 14.

Tu mam taką mianowicie uwagę taką, że w ramach przerw zimowych Klopp zabierał drużynę do ciepłych miejsc i pierwsze mecze po powrocie z takich wyjazdów były fatalne (choćby meczu Leicester u nas w styczniu, zremisowany 1:1, który pośrednio doprowadził do straty przewagi punktowej i szans na mistrzostwo). Tym razem wyglądało to tak, jakby granie co 3-4 dni, zwłaszcza zaś granie w ciepłych warunkach, zapewniało naszym piłkarzom rytm i lekkość.

Oczywiście, znów nie wykorzystywaliśmy sytuacji. Takie sytuacje prowadzą do przekonania, na ogół fałszywego, że ci którzy przegrywają 0:1 cały czas „są w grze”. Nic podobnego w tym przypadku, Leicester nigdy nie był w grze podczas tego meczu. Bramki padały dość późno, tylko tyle.

Na uwagę zasługuje też fakt, że mamy kilku ważnych piłkarzy kontuzjowanych, ale nie ma to żadnego wpływu na naszą jakość (Salah tylko jest w pewnym kryzysie psychicznych, który wyraża się w egoistycznym rozwiązywaniu sytuacji bramkowych). Wiąże się to m.in. z zaistnieniem we właściwym wymiarze, pierwszy raz od przyjść do klubu, Nabby’ego Keity. To jest dla klubu jakby nowy piłkarz. My teraz nie mamy „podstawowego” składu, ale naprawdę, ciekawe jak będziemy grali, gdy wróci Fabinho. W każdym razie – doświadczamy zupełnie nieznanego dotąd uroku posiadania bardzo porządnej ławki. Wczoraj w drugiej połowie weszli Milner i Origi (i zaraz potem padły bramki) a potem jeszcze Lallana. Ox i Fabinho są kontuzjowani, Shaqiri nie grał, a zaraz przyjdzie Minamino. Takiej siły nigdy chyba w klubie nie mieliśmy.

Liverpool – CR Flamengo 1:0 czyli co znaczy być mistrzem świata

Najzupełniej jawnie i szczerze po meczu z Monterrey uważałem, że raczej tego finału nie wygramy. Bo mecz z Monterrey by po prostu słaby, a zwłaszcza – słaby w grze obronnej. Miałem wrażenie, że każda długa piłka kopnięta do przodu przez piłkarzy z Meksyku stwarza zagrożenie pod naszą bramką. Zaś Flamengo to zdecydowany i wyraźny mistrz Brazylii, czyli kraju najlepszych piłkarzy na świecie.

Nawiasem mówiąc, w tym oto meczu nie przeżywałem żadnego dysonansu poznawczego, zresztą, w sumie, nigdy go nie przeżywam, bo w wyniku zabiegu umysłowego w przypadkach wątpliwych wybieram tę drużynę, której kibicuję (gdy na przykład lubię obie albo żadnej). Chcę jednak powiedzieć, że w większości wątpliwych przypadków kibicuję Brazylijczykom, ponieważ oni wnieśli i wnoszę do futbolu wsad esetetyczny którzy przesądza o tym, że nie jest to po prostu gra o punkty jedynie. Tym razem oczywiście Brazylijczykom sprzyjać nie mogłem, nie mniej perspektywa porażki z Flamengo nie była dla mnie szczególnie bolesna.

Prawdą jest jednak to, że najlepsi Brazylijczycy nie graj w Brazylii, co zapewne świadczy o dwuznaczności całego świata. Flamengo jest bardzo dobrą drużyną, ale jednak w dużej mierze budowana jest ona na piłkarzach w wieku piłkarsko emerytalnym, zasłużonych w grze w klubach europejskich (jak Rafinha czy Filipe Luis) lub wypożyczonych z Europy (Barbosa), co oznacza, że tak bardzo ich w klubach macierzystych nie potrzebowano. Pewnym ewenementem historyczny jest chyba jednak to, że drużynę prowadzi Jorge Jesus, wybitny trener portugalski który mógłby chyba pracować w każdym klubie na świecie.

Nie zmienia to faktu, że przewaga Liverpoolu była przez cały meczu duża, przynajmniej jak na finałowy mecz prestiżowej imprezy. Problemy w obronie zanikły z oczywistego powodu – wrócił van Dijk. Problemem było tylko i wyłącznie strzelenie bramki.

Sytuacji było sporo. Nie wiem czy w tej sprawie nie jestem cokolwiek uprzedzony, ale Mohamed Salah trochę mnie denerwuje swoją grą. Problem polega na tym, że zawsze szuka on rozwiązania trudniejszego niż potrzeba co zwykle oznacza, że idzie w kiwką, zamiast grać możliwie prosto i szybko. Dlatego też nie zdobywa ostatnio bramek, wskutek tego denerwuje się jeszcze bardziej. Jestem pewien, że Klopp i być może ktoś jeszcze pracuje na głową Salaha. Ja bym mu dał jedną zasadniczą radę – nie myśl za dużo.

Koniec końców bramkę zdobyliśmy, na szczęście, bo z karnymi nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo też, ile jest wart tytułu Klubowego Mistrza świata. Wygląda to dobrze w starych zestawieniach wyników, na bieżąco, wydaje się, że chodzi przede wszystkim o kasę. No, ale i to trzeba zrozumieć.

Główny koszt wyjazdu, do kontuzja Oxa, miejmy nadzieję, że nie tak groźna jak na początku wyglądało. W sumie kontuzji jest już sporo (Matip, Lovren, Fabinho teraz Ox), ale to wszystko są kontuzje po których piłkarze wracają w ciągu kilku tygodni. Jeżeli więc nie stanie się nic krytycznego te kontuzje w pewnym sensie staną się elementem rotacji. Natomiast – kontuzje kluczowych piłkarzy, czyli w tym przypadku Fabinho, oznaczają szansę dla Keity, więc być może ostatecznie wszystko to okaże się być względnie korzystnym splotem przyczyn i skutków.

RB Salzburg – Liverpool 0:2 czyli sprawdzian odpowiedzialności i klasy

Można oczywiście nie lubić milionerów (miliarderów), choć oczywiście w stosunku do najbogatszych ludzi świata przeważa dwoiste poczucie niechęci i podziwu. Jakiekolwiek by nie były to uczucia, należy w każdym przypadku co najmniej docenić niezwykłą jakość i skuteczność, z jaką milionerzy inwestują swoje pieniądze. Każdy by tak chciał.

Dietrich Mateschitz, twórca i właściciel marki Red Bull, dla zabawy zajął się piłką nożną. Ale nie polega to po prostu na kupowaniu najdroższych piłkarzy na świecie. Dla sprawdzianu swojej sprawczości Mateschitz wybrał raczej mniejsze kluby, w których prowadzi wyrafinowaną selekcję młodych piłkarzy z całego świata.

Oczywiście, zabezpieczeniem ewentualnych błędów w inwestycjach jest bajeczna fortuna Mateschitza, toteż nawet jeżeli tych błędów byłoby dużo, to pewnie się o nich nie dowiemy. Nie mniej – obie drużyny – RB Leipzig i RB Salzburg wyglądają i grają imponująco.

Już w pierwszym naszym meczu z Salzburgiem widać było znamiona jakości ale także pewnego ofensywnego szaleństwa mistrza Austrii. I dlatego, prawdę mówiąc, bardzo obawiałem się tego meczu, w którym eliminowało nas z Ligi Mistrzów nawet najniższe zwycięstwo Austriaków.