Naturalnym zjawiskiem w piłce nożnej jest dokonywanie oceny gry drużyny po meczu. W istocie rzeczy, większość ocen dostosowywana jest do wyniku, co samo w sobie jest cokolwiek obłudne. Ale nawet gdyby tak nie było, to i tak grę drużyny należy przecież także ocenić na bieżąco. Co zawsze oznacza, że bardzo mocno należy uwzględniać rolę przypadku w piłce nożnej.

Chcę powiedzieć, że nie graliśmy w tym meczu źle. A właściwie – tak gramy od jakiegoś czasu wszystkie wyjazdowe mecze. Przede wszystkim bardzo ostrożnie, starając się uniknąć „dzikiej” gry jak to określa Klopp i straty prostej bramki. Strategia ta prowadzi do tego, że im dłużej mecz trwa, tym bardziej energia i wiara przeciwnika słabnie i tym mniej odporny się staje na nasz atak. Dlatego zwykle w pierwszej połowie ani tak bardzo nie atakujemy ani tak bardzo nie narzucamy swojego stylu gry. W początkowej fazie meczu – być może, jesteśmy niezbyt skoncentrowani, a być może nasi przeciwnicy mają więcej wiary w siebie- ponieważ zaczynają od wyniku 0:0 w ramach którego wszystko jest możliwe. Wszystkie ostatnie mecze, nawet te u siebie i nawet te w większości wygrane taki miały przebieg: przeciwnik na początku atakował, nierzadko pierwszy zdobywał bramkę i dopiero z upływem czasu zdobywaliśmy przewagę.

Ta strategia uwarunkowana jest oczywiście przebiegiem meczu – jeżeli jednak stracimy bramkę, wówczas strategię tę trzeba zmienić. Faktem jest, że zdobywanie bramek przy tej lekko defensywnej koncepcji na początek meczu nie przychodzi nam z łatwością. W ogóle – potrzebujemy dużo pół-sytuacji i ćwierć-sytuacji żeby zdobyć gola. Ale przecież żadna dobra drużyna, łącznie z City nie ma na tym tle wielkiej lekkości.

W drugiej połowie z Villą bramka powinna paść dużo wcześniej, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wyrównaliśmy wynik z Tottenhamem. Tu już odgrywa rolę przypadek. Oprócz przypadku, nie sposób nie mieć pretensji do Salaha, który w ważnych momentach gra egoistycznie, wyłącznie pod siebie. Klopp, dla którego dusze piłkarzy są bardzo ważne i je uwzględnia w swoich decyzjach – zdjął Salaha koło 70 minuty, choć normalnie unika takich decyzji, żeby nie podważać wiary zwłaszcza napastników w samych siebie. Zwłaszcza napastników o takim ego.

W tym przypadku było to niezbędne i słuszne, bo Ox jest w dobrej formie, jest silny, wychodzi na pozycje, strzela. W ogóle – mieć takiego rezerwowego na ławce, to wielki atut.

Dramatyzm końcówki meczu – istotnie, niezwykły, wynikł jednak przede wszystkim z niewykorzystanych sytuacji. Zaś bramka Mane na 2:1 padła w sposób, w jakim w zasadzie bramki nie padają: po dośrodkowaniu Trenta z kornera, Mane stał tyłem do bramki i obok siebie miał dwóch obrońców. Jak on zgrał (głową) tę piłkę, że wpadła, nie wiem. Być może, nie zdobędzie on już nigdy takiej bramki w życiu, ponieważ w pewnym sensie podważa ona prawa natury, fizyki i końcowo, prawo kształtu głowy ludzkiej.

Ta wygrana, w którą trudno było wierzyć do samego końca, jest jednak absolutnie niezbędna pod kątem meczu z City w następną niedzielę. City też się męczyło z Southamptonem, w ogóle wydaje się, że nie są w jakiejś niezwykłej formie, są do ogrania. Zresztą zawsze byli dla na do ogrania. Pytanie, na ile w tym meczu będzie nam chodzi o wygranie a na ile – o nie przegranie. Pod kątem taktyki znakomitym rozwiązaniem – ale umożliwionym przez stan naszej ławki, który jest lepszy niż kiedykolwiek- było pozostawienie poza tym meczem Fabinho, z uwzględnieniem faktu, że każda żółta kartka pozostawiłaby go poza meczem z City. Kto jak kto, ale on akurat jest w tym meczu niezbędny, zwłaszcza, że nie będzie grał Matip.