Nastroje wśród kibiców przed tym meczem były hipoteroptymistyczne i niekoniecznie racjonalne. Jesteśmy bardzo dobrą drużyną, ale nie jesteśmy i nigdy nie będziemy artystami, którzy przewalcowują każdego, kto się nawinie. Przecież nawet w lidze, gdzie wygrywamy prawie wszystko, bardzo dużo meczów jest na styku.

Były też inne powody, by optymizm miarkować. Nie mamy łatwości grania z drużynami hiszpańskimi, a może po prostu to jest bardzo dobra liga, gdzie nawet średnie drużyny mają swój styl i wymiar. Nie szło nam z Sewillą choć przecież teoretycznie, w 2017 roku, byliśmy dużo lepszą od nich drużyną. A przecież Atletico nie jest i nie będzie nigdy średnią drużyną, lepszą od Sewilli. To jest klub który kupuje piłkarza za 115 milionów Euro.

Mam jeszcze pewne podejrzenie wynikające z faktu, że w pucharach generalnie idzie nam trudniej, niż w lidze. Zwłaszcza w meczach wyjazdowych. W ubiegłym roku przegraliśmy w grupie wszystkie mecze, a tym roku wyjątkowa męka z Napoli, które przecież nie jest na topie. To może wynikać z faktu, że drużyny z Europy mamy dużo gorzej rozpracowane, niż drużyny angielskie.

Jak by nie było, początek meczu był fatalny, każda akcja stwarzała zagrożenie, choć nie były to akcje wyrafinowane. No i znów, jak ponad rok temu w Neapolu, nie oddaliśmy ani jednego celnego strzału. Co zresztą nie oznacza, że nie było sytuacji. Ale oznacza, że było ich raczej mało.

W perspektywie rewanżu nie wiadomo właściwie, co to oznacza. Wydaje się, że nadal mamy potencjał, żeby wygrać wyżej niż 1:0 i awansować. Ale znów, pamiętam o meczu z Napoli w listopadzie, oczywiście, nie graliśmy jeszcze z nożem na gardle, ale bardzo chcieliśmy wygrać. Gra ofensywna była niemal całkiem zablokowana. A Atletico gra podobnie, destrukcyjnie, uparcie, fizycznie. To interesujące signum temporis, ale angielski Liverpool jest o wiele bardziej naturalny i spontaniczny, niż hiszpańskie Atletico.

Nie miejmy złudzeń, nie będzie to łatwe zadanie. Z drugiej strony – bronimy tytułu, mamy znakomitą drużynę i nie boimy się nikogo. Będzie to na pewno unikalny mecz. Jeżeli przypomnimy sobie w jakim stanie kadrowym wygraliśmy 4:0 z Barceloną, nie powinniśmy się obawiać nikogo.