RB Salzburg – Liverpool 0:2 czyli sprawdzian odpowiedzialności i klasy

Można oczywiście nie lubić milionerów (miliarderów), choć oczywiście w stosunku do najbogatszych ludzi świata przeważa dwoiste poczucie niechęci i podziwu. Jakiekolwiek by nie były to uczucia, należy w każdym przypadku co najmniej docenić niezwykłą jakość i skuteczność, z jaką milionerzy inwestują swoje pieniądze. Każdy by tak chciał.

Dietrich Mateschitz, twórca i właściciel marki Red Bull, dla zabawy zajął się piłką nożną. Ale nie polega to po prostu na kupowaniu najdroższych piłkarzy na świecie. Dla sprawdzianu swojej sprawczości Mateschitz wybrał raczej mniejsze kluby, w których prowadzi wyrafinowaną selekcję młodych piłkarzy z całego świata.

Oczywiście, zabezpieczeniem ewentualnych błędów w inwestycjach jest bajeczna fortuna Mateschitza, toteż nawet jeżeli tych błędów byłoby dużo, to pewnie się o nich nie dowiemy. Nie mniej – obie drużyny – RB Leipzig i RB Salzburg wyglądają i grają imponująco.

Już w pierwszym naszym meczu z Salzburgiem widać było znamiona jakości ale także pewnego ofensywnego szaleństwa mistrza Austrii. I dlatego, prawdę mówiąc, bardzo obawiałem się tego meczu, w którym eliminowało nas z Ligi Mistrzów nawet najniższe zwycięstwo Austriaków.

Liverpool – Brighton Albion & Hove 2:1 czyl jak życie sobie skomplikować

Bogactwo spekulatywnych interpretacji w piłce nożnej jest nieograniczone, wszystko można opisać na kilka sposobów. Moim zdaniem jednak ten mecz od początku był trudny, bo Brighton jest bardzo zwartą, dobrą drużyną, wyjątkowo dobrą, jak na piłkarzy, którzy w niej grają.

Dlatego strzelanie im bramek było trudne i byłoby trudne, gdyby nie dwie bramki van Dijka. I kiedy stoper, nawet taki super stoper jak VVD zdobywa bramki, to w tym zawsze jest trochę przypadku. Bo żeby piłka po wolnym czy kornerze trafiła na van Dijka i żeby go nikt nie dał rady pokryć i zatrzymać, to zawsze jest kwestia okoliczności. Z drużynami teoretycznie słabszymi w obronie i w bronieniu kornerów van Dijk bramek nie zdobywa. Choć jak stopera ma tych bramek dużo, najwięcej w lidze, ale uważam, żeby gdyby zdobywanie bramek przez stopera było wynikiem jakiejś przewidywalnej konfiguracji czy zagrania, to tych bramek byłoby jeszcze dużo więcej, bo van Dijk przeskakuje większość obrońców lidze.

Więc napastnicy bramek nie zdobywali, ale mecz do pewnej 75 minut wygląda na względnie spokojny i oczywisty. Brighton miał sytuacje ale bez przesady. No i wtedy coś podkusiło Alissona, był pajacykiem przed własnym polem karnym zatrzymał piłką w sytuacji, która nie wykazywała żadnego, ale to kompletnie żadnego zagrożenia. Adrian, który wszedł za Alissona wykazał od razu po wejściu zrozumiałe skąinąd objawy zaburzenia, czego skutkiem był cokolwiek niedorzeczny gol Dunka z rzutu wolnego (właśnie po tej ręce Alissona).

I to końca meczu już przyjemnie nie było, choćby dlatego, że graliśmy w dziesiątkę, Oczywiście znów nie sposób nie zauważyć, iż także w takich okolicznościach drużyna nie wpada w popłoch (choć Brighton ze dwie sytuacje miał, ale wtedy już Adrian doszedł do siebie), i koniec końców mecz wygraliśmy.

Nie był to na pewno dobry mecz, ale przypuszczalnie coraz więcej meczów, zwłaszcza w tym niesamowitym okresie grudnia, grać będzie podświadomie minimalizując wysiłek. To jest oczywiście sztuka dla dojrzałych drużyn, ale taką dojrzałą drużynę teraz mamy.

Liverpool – Napoli 1:1 czyli pewnego rodzaju marzenie

Marzenie o tym, żeby ostatni mecz w grupie grać bez presji, prześladuje nas od trzech lat, to znaczy od czasu kiedy mamy drużynę w standardzie Jurgena Kloppa. Dla ułatwienia dodać można, że w tym czasie raz wygraliśmy Ligę Mistrzów a raz graliśmy w finale, z czego drogą dedukcji odwróconej wynika, że jednak z grupy awansowaliśmy. Tym razem też wcale nie będzie przyjemnie, bo po remisie z Napoli 10 grudnia musimy grać z nakręconą – to taki niezbyt mądry żart, ale zgadnijcie czym nakręconą, energetyczną drużyną z Salzburga.

Od wielu już meczów idzie za nami taka trochę mętna, mgławicowa ideologia zgodnie z którą prawdziwie wielkie drużyny wygrywają wtedy także, gdy grają słabo. A w każdym razie nie dość wybitnie. A my gramy raczej marnie od wielu meczów, wygrywamy w końcówkach, mamy szczęście, oczywiste szczęście. Jedyny mecz z prawdziwego zdarzenia, co najmniej od meczu z Brunley jeszcze w sierpniu, to był mecz z City, gdzie rzeczywiście błysnęliśmy jak za najlepszych czasów.

Ten mecz też był męczący. Nie chcę palić czarownic i koncentrować winy, ale w grze ofensywnej, przy tak słabo grającym Salahu, cały atak jest dość łatwy do zblokowania. Nasi pomocnicy to raczej sprawne roboty, niż artyści, więc wyrafinowana, choć nie wybitna drużyna, jaką jest Napoli, raczej łatwo nas zablokowała.

Pod względem męki niestety, ten mecz przypominał mi mecz z września zeszłego roku, w Neapolu, bodaj najgorszy w ciągu kilkunastu miesięcy mecz naszej drużyny (jeżeli nie liczyć jeszcze gorszego meczu ze Zvezdą w Belgradzie).

Nie wygląda to za dobrze o tyle, że w grudniu gramy 9 meczów, przy czym jednego z nich, z Villą w Carabao Cup, bardzo poważnie bym nie traktował, ponieważ pierwsza drużyna raczej w całości będzie w Katarze. Naprawdę, są wszelkie powody by ten mecz odpuścić, czyli wystawić małolatów.

Ale i tak będzie ciężko. Są to w większości mecze takie jak ten z Napoli, czy Salzburgiem, w którym nie da się przetrwać, lub łatwo wygrać. Fizycznie wszystkie drużyny z naszego poziomu są równie mocne, jak my. Więc trzeba trochę lekkości, finezji i szaleństwa, czyli trzeba zagrać bardzo dobry mecz, żeby wygrać.
Tym razem, naprawdę, tylko 20 minut po przerwie, to była taka prawdziwie energetyczna, szybka gra, kiedy wydawało się, że Napoli jednak ulegnie. Ale z czasem wszystko wracało to spłaszczonej normy. Co gorsza, nie byliśmy w stanie zmienić obrazu gry przez zmienników, Trent wszedł za późno, a Ox tym razem zupełnie się nie wkleił w grę. Zdaje mi się, że tu już prędzej Shaqiri lub Lallana mogliby coś wnieść, nie mówiąc o Keicie, w którego ciągle wierzę (był chory).

No i jeszcze kontuzja Fabinho. Zły dzień. Zawsze się zastanawiam, czy jeżeli piłkarz jeszcze gra po urazie, to czy to jest dobry znak, czy raczej złym znakiem jest to, że jednak zaraz potem schodzi z boiska. Zapewne, to, że gra świadczy co najmniej o tym, że nie ma niczego urwanego lub złamanego. Więc w to wierzę. Fabinho to jest absolutnie kluczowy piłkarz.

Następny mecz za 3 dni, z Brighton – z tym, że to jeszcze ciągle listopad. W tych wszystkich meczach trzeba odważniej, niż dotąd rotować składem, nawet za cenę ryzyka. No i wierzyć w to, że szczęście jest u nas nadal na etacie.

Liverpool – Manchester City 3:1 czyli zupełnie nowe doświadczenie

Prawdę mówiąc, kibicowanie drużynie, która wygrywa wszystko co podjedzie i generalnie uważana jest za jedną z najlepszych, a może najlepszą drużyną klubową na świecie jest dla kibica Liverpoolu zupełnie nowym doświadczeniem. Przynajmniej w tym pokoleniu. W poprzednim pokoleniu kibice wspominają drużynę prowadzoną przez Dalglisha z Barnesem, Beardsleyem i Aldridge’em, ale po pierwsze, w Polsce tego nie oglądaliśmy, po drugie zaś – ta drużyna nie grała w pucharach europejskich, bo mieliśmy zakaz, więc weryfikacja jej mocy nie była pełna.

W każdym razie nasza obecna drużyna stanowi pewien typ drużyny, która, o czym często mówi Klopp, nie jest drużyną jakichś superartystów i która, żeby wygrać, musi się napracować, a przedtem jeszcze skoncentrować. Innymi słowy nie jesteśmy Barceloną czy Realne, żeby z każdym po kolei wygrywać 3:0 albo 5:0, tylko musimy naszą grę wykorzystać w najbardziej właściwy sposób, dopasowując ją do przeciwnika, po to, żeby możliwie dużo meczów wygrać.

Jest to raczej specyficzne podejście, które wymaga pewności siebie, wiary i trochę szczęścia. Lub więcej niż trochę. Ostatnie mecze wygrywaliśmy niemal wyłącznie w stosunku 2:1 – z Tottenhamem, Villą, Genkiem, poprzednio 4:3 z Salzburgiem. Każda z tych drużyn, nawet Spurs nie mówiąc o innych, jest dużo gorszą drużyną od City, a z nimi akurat wygraliśmy wyżej. Moim zdaniem świadczy to o szczególnym sposobie rozkładania sił i możliwości w taki sposób, by największy wysiłek i największą moc zaangażować w stosunku do najgroźniejszego przeciwnika w najważniejszym meczu.

Był to w ogólności wspaniały meczu, także z uwagi na City, ich elegancki, czy wręcz piękny sposób gry, i oczywiście z uwagi na niespotykaną energię i witalność naszych piłkarzy.

Nie ma chyba powodu memłać się w problematyce, czy powinien być rzut karny za rękę Trenta. Oliver jest najlepszym angielskim sędzią, do tego jest VAR. Szkoda tylko, że nie możemy otrzymywać oficjalnych wykładni takich szczególnych decyzji, ponieważ nie mam żadnych wątpliwości, że są to decyzje głęboko uzasadnione. W szczególności – nie wiem czy jest taki przepis, ale bardzo logiczna byłaby taka interpretacja zgodnie z którą, jeżeli w tej samej akcji rękę obrońcy poprzedziła ręka napastnika, to ręka obrońcy się nie liczy, ponieważ nie wiadomo wcale, jak poleciałaby piłka, gdyby się nie odbiła od ręki napastnika. Tu jest czysta logika, a nie jakieś domniemania.

Wszyscy się zachwycają naszymi napastnikami, ale ten mecz poza wszystkim pokazał potęgę naszych pomocników. Klopp za pierwszą trójkę od co najmniej roku uważa Hendersona, Wijnalduma i Fabinho. Wielu kibicom wydaje się, że to jest konserwatywno-defensywne zestawienie, uwzględniając na przykład potencjał Keity czy dynamikę Oxa. Ale ten mecz stanowi najlepszy dowód na mądrość tego wyboru. Albo nawet więcej – na to, że ci pomocnicy grają coraz lepiej, o ile to możliwe.

Fabinho do tej pory przez ponad rok zdobył jakąś wciśniętą bramkę głowo, a teraz przypakował z taką siłą i celnością, że można tylko zapytać, czemu nie robi tego częściej? No, a Henderson dograł na 3:0 piłkę do Mane w taki sposób, że trzeba mieć nie unikalną wizję piłkarską, by zobaczyć w tym momencie szansę na bramkę.

Koniec końców najbardziej imponująca była w tym meczu jednak tak „ekonomizacja” wyniku, czyli wykorzystanie wszystkich naszych największych atutów właśnie w meczu z City. Klopp powiedział, że aby wygrać z City nie można grać tak jak oni, ponieważ w tym sposobie gry nikt im nie dorówna. No, i graliśmy chwilami wręcz nietypową piłkę jak na tak wyrafinowaną drużynę – pierwszą rzeczą, jaką robili Alisson, Trent czy Robertson gdy tylko dopadli piłkę, to wysyłali ją na 60 metrów w przód lub boczny przód. Gdyby tak grała inna drużyna, mniej finezyjna, to powiedzielibyśmy, że to jest styl raczej prymitywny, gra Sama Allardyce’a. Ale przecież ta gra nie była prymitywna, tylko właśnie – wysmakowana.

Na twitterze widziałem taki parosekundowy filmik, gdy Alisson rzuca piłkę do Salaha w okolice środkowej linii, a ten gasi piłkę z odbicie rzędu 10 centymetrów. Gra długą piłką jest prymitywna lub subtelna – zależnie od tego, kto i jak tą długą piłką gra.