Chelsea – Liverpool 2:0 (Puchar Anglii) czyli o korzyściach i niekorzyściach wynikających z wakacji

Klopp nie gra w pucharach na alibi. To znaczy – nie traktuje ani jednego ani drugiego krajowego pucharu szczególnie poważnie, ale też nie lekceważy całkiem. W tym przypadku istniały wszelkie powody, by zagrać na alibi w takim składzie, jak z Evertonem. Oczywiście, oznaczałoby to niemal pewną porażkę, ale z drugiej strony nie byłoby konieczności tłumaczenia się. Zwłaszcza, że była to trzecia porażka w czterech kolejnych meczach.

Alibi Kloppa sprowadzało się tylko i wyłącznie do tego, że przednia trójka nie wyszła na plac, bo Salah i Firmino pojawili się dopiero pod koniec meczu. Może jak ktoś wie o Livepoolu z nasłuchu jedynie, uważa, że to poważne osłabienie składu. W świetle meczu z Watfordem my, którzy jesteśmy blisko drużyny, wiemy, że cała trójka grała po prostu słabo i ich zastąpienie przez Minamino czy Origiego niebyło wielkim osłabieniem pierwszego składu.

Przegraliśmy mecz, choć w pierwszej połowie absolutnie, powinniśmy zdobyć wyrównującą bramkę, lub może nawet dwie. Paradoks polega na tym, że ten mecz miał niewiele inny przebieg od wielu meczów, które w tym sezonie wygraliśmy. Mieliśmy po prostu dużo mniej szczęścia. W drugiej połowie natomiast – tych sytuacji już właściwie nie było.

Od strony naszych planów – Puchar Anglii to rozgrywki drugorzędne, a z Chelsea, nawet tą Chelsea, zawsze można przegrać. Czy to znaczy zatem, że wszystko jest w porządku?

No, niekoniecznie. Nie mamy teraz łatwości stwarzania sytuacji, ale przede wszystkim, nasi przeciwnicy stwarzają sytuacje stanowczo zbyt łatwo.

Moja teza jest niezmiennie ta sama. Każda przerwa, każde wakacje są dla tej drużyny szkodliwe. Gramy piłkę fizyczną, intensywną, powiedziałbym, agresywną. Takie podejście wymaga wpasowania do butów, boiska, stadionu, wymaga takiej fizycznej pewności siebie, którą uzyskuje się w piłce wyłącznie wskutek grania kolejnych meczów.

Rewers tego problemu w poprzednich sezonach znajdował wyraz w tym, że, po pierwsze, po tej przerwie po kilku meczach odnajdywaliśmy rytm, po drugiej zaś, zachowywaliśmy świeżość i entuzjazm do końca sezonu. Wygląda więc na to, że taka przerwa, jaką zafundował Klopp (lub raczej liga i Klopp) piłkarzom jest objęta skakulowanym, świadomym ryzykiem.

Watford – Liverpool 3:0 czyli jak łatwo jest przegrać i to wysoko

Łatwo jak diabli, zwłaszcza, jeżeli na początku meczu się nie chce grać. Potem może być za późno.

Nasi piłkarze przyzwyczaili się do takiego scenariusza, który powtarzali kilka razy, że najpierw tracą bramkę, lub nie tracą ale dają pograć przeciwnikowi, a potem biorą się do roboty i wygrywają mecz. Do tej pory to wystarczało, poza jednym meczem z United.

Ale jest to ryzykowna strategia, jeżeli nie jesteśmy w pełnej formie. A kiedy nie jesteśmy?

Zawsze po przerwie, wakacjach, wyjeździe do Dubaju itp. Tak było dwa lata temu, tak było rok temu.

Dla takiej drużyny, jak nasza, przy takim systemie, jak nasz, kwestia tak zwanego rytmu meczowego jest niezwykle ważna. Ciężko szło z Norwich, ciężko szło z Atletico i West Hamem, Teraz nas dopadli.

Ten mecz i ten wynik pokazuje po raz tysięczny, jak niedużo dzieli wygraną od przegranej w futbolu. Zawiera też w sobie element optymistyczny, bo nasi piłkarze mniej więcej po dwóch tygodniach, trzech-czterech meczach wracają do pełni swych wielkich możliwości. W sam raz na Atletico.

Atletico – Liverpool 1:0 czyli miarkować nastroje i nie bać się nikogo

Nastroje wśród kibiców przed tym meczem były hipoteroptymistyczne i niekoniecznie racjonalne. Jesteśmy bardzo dobrą drużyną, ale nie jesteśmy i nigdy nie będziemy artystami, którzy przewalcowują każdego, kto się nawinie. Przecież nawet w lidze, gdzie wygrywamy prawie wszystko, bardzo dużo meczów jest na styku.

Były też inne powody, by optymizm miarkować. Nie mamy łatwości grania z drużynami hiszpańskimi, a może po prostu to jest bardzo dobra liga, gdzie nawet średnie drużyny mają swój styl i wymiar. Nie szło nam z Sewillą choć przecież teoretycznie, w 2017 roku, byliśmy dużo lepszą od nich drużyną. A przecież Atletico nie jest i nie będzie nigdy średnią drużyną, lepszą od Sewilli. To jest klub który kupuje piłkarza za 115 milionów Euro.

Mam jeszcze pewne podejrzenie wynikające z faktu, że w pucharach generalnie idzie nam trudniej, niż w lidze. Zwłaszcza w meczach wyjazdowych. W ubiegłym roku przegraliśmy w grupie wszystkie mecze, a tym roku wyjątkowa męka z Napoli, które przecież nie jest na topie. To może wynikać z faktu, że drużyny z Europy mamy dużo gorzej rozpracowane, niż drużyny angielskie.

Jak by nie było, początek meczu był fatalny, każda akcja stwarzała zagrożenie, choć nie były to akcje wyrafinowane. No i znów, jak ponad rok temu w Neapolu, nie oddaliśmy ani jednego celnego strzału. Co zresztą nie oznacza, że nie było sytuacji. Ale oznacza, że było ich raczej mało.

W perspektywie rewanżu nie wiadomo właściwie, co to oznacza. Wydaje się, że nadal mamy potencjał, żeby wygrać wyżej niż 1:0 i awansować. Ale znów, pamiętam o meczu z Napoli w listopadzie, oczywiście, nie graliśmy jeszcze z nożem na gardle, ale bardzo chcieliśmy wygrać. Gra ofensywna była niemal całkiem zablokowana. A Atletico gra podobnie, destrukcyjnie, uparcie, fizycznie. To interesujące signum temporis, ale angielski Liverpool jest o wiele bardziej naturalny i spontaniczny, niż hiszpańskie Atletico.

Nie miejmy złudzeń, nie będzie to łatwe zadanie. Z drugiej strony – bronimy tytułu, mamy znakomitą drużynę i nie boimy się nikogo. Będzie to na pewno unikalny mecz. Jeżeli przypomnimy sobie w jakim stanie kadrowym wygraliśmy 4:0 z Barceloną, nie powinniśmy się obawiać nikogo.

Norwich – Liverpool 0:1 czyli kim jesteśmy i co z tego rozumiemy

Liverpool osiąga historyczne wyniki w sensie liczby wygranych meczów i zdobytych punktów, a my, ludzie od lat będący tak blisko na złe i na dobre z tym klubem, do końca nie wiemy, jak się w tym wszystkim znaleźć. Bo – nie wiem, czy to jest tylko moje zdanie, ale takie właśnie mam – wielkość drużyn, taką historyczną wielkość drużyn o których po latach się opowiada budowana była chyba na trochę innym koncepcie, niż ta nasza wielkość.

Te wielkie drużyny, typu Barcelona z czasów Pepa albo Cruyffa, Bayern z czasów Heynkessa, lub wręcz Ajax z czasów Michelsa pamiętamy raczej jako drużyny wyrafinowane technicznie, oparte na kilku wybitnych indywidualnościach. Liverpool jest natomiast drużyną opartą na innych parametrach, na intensywności, na, jak mówi się po angielsku, staminie. I w dodatku jest drużyną wcale nie budowaną na indywidualnościach.

O tym świadczą mocno losy piłkarzy sprzedawanych lub przepłacanych ciężkimi pieniędzmi, którzy idą od nas – już w czasach Klopa – do innych klubów. Jak choćby Coutinho czy Can. Zmieniają kluby, szukają swojego miejsca, bo wszystkim się wydaje, że będą tak samo dobrzy, jak byli u nas. Nie będą.

Unikalność konstrukcji Klopa może nam zagwarantować sukcesy przez wiele lat, ponieważ, oczywiście, bez Firmino czy Mane, a zwłaszcza van Dijka byłoby nam trudniej. Ale trudno mi uwierzyć, że nagle stalibyśmy się przeciętną drużyną.

Liverpool to triumf koncepcji i systemu, nie zaś poszczególnych piłkarzy czy dodatkowych okoliczności.

W takich meczach, jak z Norwich, nie wiadomo do końca, o co właściwie chodzi. Liverpool ma taką przewagę, że choćbyśmy ten mecz przegrali, to i tak będziemy mistrzami. Dość długo bałem się to przyznać, ale co najmniej od przegranej City z Wolves i naszej wygranej z Leicester nie wierzę w te wszystkie zaklęcia, że ważny jest tylko następny mecz. Sprawa mistrzostwa jest przesądzona niejako z dwóch stron – od naszej strony i od strony naszych rywali. Nawet zanim okazało się, że City zostało wyrzucone z pucharów na dwa lata.

O meczu z Norwich da się powiedzieć to, że wbrew oryginalnym zamysłom Klopa jesteśmy drużyną unikalną pod względem defensywy. Co do gry w ataku to założę się, że nawet po wygranych większość naszych kibiców uważa, że potrafimy grać lepiej. Mecze zoptymalizowane pod względem ataku zdarzają się rzadko. Ale w obronie nasza gra jest absolutnie rewelacyjna. Przeciwnik ma w meczu może jedną sytuację, a wtedy broni Alisson.

Wszystko to razem składa się na taką wizję, że drużyny wielkie są zarazem unikalne, nie powtarzają niczego, grają po swojemu. Ustalenie, na czym to polega wcale nie jest łatwe.

Prace w tym zakresie będą kontynuowane.

Liverpool – Southampton 4:0 czyli rzecz o cierpliwości na drodze do artyzmu

Na początku sezonu sądziłem, że Hasenhüttl, trener Southampton zostanie zwolniony. W ubiegłym sezonie wprawdzie wyciągnął ich od spadku, ale też nie było w nich nic porywającego, a to jest klub o całkiem dobrym standingu finansowym i nienajgorszych piłkarzach. Na początku tego sezonu było chyba jeszcze gorzej, czego konkluzją była upokarzająca przegrana z Leicester 0:9.

Dzisiaj wiadomo, że angielska story Hasenhüttla jest dowodem na coś zupełnie innego, co w sumie w futbolu się zdarza, ale nie aż tak często, mianowicie na to, że trener może nauczyć dorosłych piłkarzy zupełnie innego grania w piłkę, niż dotychczas. Teoretycznie proliferacja wzorców w piłce jest nieograniczona, wszystkie większe i średnie drużyny poddane są drobiazgowym analizom i wszyscy wiedzą jak inni grają. Ale z drugiej strony liczba szczegółów, która różnic pracę dobrego trenera od trenera wybitnego jest tak duża, że zapewne nie sposób jest wybitnego trenera po prosu wymyślić. Musi taki się znaleźć.

Jedna cecha na pewno łączy szkołę trenerską Kloppa i Hasenhüttla, a mianowicie to, że obaj uczą grania w piłkę. Nie liczą tylko na taktyczny sztych ani też na kupowanie najdroższych piłkarzy. To wcale nie jest takie oczywiste, bo większość trenerów nie polega wcale na uczeniu gry, wychodząc  z nie całkiem głupiego założenia, że w wielkiej piłce nie ma na to czasu.

Właściciele zaś Southampton dali Hasenhüttlowi co najmniej pół roku i pozwolili mu przebudowywać drużynę poprzez edukację i trening, a nie poprzez wymianę składu. Przecież dokładnie to samo zrobił w Liverpoolu Klopp. W pierwszym roku piłkarzy nie zmienił i nie kupił ani jednego piłkarza. Southampton zaś w zasadzie w tym samym składzie z drużyny walczącej desperacko o ligę stał się zespołem środka tabeli, walczącym z najlepszymi. Symbolicznym wymiarem tej przemiany była wygrana wyjazdowa z Leicester, tym samym Leicester z którym przegrali 0:9 trzy miesiące wcześniej.

Więc wcale mnie nie dziwi to, że w pierwszej połowie nie mogliśmy sobie z nimi dać rady. Ostateczny wynik meczu jest dużo za wysoki, choć oczywiście od momentu pierwszej bramki Liverpool stał się drużyną artystyczną. Ale to też było możliwe, ponieważ Southampton grał w piłkę.

Po meczu szczególnie pełne uroku były sceny z udziałem naszych piłkarzy i Danny’ego Ingsa. Ings który w sumie nie zmieścił się u nas w składzie także z powodu fatalnych kontuzji , w Southampton jest prawdziwą gwiazdą. I dobrze, dobrze też dla naszego scoutingu. Natomiast relacje, jakie z naszymi piłkarzami ma Ings świadczą po prostu bardzo dobrze o relacjach w naszej drużynie ogólności. Ludzie są ciepli i przyjaźni, w takich warunkach łatwiej o sukces.

Shrewsbury Town – Liverpool 2:2 czyli dzieciaki i rekonwalescenci

Shrewbury Town gra w trzeciej lidze (która po angielsku nazywa się League One, nigdy nie przestanę podziwiać tego gościa które te nazwy powymyślał) i to wcale nie w górze tabeli, tylko poniżej środka. Tymczasem podobna ekipa z naszej strony ograła parę tygodni temu Everton (raczej szczęśliwie, ale to przecież nie ma znaczenia), czyli drużynę z innego pułapu, zwłaszcza, że Everton był już po zmianie trenera.

Wiadomo, młodzi piłkarze są chimerycznie, każdy trener Wam to powie. Z tym, że w tym akurat meczu najsłabiej grali nasi starzy piłkarze, Lovren i Matip wracający po kontuzjach i Origi. Był remis a przecież mogliśmy i powinniśmy mecz przegrać

Co do Origiego nie mam wielkich złudzeń i prawdę mówiąc nie bardzo wiem, co z nim w przyszłości zrobimy. Mimo całej martyrologii z nim związanej, to jest tylko kilku bramek w ubiegłym sezonie, jest to piłkarz na zmiany, i to prawdę mówiąc zmiany na ostatnich 10 minut meczu.

Natomiast nasi stoperzy nie grali przez kilka miesięcy i są oba w wieku, kiedy powrót do pełnej formy jest coraz trudniejszy i coraz dłuższy. W ich przypadku mogę powiedzieć to samo – jest tylko kwestią czasu, i to krótkiego, kiedy będzie trzeba ich zastąpić. Szczególnie szkoda mi Matipa, który przed kontuzją grał dobrze, ale wobec obecnej gry Gomeza – w pierwszym składzie grać nie będzie.

W ogóle wydaje mi się, że i dla piłkarzy po kontuzji i dla naszych młodych zawodników gra z taką drużyną, jak Shrewsbury jest trudniejsza, niż gra z Evertonem. Wszystko jest trudniejsze – murawa jest taka, że piłka skacze, przeciwnicy grają mecz życia co pokazują całą swoją fizycznością. Nie twierdzę, że grają brutalnie, ale grają z takim użyciem siły fizycznej, z jaką ani Everton ani nikt w pierwszej lidze nie gra. Tu gra podświadomość naszych piłkarzy, jak też i brak doświadczenia. Szczególnie dotyczy to finezyjnych piłkarzy, takich jak Elliot, Minamino czy Jones.

Jeżeli Klopp ten mecz chciał jednak wygrać (nie jest to wcale takie oczywiste, w każdym razie nie jest oczywiste czy chciał wygrać za wysoką cenę) to powinien być wpuścić Salaha, Firmino i Oxa jednak na pół godziny. Powinien – ale się nie spodziewał, że tak to się rozwinie.

Nawiasem mówiąc, karny na 2:1 był najzupełniej niesłuszny. Nie zmienia to w niczym podstawowego problemu, że mecz trzeba powtórzyć. Przy czym, powtórka odbędzie się z udziałem po naszej stronie podobnej ekipy, lub raczej nawet słabszej, bo nie będą dostępni żadni piłkarze, którzy są choćby blisko pierwszego składu. Klopp już to zapowiedział.