Wolves – Liverpool 1:2 czyli remis jako życiowy sukces (naszego przeciwnika)

Doczekaliśmy niezwykłych czasów, gdy nasz przeciwnik, w dodatku bardzo dobra, zorganizowana drużyną, jaką są Wolves traktuje remis w meczu z Liverpoolem jako swój cel i potencjalny sukces. Którego zresztą i ta koniec końców nie udaje się jej osiągnąć.

Mam takie wrażenie, że mecz wyglądał inaczej do momentu kontuzji Mane i inaczej potem. Niekoniecznie miało to związek z faktem, że Mane zastąpił Takumi Minamino i że to był jego pierwszy mecz ligowy. Sama decyzja o takiej zmianie była ze strony Kloppa odważna, ale najwyraźniej opiera się ona na założeniu, że jeżeli mamy mieć z tego chłopaka pożytek, to trzeba to sprawdzić możliwie szybko.

Minamino grał moim zdaniem porządnie, ale bojaźliwie, to znaczy ani razu nie wszedł w drybling, co było w Salzburgu bardzo wyraźnym znakiem firmowym jego gry.

Tak czy inaczej, po zejściu Mane dynamika gry w ataku wyraźnie się zmniejszyła. W drugiej zaś połowie Wolves byli bardzo groźni dzięki bardzo szerokiemu rozstawieniu skrzydłowych, zwłaszcza zaś Adamy Traore, który zawsze był piekielnie szybki, a teraz się jeszcze okazało, że potrafi grać w piłkę. Zresztą ten mecz, jak wiele poprzednich można analizować w kategoriach niezdobycia możliwie szybko drugiej bramki.

Ja podejrzewam sam siebie o pewną niesprawiedliwość wobec Salaha, który jest, był i będzie wybitnym piłkarze, ale wydaje mi się, że jego psyche nadal nie jest w pełni uspokojona, mam wrażenie, że ciągle, w każdej bramkowej sytuacji on chce coś udowadniać. Zamiast po prostu wybrać wariant, który najlepiej służy drużynie.

Koniec końców nie sądziłem, że wygramy. Ten remis przyjąłbym z godnością, bo Wolves to jest w tej chwili druga w lidze drużyna pod względem jakości grania. Oni natomiast walczyli dzielnie o remis, a i tak przegrali.

Akcja na 2:1 wyglądała na cokolwiek przypadkową, ale ma ona pośredni związek z tym, jaki strach wśród przeciwników budzi Salah. Oni zapominają po prostu o innych piłkarzach. Wtedy najczęściej bramki zdobywa Roberto Firmino.

Liverpool – Manchester United 2:0 czyli analiza świata widzianego z wysoka

Po meczu z Tottenhamem miałem taką refleksję, którą zaraz opiszę, a po meczu z United miałem ją jeszcze bardziej. W obu przypadkach graliśmy z drużynami, które tak czy inaczej aspirują i tak czy inaczej muszą się tłumaczyć, że przegrywają z nami, choć ja osobiście nie widzę w tym teraz niczego nadzwyczajnego.

Otóż jeżeli dwa kluby grają w tych samych rozgrywkach to z definicji grają na tym zbliżonym poziomie. Tak to jest zorganizowane, taki jest sens ligi. W tych okolicznościach w każdym meczu zachodzi dużo zdarzeń, które, gdyby ich efekt sprzeciwił się statystycznym przebiegom, sprawiłyby, że mecz mógłby przynieść każdy wynik. Innymi słowy gdyby jedni, którzy mieli przewagę i dziesięć sytuacji bramkowych wszystkich ich nie wykorzystali, drudzy zaś mieli jedną i zdobyliby gola, wówczas wygraliby mecz.

Wszyscy przecież wiemy, że takie mecze się zdarzają.

W takim przypadku jedni rozsądnie by powiedzieli, że wynik jest przeciwny do przebiegu gry, drudzy by powiedzieli, że to jest futbol.

Tak kontrstatystyczną interpretację meczu z Tottenhamem zaproponował w ubiegłym tygodniu Mourinho. Widać, że w nowej pracy chciał on zmienić swoją chamsko-arogancką stylistykę, ale widać też, że to jest trochę wbrew jemu samemu. Mourinho dał wyraz poglądowi, że właściwie to oni mogli zremisować lub nawet wygrać. Oczywiście, że mogli. Tylko że taki wynik byłby nie tylko wysoce anty-statystyczny, ale zwyczajnie nielogiczny lub nawet, powiem z pewnym wahaniem, wysoce niesprawiedliwy.

Solskjaer ma mniejszy dorobek i w ogóle jest Norwegiem, nie zaś Portugalczykiem, więc jest skromniejszy. Natomiast po meczu z United z obozu tego klubu pojawiły się głosy, że właściwie gdy oni wykorzystali sytuacje, to by zremisowali.

To prawda.

Tylko gdyby Liverpool wykorzystał w odpowiednim procencie sytuacje, to w równowaga powinna była zatrzymać się na poziomie wyniku na przykład 6:1. Nie wiem czy kibicom United to by się bardziej podobało.

Jest prawdą i było prawdą zarówno tydzień temu jak i tym razem, że nasz futbol jest rozrzutny. Przy pewnej dynamice grania, szybkości trudno o precyzję. Choć, prawdę powiedziawszy, i tak czekam na moment, kiedy Mane i Salah zaczną wykorzystywać przynajmniej co drugą sytuację.

Wszyscy bowiem, którzy „z zewnątrz” zachwycają się naszą drużyną (jest czym) nie są chyba do końca świadomi, że ta drużyna może i potrafi grać lepiej. Przynajmniej zaś nakładając poszczególne kalki z przeszłości – takie możliwości na pewno mamy.

W tej chwili bowiem przyszłość dla kibica Liverpoolu nie jest ciekawa wyłącznie z powodu, jaki będzie wynik następnego meczu, ale w równym stopniu jak będziemy grali. Co na ogół sprowadza się do pytania – w jaki sposób wygramy.

Za chwilę mecz z Wolves, powtórka meczu z samego końca grudnia, który był najtrudniejszym meczem na własnym boisku w ostatnim okresie. W lidze angielskiej nie ma w tej chwili wielkie szóstki, bo Leicester i Wolverhampton są raczej lepsze, niż Arsenal, Tottenham czy United.

Tottenham Hotspurs – Liverpool 0:1 czyli sztuka strzelania dwóch bramek

To wszystko trochę wygląda tak, jakbyśmy byli takim dużym niedźwiedziem, którego obsiadły jakieś mniejsze stworzenia i chcą mu dokuczyć, a my się do tych stworzeń oganiamy, bo nam przeszkadzają, choć wiemy, że nic złego ostatecznie nam nie zrobią.

Ciężar wygrywania wszystkich meczów jest mało zabawny w takiej sytuacji, jaka była w ubiegłym roku, kiedy mieliśmy City najpierw na plecach, a potem przed sobą. Teraz jest trochę inaczej. Jeżeli drużyna jest prawidłowo ustawiona psychologicznie – a nie wątpię, że jest – to obowiązkowo musi ona przyjmować perspektywę zremisowania lub przegrania meczu, bo inaczej życie będzie dla nich koszmarem.

Liverpool – Everton 1:0 (Puchar Anglii) czyli najlepszy wynik sezonu

Z piłkarzami małolatami bywa bardzo różnie – to znaczy całkiem często zdarza się tak, że któryś chłopak zachwyci nas w wieku 18 lat a potem już o nim nie słyszymy. To nierzadko wynika po prostu z fizjologii i nieregularnego rozwoju biologicznego młodych piłkarzy. W dawniejszych czasach, a na pewno u nas, powodem ich zanikania w równym stopniu była tak zwana woda sodowa, co zwykle nie oznaczało wody sodowej tylko wódę i imprezowanie, a ogólniej – niską odporność na tę szaloną ilość kasy, którą z dnia na dzień ci chłopcy dostają do dyspozycji. W tak zwanym życiu prawdziwym walczymy o 5 procentowe podwyżki, więc normalnie nasza odporność nie nie jest wystawiona na takie próby.

Więc nie chcę niczego więcej powiedzieć, że mamy paru znakomitych chłopaków i to są już piłkarzy, którzy są pod bezpośrednim zarządem Kloppa. Jak ktoś przegląda fotografie z treningów pierwszej drużyny, to na nich Curtis Jones pojawia się od kilkunastu miesięcy. Teraz z Evertonem zdobył taką bramkę, że wszyscy będą się nim zachwycać. Ale przecież są inni.

Taki Harvey Elliot, jeszcze młodszy, skończone 16, talent w skali światowej. Talent piłkarza w tym wieku zresztą głównie i najlepiej wyraża się kiwką, potem, w wielkich meczach, piłkarze sobie rzadko pozwalają na takie ekscesy, ale młodzi piłkarze, tak długo, jak długo bawią się piłką, kiwają na treningach i mniej ważnych meczach do upadłego. Niektórym to nigdy nie przechodzi, i wtedy jest pewien problem.

Mnie z tych małolatów szczególnie urzekł Pedro Chirivella. Jest w klubie od dawna, od 2013 roku, ma 23 lata, był na wypożyczeniach i jakoś wielkiej kariery nie zrobił. Ciekaw jestem dlaczego? Może ten jego rozwój piłkarski jest też inaczej sfazowany, by tak rzec. Z Evertonem grał super, grał jak doświadczony dojrzały piłkarz.

Tak był ten mecz – mecz dla młodzieży. Wystawiając taką drużynę Klopp daje wyraźny sygnał – nie zależy nam na Pucharze. Wyjdzie to wyjdzie, nie to trudno. Prawdą jest oczywiści i to, że teraz, mają w perspektywie grę ze słabszą drużyną (zapewne) niż Everton może być trochę szkoda tej szansy, bo potem jest już ćwierćfinał. Ale myślę – bądźmy uczciwi – że mając na głowie ligę i Ligę Mistrzów nikt nam nie wmówi, żebyśmy mieli Pucharem Anglii tak naprawdę się przejąć. Nie jesteśmy już klubem które chce wygrać cokolwiek. Tak jak 2011 roku, gdy wygranie Pucharu Ligi jawiło nam się jako szczyt szczęścia i możliwości.

Jesteśmy w innej epoce. W epoce w której grając drugą drużyną wygrywamy z pierwszą drużyną Evertonu. Jest taki sławny tekst Billa Shankly’ego, który miał powiedzieć, że najlepsze dwie drużyny w mieście to pierwsza drużyna Liverpoolu i druga drużyna Liverpoolu. Inaczej niż większość naszych kibiców, jak po prostu lubię Everton, jak lubię stare, solidne kamienice, więc znęcać się nie będę. Oni mają problem, ale mają też pieniądze i możliwości, żeby swoje problemy rozwiązywać.

Liverpool – Sheffield United 2:0 czyli najlepszy wynik

Prawdę mówiąc, wynik 2:0 lubię najbardziej. Z tego wynika, że mecz był co najmniej wyrównany, a w każdym razie nie był jednostronny. I ja nie lubię, gdy jedna drużyna katuje drugą, bo to znaczy, być może, że nie powinny ze sobą grać.

Z drugiej strony jest to wynik w jakimś sensie pewny, choć oczywiście należałoby zajrzeć do przebiegu meczu, żeby się dowiedzieć jak to wyglądało.

Ten mecz był pod tym względem klasyczny. Dwie bramki naszych najlepszych napastników, jedna na początku meczu, druga bliżej końca. I co więcej, przebieg meczu, który opisywać należy słowami „pełna kontrola”. Sheffield to jest bardzo porządna drużyna, ale prawdę mówiąc, zagrażała nam mniej, niż kilka innych drużyn.

Co by nie powiedzieć, pewność gry obronnej jest absolutną podstawą naszych wyników. Dla takiej gry właśnie najlepszą ilustracją jest wynik 2:0.

Liverpool – Wolves 1:0 czyli męka, VAR i do przodu

Nie można każdego meczu grać, tak jak z Leicester. Nawet mają jeden dzień odpoczynku przewagi nad rywalem, ponieważ po trzech dniach od meczu piłkarz jest niewiele mniej znękany, niż po dwóch dniach, w każdym razie – raczej grać nie powinien.

Wolverhampton ma bardzo dobrą drużynę. Dobre drużyny nie pławią się w efekciarstwie, tylko przede wszystkim przez cały meczu wiedzą, o co im chodzi. I dlatego są takie trudne do ogrania. I dlatego my jesteśmy tacy trudni do ogrania.

Do tego wszystkiego trzeba mieć szczęście, choćby takie, jakie mieliśmy przy jedynej bramce meczu.