Norwich – Liverpool 0:1 czyli kim jesteśmy i co z tego rozumiemy

Liverpool osiąga historyczne wyniki w sensie liczby wygranych meczów i zdobytych punktów, a my, ludzie od lat będący tak blisko na złe i na dobre z tym klubem, do końca nie wiemy, jak się w tym wszystkim znaleźć. Bo – nie wiem, czy to jest tylko moje zdanie, ale takie właśnie mam – wielkość drużyn, taką historyczną wielkość drużyn o których po latach się opowiada budowana była chyba na trochę innym koncepcie, niż ta nasza wielkość.

Te wielkie drużyny, typu Barcelona z czasów Pepa albo Cruyffa, Bayern z czasów Heynkessa, lub wręcz Ajax z czasów Michelsa pamiętamy raczej jako drużyny wyrafinowane technicznie, oparte na kilku wybitnych indywidualnościach. Liverpool jest natomiast drużyną opartą na innych parametrach, na intensywności, na, jak mówi się po angielsku, staminie. I w dodatku jest drużyną wcale nie budowaną na indywidualnościach.

O tym świadczą mocno losy piłkarzy sprzedawanych lub przepłacanych ciężkimi pieniędzmi, którzy idą od nas – już w czasach Klopa – do innych klubów. Jak choćby Coutinho czy Can. Zmieniają kluby, szukają swojego miejsca, bo wszystkim się wydaje, że będą tak samo dobrzy, jak byli u nas. Nie będą.

Unikalność konstrukcji Klopa może nam zagwarantować sukcesy przez wiele lat, ponieważ, oczywiście, bez Firmino czy Mane, a zwłaszcza van Dijka byłoby nam trudniej. Ale trudno mi uwierzyć, że nagle stalibyśmy się przeciętną drużyną.

Liverpool to triumf koncepcji i systemu, nie zaś poszczególnych piłkarzy czy dodatkowych okoliczności.

W takich meczach, jak z Norwich, nie wiadomo do końca, o co właściwie chodzi. Liverpool ma taką przewagę, że choćbyśmy ten mecz przegrali, to i tak będziemy mistrzami. Dość długo bałem się to przyznać, ale co najmniej od przegranej City z Wolves i naszej wygranej z Leicester nie wierzę w te wszystkie zaklęcia, że ważny jest tylko następny mecz. Sprawa mistrzostwa jest przesądzona niejako z dwóch stron – od naszej strony i od strony naszych rywali. Nawet zanim okazało się, że City zostało wyrzucone z pucharów na dwa lata.

O meczu z Norwich da się powiedzieć to, że wbrew oryginalnym zamysłom Klopa jesteśmy drużyną unikalną pod względem defensywy. Co do gry w ataku to założę się, że nawet po wygranych większość naszych kibiców uważa, że potrafimy grać lepiej. Mecze zoptymalizowane pod względem ataku zdarzają się rzadko. Ale w obronie nasza gra jest absolutnie rewelacyjna. Przeciwnik ma w meczu może jedną sytuację, a wtedy broni Alisson.

Wszystko to razem składa się na taką wizję, że drużyny wielkie są zarazem unikalne, nie powtarzają niczego, grają po swojemu. Ustalenie, na czym to polega wcale nie jest łatwe.

Prace w tym zakresie będą kontynuowane.

Liverpool – Manchester United 2:0 czyli analiza świata widzianego z wysoka

Po meczu z Tottenhamem miałem taką refleksję, którą zaraz opiszę, a po meczu z United miałem ją jeszcze bardziej. W obu przypadkach graliśmy z drużynami, które tak czy inaczej aspirują i tak czy inaczej muszą się tłumaczyć, że przegrywają z nami, choć ja osobiście nie widzę w tym teraz niczego nadzwyczajnego.

Otóż jeżeli dwa kluby grają w tych samych rozgrywkach to z definicji grają na tym zbliżonym poziomie. Tak to jest zorganizowane, taki jest sens ligi. W tych okolicznościach w każdym meczu zachodzi dużo zdarzeń, które, gdyby ich efekt sprzeciwił się statystycznym przebiegom, sprawiłyby, że mecz mógłby przynieść każdy wynik. Innymi słowy gdyby jedni, którzy mieli przewagę i dziesięć sytuacji bramkowych wszystkich ich nie wykorzystali, drudzy zaś mieli jedną i zdobyliby gola, wówczas wygraliby mecz.

Wszyscy przecież wiemy, że takie mecze się zdarzają.

W takim przypadku jedni rozsądnie by powiedzieli, że wynik jest przeciwny do przebiegu gry, drudzy by powiedzieli, że to jest futbol.

Tak kontrstatystyczną interpretację meczu z Tottenhamem zaproponował w ubiegłym tygodniu Mourinho. Widać, że w nowej pracy chciał on zmienić swoją chamsko-arogancką stylistykę, ale widać też, że to jest trochę wbrew jemu samemu. Mourinho dał wyraz poglądowi, że właściwie to oni mogli zremisować lub nawet wygrać. Oczywiście, że mogli. Tylko że taki wynik byłby nie tylko wysoce anty-statystyczny, ale zwyczajnie nielogiczny lub nawet, powiem z pewnym wahaniem, wysoce niesprawiedliwy.

Solskjaer ma mniejszy dorobek i w ogóle jest Norwegiem, nie zaś Portugalczykiem, więc jest skromniejszy. Natomiast po meczu z United z obozu tego klubu pojawiły się głosy, że właściwie gdy oni wykorzystali sytuacje, to by zremisowali.

To prawda.

Tylko gdyby Liverpool wykorzystał w odpowiednim procencie sytuacje, to w równowaga powinna była zatrzymać się na poziomie wyniku na przykład 6:1. Nie wiem czy kibicom United to by się bardziej podobało.

Jest prawdą i było prawdą zarówno tydzień temu jak i tym razem, że nasz futbol jest rozrzutny. Przy pewnej dynamice grania, szybkości trudno o precyzję. Choć, prawdę powiedziawszy, i tak czekam na moment, kiedy Mane i Salah zaczną wykorzystywać przynajmniej co drugą sytuację.

Wszyscy bowiem, którzy „z zewnątrz” zachwycają się naszą drużyną (jest czym) nie są chyba do końca świadomi, że ta drużyna może i potrafi grać lepiej. Przynajmniej zaś nakładając poszczególne kalki z przeszłości – takie możliwości na pewno mamy.

W tej chwili bowiem przyszłość dla kibica Liverpoolu nie jest ciekawa wyłącznie z powodu, jaki będzie wynik następnego meczu, ale w równym stopniu jak będziemy grali. Co na ogół sprowadza się do pytania – w jaki sposób wygramy.

Za chwilę mecz z Wolves, powtórka meczu z samego końca grudnia, który był najtrudniejszym meczem na własnym boisku w ostatnim okresie. W lidze angielskiej nie ma w tej chwili wielkie szóstki, bo Leicester i Wolverhampton są raczej lepsze, niż Arsenal, Tottenham czy United.

Liverpool – Everton 1:0 (Puchar Anglii) czyli najlepszy wynik sezonu

Z piłkarzami małolatami bywa bardzo różnie – to znaczy całkiem często zdarza się tak, że któryś chłopak zachwyci nas w wieku 18 lat a potem już o nim nie słyszymy. To nierzadko wynika po prostu z fizjologii i nieregularnego rozwoju biologicznego młodych piłkarzy. W dawniejszych czasach, a na pewno u nas, powodem ich zanikania w równym stopniu była tak zwana woda sodowa, co zwykle nie oznaczało wody sodowej tylko wódę i imprezowanie, a ogólniej – niską odporność na tę szaloną ilość kasy, którą z dnia na dzień ci chłopcy dostają do dyspozycji. W tak zwanym życiu prawdziwym walczymy o 5 procentowe podwyżki, więc normalnie nasza odporność nie nie jest wystawiona na takie próby.

Więc nie chcę niczego więcej powiedzieć, że mamy paru znakomitych chłopaków i to są już piłkarzy, którzy są pod bezpośrednim zarządem Kloppa. Jak ktoś przegląda fotografie z treningów pierwszej drużyny, to na nich Curtis Jones pojawia się od kilkunastu miesięcy. Teraz z Evertonem zdobył taką bramkę, że wszyscy będą się nim zachwycać. Ale przecież są inni.

Taki Harvey Elliot, jeszcze młodszy, skończone 16, talent w skali światowej. Talent piłkarza w tym wieku zresztą głównie i najlepiej wyraża się kiwką, potem, w wielkich meczach, piłkarze sobie rzadko pozwalają na takie ekscesy, ale młodzi piłkarze, tak długo, jak długo bawią się piłką, kiwają na treningach i mniej ważnych meczach do upadłego. Niektórym to nigdy nie przechodzi, i wtedy jest pewien problem.

Mnie z tych małolatów szczególnie urzekł Pedro Chirivella. Jest w klubie od dawna, od 2013 roku, ma 23 lata, był na wypożyczeniach i jakoś wielkiej kariery nie zrobił. Ciekaw jestem dlaczego? Może ten jego rozwój piłkarski jest też inaczej sfazowany, by tak rzec. Z Evertonem grał super, grał jak doświadczony dojrzały piłkarz.

Tak był ten mecz – mecz dla młodzieży. Wystawiając taką drużynę Klopp daje wyraźny sygnał – nie zależy nam na Pucharze. Wyjdzie to wyjdzie, nie to trudno. Prawdą jest oczywiści i to, że teraz, mają w perspektywie grę ze słabszą drużyną (zapewne) niż Everton może być trochę szkoda tej szansy, bo potem jest już ćwierćfinał. Ale myślę – bądźmy uczciwi – że mając na głowie ligę i Ligę Mistrzów nikt nam nie wmówi, żebyśmy mieli Pucharem Anglii tak naprawdę się przejąć. Nie jesteśmy już klubem które chce wygrać cokolwiek. Tak jak 2011 roku, gdy wygranie Pucharu Ligi jawiło nam się jako szczyt szczęścia i możliwości.

Jesteśmy w innej epoce. W epoce w której grając drugą drużyną wygrywamy z pierwszą drużyną Evertonu. Jest taki sławny tekst Billa Shankly’ego, który miał powiedzieć, że najlepsze dwie drużyny w mieście to pierwsza drużyna Liverpoolu i druga drużyna Liverpoolu. Inaczej niż większość naszych kibiców, jak po prostu lubię Everton, jak lubię stare, solidne kamienice, więc znęcać się nie będę. Oni mają problem, ale mają też pieniądze i możliwości, żeby swoje problemy rozwiązywać.

Liverpool – Wolves 1:0 czyli męka, VAR i do przodu

Nie można każdego meczu grać, tak jak z Leicester. Nawet mają jeden dzień odpoczynku przewagi nad rywalem, ponieważ po trzech dniach od meczu piłkarz jest niewiele mniej znękany, niż po dwóch dniach, w każdym razie – raczej grać nie powinien.

Wolverhampton ma bardzo dobrą drużynę. Dobre drużyny nie pławią się w efekciarstwie, tylko przede wszystkim przez cały meczu wiedzą, o co im chodzi. I dlatego są takie trudne do ogrania. I dlatego my jesteśmy tacy trudni do ogrania.

Do tego wszystkiego trzeba mieć szczęście, choćby takie, jakie mieliśmy przy jedynej bramce meczu.

Liverpool – CR Flamengo 1:0 czyli co znaczy być mistrzem świata

Najzupełniej jawnie i szczerze po meczu z Monterrey uważałem, że raczej tego finału nie wygramy. Bo mecz z Monterrey by po prostu słaby, a zwłaszcza – słaby w grze obronnej. Miałem wrażenie, że każda długa piłka kopnięta do przodu przez piłkarzy z Meksyku stwarza zagrożenie pod naszą bramką. Zaś Flamengo to zdecydowany i wyraźny mistrz Brazylii, czyli kraju najlepszych piłkarzy na świecie.

Nawiasem mówiąc, w tym oto meczu nie przeżywałem żadnego dysonansu poznawczego, zresztą, w sumie, nigdy go nie przeżywam, bo w wyniku zabiegu umysłowego w przypadkach wątpliwych wybieram tę drużynę, której kibicuję (gdy na przykład lubię obie albo żadnej). Chcę jednak powiedzieć, że w większości wątpliwych przypadków kibicuję Brazylijczykom, ponieważ oni wnieśli i wnoszę do futbolu wsad esetetyczny którzy przesądza o tym, że nie jest to po prostu gra o punkty jedynie. Tym razem oczywiście Brazylijczykom sprzyjać nie mogłem, nie mniej perspektywa porażki z Flamengo nie była dla mnie szczególnie bolesna.

Prawdą jest jednak to, że najlepsi Brazylijczycy nie graj w Brazylii, co zapewne świadczy o dwuznaczności całego świata. Flamengo jest bardzo dobrą drużyną, ale jednak w dużej mierze budowana jest ona na piłkarzach w wieku piłkarsko emerytalnym, zasłużonych w grze w klubach europejskich (jak Rafinha czy Filipe Luis) lub wypożyczonych z Europy (Barbosa), co oznacza, że tak bardzo ich w klubach macierzystych nie potrzebowano. Pewnym ewenementem historyczny jest chyba jednak to, że drużynę prowadzi Jorge Jesus, wybitny trener portugalski który mógłby chyba pracować w każdym klubie na świecie.

Nie zmienia to faktu, że przewaga Liverpoolu była przez cały meczu duża, przynajmniej jak na finałowy mecz prestiżowej imprezy. Problemy w obronie zanikły z oczywistego powodu – wrócił van Dijk. Problemem było tylko i wyłącznie strzelenie bramki.

Sytuacji było sporo. Nie wiem czy w tej sprawie nie jestem cokolwiek uprzedzony, ale Mohamed Salah trochę mnie denerwuje swoją grą. Problem polega na tym, że zawsze szuka on rozwiązania trudniejszego niż potrzeba co zwykle oznacza, że idzie w kiwką, zamiast grać możliwie prosto i szybko. Dlatego też nie zdobywa ostatnio bramek, wskutek tego denerwuje się jeszcze bardziej. Jestem pewien, że Klopp i być może ktoś jeszcze pracuje na głową Salaha. Ja bym mu dał jedną zasadniczą radę – nie myśl za dużo.

Koniec końców bramkę zdobyliśmy, na szczęście, bo z karnymi nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo też, ile jest wart tytułu Klubowego Mistrza świata. Wygląda to dobrze w starych zestawieniach wyników, na bieżąco, wydaje się, że chodzi przede wszystkim o kasę. No, ale i to trzeba zrozumieć.

Główny koszt wyjazdu, do kontuzja Oxa, miejmy nadzieję, że nie tak groźna jak na początku wyglądało. W sumie kontuzji jest już sporo (Matip, Lovren, Fabinho teraz Ox), ale to wszystko są kontuzje po których piłkarze wracają w ciągu kilku tygodni. Jeżeli więc nie stanie się nic krytycznego te kontuzje w pewnym sensie staną się elementem rotacji. Natomiast – kontuzje kluczowych piłkarzy, czyli w tym przypadku Fabinho, oznaczają szansę dla Keity, więc być może ostatecznie wszystko to okaże się być względnie korzystnym splotem przyczyn i skutków.

Liverpool – Napoli 1:1 czyli pewnego rodzaju marzenie

Marzenie o tym, żeby ostatni mecz w grupie grać bez presji, prześladuje nas od trzech lat, to znaczy od czasu kiedy mamy drużynę w standardzie Jurgena Kloppa. Dla ułatwienia dodać można, że w tym czasie raz wygraliśmy Ligę Mistrzów a raz graliśmy w finale, z czego drogą dedukcji odwróconej wynika, że jednak z grupy awansowaliśmy. Tym razem też wcale nie będzie przyjemnie, bo po remisie z Napoli 10 grudnia musimy grać z nakręconą – to taki niezbyt mądry żart, ale zgadnijcie czym nakręconą, energetyczną drużyną z Salzburga.

Od wielu już meczów idzie za nami taka trochę mętna, mgławicowa ideologia zgodnie z którą prawdziwie wielkie drużyny wygrywają wtedy także, gdy grają słabo. A w każdym razie nie dość wybitnie. A my gramy raczej marnie od wielu meczów, wygrywamy w końcówkach, mamy szczęście, oczywiste szczęście. Jedyny mecz z prawdziwego zdarzenia, co najmniej od meczu z Brunley jeszcze w sierpniu, to był mecz z City, gdzie rzeczywiście błysnęliśmy jak za najlepszych czasów.

Ten mecz też był męczący. Nie chcę palić czarownic i koncentrować winy, ale w grze ofensywnej, przy tak słabo grającym Salahu, cały atak jest dość łatwy do zblokowania. Nasi pomocnicy to raczej sprawne roboty, niż artyści, więc wyrafinowana, choć nie wybitna drużyna, jaką jest Napoli, raczej łatwo nas zablokowała.

Pod względem męki niestety, ten mecz przypominał mi mecz z września zeszłego roku, w Neapolu, bodaj najgorszy w ciągu kilkunastu miesięcy mecz naszej drużyny (jeżeli nie liczyć jeszcze gorszego meczu ze Zvezdą w Belgradzie).

Nie wygląda to za dobrze o tyle, że w grudniu gramy 9 meczów, przy czym jednego z nich, z Villą w Carabao Cup, bardzo poważnie bym nie traktował, ponieważ pierwsza drużyna raczej w całości będzie w Katarze. Naprawdę, są wszelkie powody by ten mecz odpuścić, czyli wystawić małolatów.

Ale i tak będzie ciężko. Są to w większości mecze takie jak ten z Napoli, czy Salzburgiem, w którym nie da się przetrwać, lub łatwo wygrać. Fizycznie wszystkie drużyny z naszego poziomu są równie mocne, jak my. Więc trzeba trochę lekkości, finezji i szaleństwa, czyli trzeba zagrać bardzo dobry mecz, żeby wygrać.
Tym razem, naprawdę, tylko 20 minut po przerwie, to była taka prawdziwie energetyczna, szybka gra, kiedy wydawało się, że Napoli jednak ulegnie. Ale z czasem wszystko wracało to spłaszczonej normy. Co gorsza, nie byliśmy w stanie zmienić obrazu gry przez zmienników, Trent wszedł za późno, a Ox tym razem zupełnie się nie wkleił w grę. Zdaje mi się, że tu już prędzej Shaqiri lub Lallana mogliby coś wnieść, nie mówiąc o Keicie, w którego ciągle wierzę (był chory).

No i jeszcze kontuzja Fabinho. Zły dzień. Zawsze się zastanawiam, czy jeżeli piłkarz jeszcze gra po urazie, to czy to jest dobry znak, czy raczej złym znakiem jest to, że jednak zaraz potem schodzi z boiska. Zapewne, to, że gra świadczy co najmniej o tym, że nie ma niczego urwanego lub złamanego. Więc w to wierzę. Fabinho to jest absolutnie kluczowy piłkarz.

Następny mecz za 3 dni, z Brighton – z tym, że to jeszcze ciągle listopad. W tych wszystkich meczach trzeba odważniej, niż dotąd rotować składem, nawet za cenę ryzyka. No i wierzyć w to, że szczęście jest u nas nadal na etacie.