Wygranie z United zawsze jest w porządku i przyjmujemy te dary Boże z szacunkiem i radością. Nie mniej, tak beznadziejnego United nie ograliśmy chyba nigdy dotąd. Wynik zaciemnia tę ciemną dla United rzeczywistość. Szczegółowo rzecz ujmując zaciemnienie wynika z bramki wpuszczonej z winy Alissona i znacznej liczby niewykorzystanych przez Liverpool sytuacji.

Strzałów łącznie oddaliśmy trzydzieścikilka, lecz dopiero wejście na boisko Shaqiriego załatwiło sprawę. Dziwny mecz. Wydaje się, że jego przebieg w najzupełniej skarjny sposób potwierdza, do jakiego poziomu rozregulowania doprowadził tę drużynę Jose Mourinho. Przez ponad dwa lata zajmował się on głównie wygłaszaniem pochwał samego siebie. Moim zdaniem, jest to cecha po prostu i zwyczajnie psychopatyczna – nikt naprawdę przekonany o swojej jakości tak się z nią nie obnosi.

Oczywiście United zatrudniając Mourinho miał prawo wierzyć, że to jest wybitny coach, choć można było już mieć wątpliwości. Polegają one na tym, że Mourinho nie tworzy trwałych wartości piłkarskich. Tworzy drużyny na jeden sezon. Kiedyś, kilkanaście lat temu, może było inaczej. Ale nie było już tak w Realu (choć tam nikt nie wymaga tworzenia wartości na dłużej), nie było tak w Chelsea, gdzie po zdobyciu mistrzostwa w kolejnym sezonie był głęboki dół. Zaś w United od początku cała rola Mourinho sprowadzała się do kupowania coraz droższych piłkarzy, tak drogich, że nawet City ich nie kupowało. Moim zdaniem to jest koniec Mourinho, zasłużony koniec z powodu arogancji i kompletnego odrzucenia dystansu do siebie i zaniechania wszelkiego rozwoju zawodowego.