Po meczu z Tottenhamem miałem taką refleksję, którą zaraz opiszę, a po meczu z United miałem ją jeszcze bardziej. W obu przypadkach graliśmy z drużynami, które tak czy inaczej aspirują i tak czy inaczej muszą się tłumaczyć, że przegrywają z nami, choć ja osobiście nie widzę w tym teraz niczego nadzwyczajnego.

Otóż jeżeli dwa kluby grają w tych samych rozgrywkach to z definicji grają na tym zbliżonym poziomie. Tak to jest zorganizowane, taki jest sens ligi. W tych okolicznościach w każdym meczu zachodzi dużo zdarzeń, które, gdyby ich efekt sprzeciwił się statystycznym przebiegom, sprawiłyby, że mecz mógłby przynieść każdy wynik. Innymi słowy gdyby jedni, którzy mieli przewagę i dziesięć sytuacji bramkowych wszystkich ich nie wykorzystali, drudzy zaś mieli jedną i zdobyliby gola, wówczas wygraliby mecz.

Wszyscy przecież wiemy, że takie mecze się zdarzają.

W takim przypadku jedni rozsądnie by powiedzieli, że wynik jest przeciwny do przebiegu gry, drudzy by powiedzieli, że to jest futbol.

Tak kontrstatystyczną interpretację meczu z Tottenhamem zaproponował w ubiegłym tygodniu Mourinho. Widać, że w nowej pracy chciał on zmienić swoją chamsko-arogancką stylistykę, ale widać też, że to jest trochę wbrew jemu samemu. Mourinho dał wyraz poglądowi, że właściwie to oni mogli zremisować lub nawet wygrać. Oczywiście, że mogli. Tylko że taki wynik byłby nie tylko wysoce anty-statystyczny, ale zwyczajnie nielogiczny lub nawet, powiem z pewnym wahaniem, wysoce niesprawiedliwy.

Solskjaer ma mniejszy dorobek i w ogóle jest Norwegiem, nie zaś Portugalczykiem, więc jest skromniejszy. Natomiast po meczu z United z obozu tego klubu pojawiły się głosy, że właściwie gdy oni wykorzystali sytuacje, to by zremisowali.

To prawda.

Tylko gdyby Liverpool wykorzystał w odpowiednim procencie sytuacje, to w równowaga powinna była zatrzymać się na poziomie wyniku na przykład 6:1. Nie wiem czy kibicom United to by się bardziej podobało.

Jest prawdą i było prawdą zarówno tydzień temu jak i tym razem, że nasz futbol jest rozrzutny. Przy pewnej dynamice grania, szybkości trudno o precyzję. Choć, prawdę powiedziawszy, i tak czekam na moment, kiedy Mane i Salah zaczną wykorzystywać przynajmniej co drugą sytuację.

Wszyscy bowiem, którzy „z zewnątrz” zachwycają się naszą drużyną (jest czym) nie są chyba do końca świadomi, że ta drużyna może i potrafi grać lepiej. Przynajmniej zaś nakładając poszczególne kalki z przeszłości – takie możliwości na pewno mamy.

W tej chwili bowiem przyszłość dla kibica Liverpoolu nie jest ciekawa wyłącznie z powodu, jaki będzie wynik następnego meczu, ale w równym stopniu jak będziemy grali. Co na ogół sprowadza się do pytania – w jaki sposób wygramy.

Za chwilę mecz z Wolves, powtórka meczu z samego końca grudnia, który był najtrudniejszym meczem na własnym boisku w ostatnim okresie. W lidze angielskiej nie ma w tej chwili wielkie szóstki, bo Leicester i Wolverhampton są raczej lepsze, niż Arsenal, Tottenham czy United.