Granie z takimi drużynami u siebie było bezwzględnie najsłabszym punktem programu naszej drużyny w tym sezonie. Strach przed tym meczem i po jego rozpoczęciu był najbardziej oczywistym uczuciem, chociaż Boro spadało z ligi.
W pewnym sensie miarą tego strachu, który usztywnia mięśnie i wyobraźnię piłkarzy jest zawsze to, że bramkę, pierwszą ale najważniejszą, zdobywa Wijnaldum. Bo on strzelcem nie jest, i nikt od niego zdobywania bramek nie wymaga, natomiast on ma taką przedziwną cechę, że zawsze gra swoje. Nawet, gdy inni radykalnie sztywnieją.
Pogoń Arsenalu za Liverpoolem była niezwykle groźna i imponująca zarazem. Wydawało się jeszcze dwa miesiące temu, że Arsenal jest w zupełnej rozsypce, ale potem wygrali prawie wszystko, w tym zaległe mecze. Których by nie wygrali, gdyby mieli je grać zgodnie z terminarzem. Nie po raz pierwszy widać, że te ciągłe przesuwanie terminów w Anglii rodzi nieprzewidywalne skutki. Ktoś powie – grać trzeba z każdym, każdy ma jeden albo dwa kryzysy. Ale sytuacja w której drużyny ścigają się pod koniec sezonu grając zaległe mecze z tymi, którzy są już na wakacjach jest z definicji sztuczna i jednak podważająca równość sportowych szans.
Ostatecznie – wyprzedziliśmy Arsenal jednym punktem i to jest najbardziej zasłużone rozwiązanie ze wszystkich, bo przecież wygraliśmy z nimi dwa razy.
Nie jest to wprost powrót do Ligi Mistrzów, bo czwarty gra rundzie wstępnej, ale w świetle tak zwanego trendu rozwojowego, na który przy Kloppie mamy prawo liczyć, jest to znaczący sukces.