Marzenie o tym, żeby ostatni mecz w grupie grać bez presji, prześladuje nas od trzech lat, to znaczy od czasu kiedy mamy drużynę w standardzie Jurgena Kloppa. Dla ułatwienia dodać można, że w tym czasie raz wygraliśmy Ligę Mistrzów a raz graliśmy w finale, z czego drogą dedukcji odwróconej wynika, że jednak z grupy awansowaliśmy. Tym razem też wcale nie będzie przyjemnie, bo po remisie z Napoli 10 grudnia musimy grać z nakręconą – to taki niezbyt mądry żart, ale zgadnijcie czym nakręconą, energetyczną drużyną z Salzburga.

Od wielu już meczów idzie za nami taka trochę mętna, mgławicowa ideologia zgodnie z którą prawdziwie wielkie drużyny wygrywają wtedy także, gdy grają słabo. A w każdym razie nie dość wybitnie. A my gramy raczej marnie od wielu meczów, wygrywamy w końcówkach, mamy szczęście, oczywiste szczęście. Jedyny mecz z prawdziwego zdarzenia, co najmniej od meczu z Brunley jeszcze w sierpniu, to był mecz z City, gdzie rzeczywiście błysnęliśmy jak za najlepszych czasów.

Ten mecz też był męczący. Nie chcę palić czarownic i koncentrować winy, ale w grze ofensywnej, przy tak słabo grającym Salahu, cały atak jest dość łatwy do zblokowania. Nasi pomocnicy to raczej sprawne roboty, niż artyści, więc wyrafinowana, choć nie wybitna drużyna, jaką jest Napoli, raczej łatwo nas zablokowała.

Pod względem męki niestety, ten mecz przypominał mi mecz z września zeszłego roku, w Neapolu, bodaj najgorszy w ciągu kilkunastu miesięcy mecz naszej drużyny (jeżeli nie liczyć jeszcze gorszego meczu ze Zvezdą w Belgradzie).

Nie wygląda to za dobrze o tyle, że w grudniu gramy 9 meczów, przy czym jednego z nich, z Villą w Carabao Cup, bardzo poważnie bym nie traktował, ponieważ pierwsza drużyna raczej w całości będzie w Katarze. Naprawdę, są wszelkie powody by ten mecz odpuścić, czyli wystawić małolatów.

Ale i tak będzie ciężko. Są to w większości mecze takie jak ten z Napoli, czy Salzburgiem, w którym nie da się przetrwać, lub łatwo wygrać. Fizycznie wszystkie drużyny z naszego poziomu są równie mocne, jak my. Więc trzeba trochę lekkości, finezji i szaleństwa, czyli trzeba zagrać bardzo dobry mecz, żeby wygrać.
Tym razem, naprawdę, tylko 20 minut po przerwie, to była taka prawdziwie energetyczna, szybka gra, kiedy wydawało się, że Napoli jednak ulegnie. Ale z czasem wszystko wracało to spłaszczonej normy. Co gorsza, nie byliśmy w stanie zmienić obrazu gry przez zmienników, Trent wszedł za późno, a Ox tym razem zupełnie się nie wkleił w grę. Zdaje mi się, że tu już prędzej Shaqiri lub Lallana mogliby coś wnieść, nie mówiąc o Keicie, w którego ciągle wierzę (był chory).

No i jeszcze kontuzja Fabinho. Zły dzień. Zawsze się zastanawiam, czy jeżeli piłkarz jeszcze gra po urazie, to czy to jest dobry znak, czy raczej złym znakiem jest to, że jednak zaraz potem schodzi z boiska. Zapewne, to, że gra świadczy co najmniej o tym, że nie ma niczego urwanego lub złamanego. Więc w to wierzę. Fabinho to jest absolutnie kluczowy piłkarz.

Następny mecz za 3 dni, z Brighton – z tym, że to jeszcze ciągle listopad. W tych wszystkich meczach trzeba odważniej, niż dotąd rotować składem, nawet za cenę ryzyka. No i wierzyć w to, że szczęście jest u nas nadal na etacie.