Niektóre mecze piłkarskie rządzą się jakimś specyficznym prawem, w ramach którego styl gry jednej drużyny określa styl gry drugiej a tym samym – przebieg całego meczu. Pierwsze pół godziny to był najlepszy, najbardziej twórczy pokaz piłki naszej drużyny – od meczu z Barceloną. Jednocześnie – od samego początku było widać, że Salzburg jest groźny, będzie atakować i że to jest dla nich nawet ważniejsze, niż wygranie tego meczu albo jest zremisowanie. Na to pewnie nie liczyli. Skutkiem czego po zakończeniu meczu i Jesse March i piłkarze Salzburga wyglądali na przeszczęśliwych, choć przecież przegrali i w sumie, w końcu meczu nie próbując go za bardzo wygrać.
W przebiegu tego meczu fascynującym zjawiskiem były te wszystkie switche taktyczne które wykonywali obaj trenerzy w trakcie meczu. I nie do końca wiem, czy wiązać z tym switchem Kloppa ostatnie pół godziny. W każdym razie Salzburg wyglądał na tak rozpędzoną drużynę w momencie strzelenia trzeciej bramki, że byłem przekonany, iż możemy ten mecz przegrać. Tymczasem wszedł Milner, potem Origi, i jeszcze potem Keita, czwarta bramka padła szybko i Liverpool odzyskał pełną, nieograniczoną kontrolę nad tym meczem. Ta czwarta bramka zresztą była specyficznym, niemalże teatralnym wyrazem dojrzałości i siły naszej drużyny. Było trochę tak, jakbyśmy powiedzieli – pograliśmy, pograliśmy, bardzo ładnie chłopcy, ale my musimy ten mecz wygrać. Więc kończymy zabawę.
A te punkty sa bardzo, bardzo ważne. Grupa na oko wyglądała tak, że będziemy grali z Napoli o dwa pierwsze miejsca. Gent powinien z Napoli wygrać, był lepszy. My przegraliśmy z Napoli raczej przypadkowo. Salzburg rozniósł Gent i moim zdaniem, ma wszelkie powody bez wygrać z Napoli nie tylko u siebie. Więc to jest grupa w której każdy punkcik może zaważyć. Nie mówiąc o dwóch czy trzech.