To był jeden z tych meczów, po których oczy bolą. Od początku wiadomo, że będzie trudno i jest trudno.
Pytanie – czy dlatego że my słabi, nieożywieni, pasywni, czy oni tacy dobrzy, skoncentrowani, pilnujący, twardzi.
Southamptonu nie lubię, to znaczy nie klubu, bo to klub twórczy i ambitny, nie lubię drużyny. Bo to jest drużyna kompletnie pozbawiona zdolności zdobywania bramek, zwłaszcza jak na drużynę, która nie boi się spadku. Ale tak w ogóle, to jest to drużyna po prostu i zwyczajnie nijaka. Pamiętam choćby, jak w Lidze Europy męczyli się ze Spartą Praga, to było coś z grubsza koszmarnego. Niestety wszystkie nasze mecze z Southampton prowadzonym przez Puela tak właśnie wyglądały.
Dopełnieniem ciężkości tego meczu był karny Milnera. Milner te karne strzelał dotychczas bez problemu, a w meczu, w którym ten karny miał wagę 3 punktów pozwolił temu wielkiemu Foresterowi wyciągnąć rękę po piłkę.
I tu potwierdza się zasadnicza teza na temat naszego grania w tym sezonie. Najgorzej nam idzie z drużynami, które nie chcą z nami wygrać. Czyli takimi którzy nie otwierają się choćby przez sekundę w meczu. A Southampton był drużyną, która najmniej chciała wygrrać na Anfield ze wszystkich drużyn, jakie tu grały. Mam wrażenie, że oni nie zrobili żadnej akcji, której prawdziwym celem byłoby zdobycie bramki.

Czy przez ten karny i ten fatalny mecz nie znajdziemy się w czwórce? Zdaje się, że to nadal od nas zależy. Choć mecz z West Hamem popycha mnie w stronę strachu i braku wiary.