Na początku sezonu sądziłem, że Hasenhüttl, trener Southampton zostanie zwolniony. W ubiegłym sezonie wprawdzie wyciągnął ich od spadku, ale też nie było w nich nic porywającego, a to jest klub o całkiem dobrym standingu finansowym i nienajgorszych piłkarzach. Na początku tego sezonu było chyba jeszcze gorzej, czego konkluzją była upokarzająca przegrana z Leicester 0:9.

Dzisiaj wiadomo, że angielska story Hasenhüttla jest dowodem na coś zupełnie innego, co w sumie w futbolu się zdarza, ale nie aż tak często, mianowicie na to, że trener może nauczyć dorosłych piłkarzy zupełnie innego grania w piłkę, niż dotychczas. Teoretycznie proliferacja wzorców w piłce jest nieograniczona, wszystkie większe i średnie drużyny poddane są drobiazgowym analizom i wszyscy wiedzą jak inni grają. Ale z drugiej strony liczba szczegółów, która różnic pracę dobrego trenera od trenera wybitnego jest tak duża, że zapewne nie sposób jest wybitnego trenera po prosu wymyślić. Musi taki się znaleźć.

Jedna cecha na pewno łączy szkołę trenerską Kloppa i Hasenhüttla, a mianowicie to, że obaj uczą grania w piłkę. Nie liczą tylko na taktyczny sztych ani też na kupowanie najdroższych piłkarzy. To wcale nie jest takie oczywiste, bo większość trenerów nie polega wcale na uczeniu gry, wychodząc  z nie całkiem głupiego założenia, że w wielkiej piłce nie ma na to czasu.

Właściciele zaś Southampton dali Hasenhüttlowi co najmniej pół roku i pozwolili mu przebudowywać drużynę poprzez edukację i trening, a nie poprzez wymianę składu. Przecież dokładnie to samo zrobił w Liverpoolu Klopp. W pierwszym roku piłkarzy nie zmienił i nie kupił ani jednego piłkarza. Southampton zaś w zasadzie w tym samym składzie z drużyny walczącej desperacko o ligę stał się zespołem środka tabeli, walczącym z najlepszymi. Symbolicznym wymiarem tej przemiany była wygrana wyjazdowa z Leicester, tym samym Leicester z którym przegrali 0:9 trzy miesiące wcześniej.

Więc wcale mnie nie dziwi to, że w pierwszej połowie nie mogliśmy sobie z nimi dać rady. Ostateczny wynik meczu jest dużo za wysoki, choć oczywiście od momentu pierwszej bramki Liverpool stał się drużyną artystyczną. Ale to też było możliwe, ponieważ Southampton grał w piłkę.

Po meczu szczególnie pełne uroku były sceny z udziałem naszych piłkarzy i Danny’ego Ingsa. Ings który w sumie nie zmieścił się u nas w składzie także z powodu fatalnych kontuzji , w Southampton jest prawdziwą gwiazdą. I dobrze, dobrze też dla naszego scoutingu. Natomiast relacje, jakie z naszymi piłkarzami ma Ings świadczą po prostu bardzo dobrze o relacjach w naszej drużynie ogólności. Ludzie są ciepli i przyjaźni, w takich warunkach łatwiej o sukces.