Zmienność formy drużyn jest największą zagadką piłki nożnej. Ci sami piłkarze przeciwko tym samym piłkarzom stają się w różnych momentach życia kimś zupełnie innym. W ubiegłym roku mieliśmy taki styczeń i taki luty, że z drużyny do ostatniego dnia roku 2016 grającej o mistrzostwo, staliśmy się drużyną przegrywającą ze wszystkimi.
Prawdę mówiąc, ten mecz Pucharu Anglii był dokładnie takim przypadkiem. Z pragmatycznego punktu widzenia odpadnięci z Pucharu Anglii nie jest żadnym problememn, chyba, że ktoś myśli całkiem ideologicznie o konieczności wygrywania w piłce nożnej. Jak tak nie myślę. Dla Liverpoolu powinna się liczyć przede wszystkim liga, a potem – Liga Mistrzów.
Ta jednak kalkulacja o tyle nie ma sensu, że przegrywać w taki sposób, jak tym razem porządna drużyna po prostu nie powinna.
Wszystko, poza pierwszą bramką, było w tym meczu nie tak jak trzeba. Łatwość tracenia bramek była po prostu żenująca. Problemem zresztą było także jednak i to, że właściwie też mieliśmy klasyczny problem z drużyną blokującą dostęp do bramki. Nie można nie zauważyć, że choć West Brom gra z Alanem Pardew lepiej, to obiektywnie jest w tej chwili najsłabszą drużyną w lidze.
Mecz do wymazania z pamięci. Jak najszybciej. Dla zdrowia psychicznego.