Gdyby nie ten mecz, moje nastawienie do sezonu byłoby zupełnie inne. W lidze były mecze słabsze i lepsze, ale żaden nie był tak beznadziejny. W Carabao Cup przegraliśmy drugim składem z Chelsea, ale to nie był zły mecz. A mecz w Neapolu był fatalny.

Co więcej, skutki tej przegranej, w ostatniej minucie, co zawsze jest psychologicznie dołujące, mogą być daleko idące. Niemal na pewno, powtarzam, na pewno nasz awans będzie zależał od wygranej w ostatnim meczu, właśnie z Napoli. To pod warunkiem, że wygramy oba mecze z Crveną i nie wygramy w Paryżu. To jest najbardziej prawdopodobny scenariusz.

W tym ostatnim meczu będzie nam potrzebny albo remis, albo wygrana. Obie te konieczności grając z Włochami są raczej nieprzyjemne.

Jedyne, co napawa mnie jakąś nadzieją to wiara w to, że będziemy wtedy inną drużyną, że zaczniemy naprawdę grać w piłkę. Jeżeli zbliżymy się do standardu z lutego – marca, to faktycznie, na Anfield żadna drużyna raczej nam się nie oprze. Ale to jest spekulacja. Jedno jest pewne, będziemy w grupie walczyć do końca. Oczywiście przy założeniu, że nie stracimy punktów z Serbami, bo to już byłby naprawdę dramat.

Oprócz tych realnych skutków jest też bardzo nie przyjemny rodzaj świadomości, że będąc tak mocni potrafimy zagrać tak słabo.

Strony klubowe pełne są dyskusji kibiców na temat – dlaczego tak gramy. Najważniejsza czy może najbardziej optymistyczna idea, która za tymi dyskusjami stoi jest tak, że w zeszłym roku zaczęliśmy grać z tym niezwykle charakterystycznym „flow” dopiero w połowie listopada. Trzeba więc drużynę uważnie oglądać i liczyć, że ta sama metodologia treningowa pozwoli osiągnąć ten sam poziom w tym roku.