Mecz z Sunderlandem tłumaczyliśmy absurdalnym terminarzem. Mecz z Plymouth oczywiście był tłumaczony drugim składem, choć można przypomnieć, że drugim składem wygrywaliśmy w listopadzie z prawiem pierwszym Tottenhamem. Ale tego meczu w półfinale z Southampton wytłumaczyć się sensownie nie da.
To znaczy da się wytłumaczyć tym, że dzieje się coś niezbyt dobrego.
Tu nie chodzi o wynik, bo wynik jest dobry, jak na to, co się działo. Graliśmy najlepszym właściwie składem, oczywiście bez Hendersona i Mane. I graliśmy, słowo daję, najsłabszy mecz sezonu.
Bo przecież Southampton nie gra dobrze, a już to co się z nimi działo w LIdze Europy, to było coś w rodzaju kompromitacji. To jest drużyna, która jest w stanie przegrać z każdym. I właściwie grę opiera na jednym naprawdę znakomitym piłkarzu, czyli van Dijku.
No i ten Southampton miał ze trzy sytuacje na strzelenie goli. Na szczęście oni po prostu, w ogóle i w szczególe bramek nie potrafią strzelać.
Ale co tak naprawdę stało się z naszymi? Byli wypoczęci, grali o coś, grali w pełnym składzie.
Tragedii nie ma, głównie dzięki Kariusowi. Ale sam przebieg meczu był po prostu nie tylko złym wynikiem, ale złą oznaką.