Mecz piłkarski trwa stosunkowo krótko, toteż większość życia kibica wypełniona jest tym, co dzieje się przed meczem i tym, co się dzieje po meczu. Strony kibicowskie na oficjalnej stronie Liverpoolu są z grubsza powszechnie dostępne.
I tu jest bardzo ciekawa tendencja. W bardziej wyrafinowanych dyskusjach, które prowadzone są między meczami, czyli nie pod wpływem bieżących wydarzeń, uczestnicy pewna grupa stałych posterów, wśród nich są naprawdę wyrafinowani kibice klubu, nie tylko z ogromną wiedzą historyczną, ale także z niemal menedżerskim rozumieniem samej gry. Ta grupa niezbyt chętnie wypowiada się bezpośrednio po meczach, ponieważ wówczas strony kibicowskie zdominowane są przez malkontentów, których rozumienie gry jest ograniczone i którzy surowo krytykują drużynę i piłkarzy także po wygranych meczach. I to drużynę która ma prawo, z całą wyobrażalną skromnością i wiedzą o ulotności sukcesu w piłce nożnej, być uważana za jedną z najlepszych na świecie.
To jest ciekawy fenomen, na który można się oczywiście zżymać ale, być może przede wszystkim trzeba próbować zrozumieć. Otóż – nie aspirując do stworzenia skończonej teorii zauważyć trzeba dwie rzeczy: pierwszą z nich jest umowność, czy też ulotność pojęcia ideału w piłce nożnej, drugą – jest brak pojęcia „ostatecznego sukcesu” w futbolu. To drugie zostawiamy na boku – jest to kwestia oczywista. Wygranie żadnego meczu w piłce nożnej nie kończy sprawy, bo zaraz są następne mecze.
Co do pierwszej kwestii – to mecz z Southampton jest tu bardzo dobrym przykładem poszukiwania ideału.
Z całą pewnością szło nam w tym meczu ciężko w pierwszej połowie. No dobrze, ale czy można temu się dziwić? Z Southampton nigdy nam łatwo nie szło, a teraz – dwa dni wcześniej był meczu o Superpuchar, 120 minut i tak dalej.
Wydaje się, choć nie jest to takie pewne, że Klopp przyjął strategię umiarkowanej aktywności w pierwszej połowie, czyli przede wszystkim przetrwania pierwszej połowy. Wskutek przyjaznego zbiegu okoliczności (Mane) zadanie zostało wykonane nadwyżkowo. W drugiej połowie natomiast dominacja zmęczonej naszej drużyny nad (zapewne) przyzwoitą ligową drużyną naszych przeciwników była jednak bardzo duża. Co oczywiście nigdy nie polega na tym, że strzelamy pięć bramek i bawimy się piłką – to jest przecież Premiership, drużyny fizycznie nie różnią się aż tak bardzo między sobą, bo nie aż tak bardzo różnią się ich budżety, a co najmniej – podstawowe dochody.
Potem jest zwrot akcji, czyli błąd Adriana (jeżeli ktoś by pytał, dlaczego on był bramkarzem bez kontraktu i dlaczego w West Hamie woleli nie tylko Fabiańskiego, ale także innych bramkarzy to być może to jest odpowiedź), czyli fortuna odbiera nam to, co dodała w pierwszej połowie. I jeszcze chwilę potem sytuacja Ingsa, który powinien wyrównać.
Ale przecież remis nie byłby sprawiedliwym wynikiem w tym meczu, nieprawdaż?
I na tym to wszystko polega i polegać będzie. Będziemy te wyniki przepychać, czasem nam się nie uda, ale na ogół statystyczne rozkłady posiadania piłki i strzałów na bramkę przesądzają o tym, kto mecz wygrywa.
I nie sądzę, by którykolwiek z tych meczów został przez naszych Statlera i Waldorfa uznany za taki, jakie oczekiwali. Ale jeżeli rzeczywistość cię notorycznie zawodzi, to może lepiej obniżyć oczekiwania, niż zgłaszać pretensje do rzeczywistości.