Doczekaliśmy niezwykłych czasów, gdy nasz przeciwnik, w dodatku bardzo dobra, zorganizowana drużyną, jaką są Wolves traktuje remis w meczu z Liverpoolem jako swój cel i potencjalny sukces. Którego zresztą i ta koniec końców nie udaje się jej osiągnąć.

Mam takie wrażenie, że mecz wyglądał inaczej do momentu kontuzji Mane i inaczej potem. Niekoniecznie miało to związek z faktem, że Mane zastąpił Takumi Minamino i że to był jego pierwszy mecz ligowy. Sama decyzja o takiej zmianie była ze strony Kloppa odważna, ale najwyraźniej opiera się ona na założeniu, że jeżeli mamy mieć z tego chłopaka pożytek, to trzeba to sprawdzić możliwie szybko.

Minamino grał moim zdaniem porządnie, ale bojaźliwie, to znaczy ani razu nie wszedł w drybling, co było w Salzburgu bardzo wyraźnym znakiem firmowym jego gry.

Tak czy inaczej, po zejściu Mane dynamika gry w ataku wyraźnie się zmniejszyła. W drugiej zaś połowie Wolves byli bardzo groźni dzięki bardzo szerokiemu rozstawieniu skrzydłowych, zwłaszcza zaś Adamy Traore, który zawsze był piekielnie szybki, a teraz się jeszcze okazało, że potrafi grać w piłkę. Zresztą ten mecz, jak wiele poprzednich można analizować w kategoriach niezdobycia możliwie szybko drugiej bramki.

Ja podejrzewam sam siebie o pewną niesprawiedliwość wobec Salaha, który jest, był i będzie wybitnym piłkarze, ale wydaje mi się, że jego psyche nadal nie jest w pełni uspokojona, mam wrażenie, że ciągle, w każdej bramkowej sytuacji on chce coś udowadniać. Zamiast po prostu wybrać wariant, który najlepiej służy drużynie.

Koniec końców nie sądziłem, że wygramy. Ten remis przyjąłbym z godnością, bo Wolves to jest w tej chwili druga w lidze drużyna pod względem jakości grania. Oni natomiast walczyli dzielnie o remis, a i tak przegrali.

Akcja na 2:1 wyglądała na cokolwiek przypadkową, ale ma ona pośredni związek z tym, jaki strach wśród przeciwników budzi Salah. Oni zapominają po prostu o innych piłkarzach. Wtedy najczęściej bramki zdobywa Roberto Firmino.